piątek, 21 kwietnia 2017

kołcze i kaznodzieje

Mniej siedź! Więcej się ruszaj! Poćwicz trochę! - Ożeż ty... 5.30 rano i takie rady?! I kto to mówi?

krasomówca
orator
prelegent
retor
mędrzec
moralista
mistrz
?
NIE! 
To mój telefon który przejął funkcje budzika, kalendarza, informatora, biblioteki i Bóg programista wie, co tam jeszcze. Bladym świtem obudził mnie pulsowaniem czerwonego serduszka na ekranie. Zamiast zaintonować Godzinki, zaczęłam nucić starą piosenkę Pukajcie ze mną w niemalowane drewno, bo czasami szczęście trwa tylko chwile dwie. Pukajcie ze mną, bo wiem na pewno, że ktoś pokochał mnie... Ale gdzie tam! Serce gorejące na ekraniku wzywało: poćwicz trochę! Widzicie go?! Cyfrowy coach się znalazł!
Ucierpiało na tym nieco moje bałwochwalcze uwielbienie dla programistów i big data. Obiecują i przestrzegają, że telefon wie o właścicielu wszystko, a nawet może cię zmusić do wykonywania poleceń niebieskiego wieloryba i czarnej wołgi. Obiecanki cacanki – tyle telefon wie, ile poczciwe liczydła. Co mu dasz – tyle ci pokaże. Mógł był mi przypomnieć na przykład Heldera Camaro, arcybiskupa w najbiedniejszym regionie Brazylii, który mówił: „Kiedy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym. Kiedy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, nazywają mnie komunistą”. To byłoby dobre w okresie wielkanocnym.
Tymczasem telefon nie chciał być kaznodzieją. Sam leży na stoliku, więc mnie przekonuje, że ruch pobudza wydzielanie substancji, która poprawia nastrój. Pod wpływem ćwiczeń fizycznych pobudzony zostaje mechanizm regulacji hormonalnej. Endorfiny, które wydzielają się w mózgu poprawiają nastrój, działają trochę jak narkotyk. I trochę jak informacje, które pochłania i przetwarza mój osobisty cyfrowy kołcz/kaznodzieja. Bo gdy on leży samotnie na stoliku - ja każdego dnia o godz. 6.15 wskakuję do basenu i pływam. Jeżdżę na rowerze, dużo chodzę, a on – leży samotnie. Bo nie chcę się od niego uzależniać....

Ale, ale... czy ja nie zaczynam go personifikować? Nie! Jeszcze nie nadałam mu imienia. Jeszcze nie.

wtorek, 14 marca 2017

korpoludki i buraki

My, wieśniacy nie wiemy nawet, gdzie jest ten korpoświat, który oni nazywają Mordorem. Oni zaś patrzą na nas tak, jak prawaki na lewaków i tak, jak wszyscy patrzą na typowe


Janusze
Sebixy
Karyny
Brajanki
babcie Sabinki
beneficiary
dresy

Oni są lepsi. Oni wiedzą lepiej. Oni patrzą z politowaniem. Oni skończyli modne studia, realizują się w profesjach. Piją świeżo wyciskane warzywne soki i trenują crossfit, resetują się w kurortach z all inclusive, poza strefą Schengen. Bo cała ta Europa to też wiocha i buractwo. A oni od świtu do nocy tylko deadlines, meetings, performace appraisal, etc., bez porównania z zajęciami biurw, które trzymają się terminów spotkań i ocen pracowników. Bo biurwa to taka typowa Karyna, zwykle związana z Sebixem.
- A ten... Sebix, to co to – pytam ja, tych lepiej wiedzących. - No... to taki kark, przebiera grubymi paluchami po klawiaturze smartfona. - Hm – myślę ja – to tak jak wszyscy bywalcy siłowni, nawet z crossfitem. - Czym się wyróżnia? - dopytuję. - Sebix zwykle wykonuje jakieś proste prace, jest kierowcą lub kimś takim... Dla paniusi z wielkiego biurowca – prowadzenie 200-tonowej ciężarówki to prosta praca. A nawet i 20-tonowej nie umiałaby załadować, przejechać pół Polski lub pół Europy, rozładować, wypełnić wszystkie dokumenty.
Skąd więc ta wielkopańska pogarda? Niektórzy nazywają to zjawisko salonem lub mainstreamem. Chociaż za nowej władzy salon, mainstream i lemingi powędrowały do lamusa. Teraz tryumfuje suweren i kociarze. Niektórzy mówią, że nastał czas frustratów wstających z kolan i odzyskujących godność. Tylko, kto tu był na kolanach niegodnie? Bo przecież nie typowa Karyna, ani typowy Sebix, ani nawet Brajanek.

