czwartek, 26 września 2013

w budowie

Wyznaję: dziś znowu to zrobiłam. Ten występek napełnia mnie ambiwalencją. A jutro - recydywa: być łajzą, czy chamem