poniedziałek, 27 lutego 2017

czerwona hołota

Znów buty, buty, buty, tupot nóg o nagi bruk i skandowanie: raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę... I kto to krzyczy?

burżuazja
arystokracja
inteligencja
panowie
damy
elity
socjeta
high life
establishment

Tak na pierwszy rzut oka, a nawet przy drugim spojrzeniu maszerujący panowie wyglądają na takich, co mogliby raczej śpiewać „Czerwony sztandar”. Owszem, była to pieśń obcych, bo szwajcarskich anarchistów z XIX wieku. Niemniej już od roku 1882 stała się rewolucyjnym hymnem bojowym polskiego proletariatu. Dla współczesnego narodowego prekariatu też byłaby bardziej stosowna niż deklaracja, że nie chcą komuny, nie chcą i już. Bo nie ma komuny, tylko kapitalizm, nie ma internacjonalizmu, tylko globalizm. Bardziej stosowne byłoby więc skandować „wasze kamienice - nasze ulice”. Nagi bruk, jak pięknie napisał Żeromski:
Pieśń o czerwonym sztandarze zlatywała z ich warg zdrętwiałych i rwała się raz w raz. Co ją ze zduszonej piersi wysiepali jak obosieczny miecz — co wyrzucili strofę spomiędzy zwartych zębów, to się nagle rozsypała, jak lotny piach, w luźne wyrazy, w tony i dźwięki...
Na przodzie, o krok przed tłumem szedł oberwany szewc, w krótkich portkach, wygniecionych kolanami, wygniłych w kroku, w smokingu, na jedwabnej ongi podszewce, spiętym na brzuchu agrafką, i w czerwonym szaliku na szyi. Pijacka jego twarz była zsiniała, nos popielaty, oczy skostniałe z zachwycenia. Śmiał się na cały głos chichotem, od którego słuchaczom kolana drżały, śmiał się nareszcie, śmiał się raz szczerze, w zamian za całe swe sobacze życie. Wołał wymachując zzieleniałym kapeluszem ku górnym piętrom, ku widzom z balkonów:
Schodź, burżuaza, na dół! Pięknie do spaceru prosimy
Kobieta idąca w środku i ręką podtrzymująca sztandar miała na twarzy wyraz spokoju, jasności, można by powiedzieć, wyraz łaski. Widać było z daleka jej twarz głupią, natchnioną i miłościwą. Podnosiła coraz wyżej rękę i coraz wyżej, pewnie odruchowo, podnosiła dziecko. A może nie, może nie odruchowo! Może w tych minutach wiedziała, co czyni. Może je naumyślnie pokazywała światu podłemu. Piwniczne dziecko miało twarz posępną, blado-czarną. spojrzenie gniewne i groźne.
Czemuż je miała kryć?
Żeby się chowało w rynsztoku Ojczyzny? Żeby rosło wśród czarnych ścian piwnicy, po których ciecze wilgoć wieczna? Żeby oddychało kwaśnym, kapuścianym powietrzem i smrodem nocnych wspólnych legowisk? Żeby żyło bez powietrza, bez światła, bez strawy ludzkiej w kącie, gdzie się tłoczy i morduje, zaraża chorobami i zbrodniami stado wdeptane w ziemię?

Za czasów Żeromskiego podział na panów i hołotę był prosty. Wiadomo było kto biały, kto czerwony. Kto pan, kto cham. Kto mainstream, kto naród. Teraz trudno odróżnić suwerena od czerwonej hołoty.

piątek, 24 lutego 2017

Poliszynel i pany

Rodzina, żona, dom i w blokach moja wiara. To ty, z betonu tron, dla mnie jak alkantara. Codzienny życia sztorm, płynę na pełnych żaglach. Strefa komfortu – rapuje Paluch. A przecież o wiele ciekawsza jest

strefa 51
strefa zero
strefa beki
strefa szara
strefa gym
strefa wizażystki
strefa klimatyczna

Postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu - powiedziała w Berlinie Agnieszka Holland, laureatka Srebrnego Niedźwiedzia za "Pokot". Nie ona jedna. Ostatnio modne jest wychodzenie ze strefy komfortu. Tylko sklep w mojej wsi zachęca do komfortu - kupna podnóżka pod sedes oraz kilku innych toaletowych przedmiotów. I teraz rozumiem, czym jest ta strefa i dlaczego ludzie tłumnie z niej wychodzą. Gdybym taką miała – też bym wyszła, przecież są strefy o wiele bardziej interesujące.
Przede wszystkim Strefa 51 koło Las Vegas. Tajemnicą Poliszynela jest, że rząd amerykański ukrywa tam kosmitów. Niewykluczone, że są to Obcy z Strefy Lądowania opisanej przez braci Strugackich w „Pikniku na skraju drogi”. Owe strefy, jak tajemnica smoleńska są intensywnie badane, na ich temat powstają liczne teorie, a jednak wszystkie pozostają w sferze domysłów, gdyż nauka nie jest w stanie zinterpretować występujących w nich przedmiotów i anomalii. Z jakichś względów żadnej nie nazywa się strefą zero, chociaż wydaje się, że to właśnie miejsca, gdzie miały miejsce eksplozje.
Trudno czuć się komfortowo w takiej sytuacji. Wyraz „komfortowo” to stosunkowo świeże zapożyczenie w polszczyźnie, które dopiero niedawno zrobiło się modne. Prawie tak modne jak „suweren”, do niedawna zwany prekariuszami, a wcześniej plebsem. Niedawno wylansował się zaś Poliszynel z partii panów. Pewnie go nie pamiętacie z teatru marionetek? Taki egoistyczny gbur, o zabawnym zachowaniu i głosie. Kiedyś chodził po scenie mamrocząc pod nosem. Teraz to pan pełną gębą. Gębą pełną frazesów.



wtorek, 14 lutego 2017

polowanie na myśliwych

Słyszeliście, że za spacer kur po podwórku grozi 8 tys. zł kary? Tymczasem po Wrocławiu mogą sobie spacerować bażanty. Darz bór! Co wolno chłopskiej kurze, to nie to, co może


chmara jeleni
wataha dzików
rudel saren
młoda łania
stara klempa
dorodny rogacz
pospolita łasica
gronostaj Czartoryskich

Oh, pardon! Gronostaj nie należy już do jaśnie państwa, naród zapłacił wielmożom za obrazek paniusi z gryzoniem. A nie! Przepraszam – gronostaj, czyli łasica jest kunowata i poluje na gryzonie, które coraz częściej nadmiernie się rozmnażają, przekształcając pola oraz łąki w wielki labirynt podziemnych korytarzy oraz przejść. Ptaki drapieżne mogłyby na nie polować, ale po co? One wolą wolność synurbizacji – mieszkają w miejskich wieżowcach i dojadają resztki po ludziach. Podobnie jak lisy, którym wolno grasować w kurniku.
Chłop może sobie tylko popatrzeć, jak gronostaj i kuna wyżerają jaja, lis – kury, a państwo nasyła inspektorów z mandatem za kurę, która uciekła z kurnika przed drapieżnikami. Nowa władza i „dobra zmiana” jest taka, że kary mogą być nakładane na podstawie Ustawy o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt oraz rozporządzenia Ministra Rolnictwa z 20 grudnia 2016 r. w sprawie zarządzenia środków związanych z wystąpieniem wysoce zjadliwej grypy ptaków. I patrzcie państwo – w mieście gołębie, kawki, bażanty mogą sobie latać i... załatwiać potrzeby fizjologiczne na samochody, chodniki i ludzkie głowy i nikt nie jest za to karany.
Obrońcy nieskażonej natury niezmordowanie polują na myśliwych. Myśliwi mogą bowiem myśleć o mordowaniu. Nawet w kinie pokazują „Pokot”, a na fejsbuniu od lat udostępniane jest jedno zdjęcie pokotu. Nikt natomiast nie pokazuje zbuchtowanej przez dziki uprawy kukurydzy, zeżartej przez sarny uprawy rzepaku, ani szyby samochodowej rozbitej przez bażanta wesoło przelatującego nad jezdnią... ani reflektora rozwalonego przez zajączka. Bo zajączek jest taki wielkanocnie uroczy, bażancik wyhodowany przez koło łowieckie leci do ludzi.  

poniedziałek, 23 stycznia 2017

dziennikarskie kaczki

Rajmund powiedział, że Ameryka kopiuje polskie pomysły. No nie wiem, wszak mówił również, że języka nie tłumaczy się jeden do jednego, bo w przekładzie sens słów się zmienia, słowa nabierają nowego znaczenia. Ot chociażby
iconic ducklings
pussyhats
Pussycat
purple
pink
pro-life
pro-choice
Pat Patriot
Playboy
Ja nawet obawiam się pisać „ikoniczne kaczory”. Jak to brzmi? Prawie jak: „kaczka ikoną tego lub owego”. O tłumaczeniu „pussy” nie chcę nawet myśleć. Natomiast były u nas popularne moherowe berety. Ba! Big Cyc, jak jakiś prorok śpiewał „Moherowe berety - panują nad światem/ Moherowe berety - zaczynają krucjatę/ Moherowe berety - zwycięstwo i władza/ Na berecim szlaku / Znowu leje się krew / kaczki ciągle czują / Rewolucji zew ...” A teraz - wyobraźcie sobie śpiewający CYC, z angielska zwany „wielkim”, nieomal w koincydencji z zespołem Pussycat. Pasuje do pussyhats. Nieprawdaż?
Dlaczego jednak protestujące amerykańskie kobiety założyły na głowę różowe berety? Bardziej dramatycznie i znacząco wyglądałyby w beretach bordowych, czerwonych, karminowych, a nawet w purpurowych. Przecież tylko u nas purpuraci pojawiają się raczej w procesjach, a nie w marszach. Brygady błękitnych, czy zielonych beretów również kojarzą się z wojowniczą naturą. Ale różowe?! Różowe może założyć kitty cat i cała subkultura Hello Kitty.
Nawet Pat Patriot z amerykańskiej drużyny futbolowej nie założyłby różowego nakrycia głowy. I wcale nie dlatego, że dla nas Patriot to amerykański rakietowy system antybalistyczny. Przy określeniu antybalistyczny, można zastanowić się z angielska, czy taki system jest pro life, czy bardziej pro choice? Kto chciałby żyć bez możliwości wyboru? Kto chciałby wyborów za cenę życia? Jednak takie pytania mogą pojawić się tylko pod różowym beretem, zdobionym uszami królika z Playboya. W dzisiejszym świecie większość odpowiedzi to dziennikarskie kaczki, post-prawdy z poematu „Kaczka dziwaczka”.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

próba ponczu

Apologeta starej wiary i nowej władzy, przywołal obsceniczną twórczość Żyda z polskim rodowodem. Dziwniejsza była tylko obwieszczona przez kawalera kulinariów – próba ponczu. Jakby lęk, że brexit odbierze nam

Christmas punch
English breakfast
English tea
Black pudding
Fish and chips
Tikka masala
Green chutney
Five o'clock
Jamie Oliver

Jak to mówią: patriotyzm jest cnotą ziejących nienawiścią. Niemniej powiadam wam, że nie ma co łez ronić za brytyjska kuchnią. Poza tym poncz, jak i kilka innych potraw brytyjskich ma w sobie indyjskie korzenie. Poncz, jak pucz raczej nam nie w smak. Chociaż wśród polskich polityków są wielbiciele puczu Pinocheta. Tak, tak - tego od terapii gospodarczej, która przyniosła dobrobyt elicie, kosztem nędzy milionów obywateli Chile oraz 3000 zabitych i tysięcy torturowanych. 17 lat temu - jemu właśnie, polscy fani wręczyli ryngraf z Matką Boską.
Zostawmy jednak sacrum, gdy profani nie potrafią odróżnić łasicy (inaczej zwanej łaską) od gronostaja, zaglądającego damom w dekolt. A przecież Pani Szymborska przypominała: Dekolt pochodzi od decollo, decollo znaczy ścinam szyję. Królowa Szkocka Maria Stuart przyszła na szafot w stosownej koszuli, koszula była wydekoltowana. Dekolt może więc kojarzyć się kulturalnym kawalerom z awanturniczym przewrotem politycznym, przygotowanym przez spiskowców. Jednak nie był to pucz, ani nawet angielski poncz. To był tylko handel damą boskiego Leonarda. Dama została odsprzedana, jak jakaś bezimienna, czarna niewolnica, chociaż miała tylko czarne tło.
Akolici władzy postanowili odwrócić uwagę od tej czerni, kryjącej nie wiadomo co. Posłużyli się recepturą znaną od wieków. Już bowiem w starożytności, ciemny lud wychodzący na ulice, niewolono ofertą chleba i igrzysk. Były też wydekoltowane władczynie, radzące ludowi zastąpienie chleba – ciasteczkami. Igrzyska z mordowaniem ludzi innej wiary, też trzeba teraz zastąpić szopką noworoczną. Nie oglądałam, ale usłużny Internet donosi, że była tam rekonstrukcja twórczości Rolanda Topora. Oh! Coś takiego! Wyznaniowa tv powinna wychłostać to biczem słusznej krytyki! Zwłaszcza za tę twarzyczkę na … dłoni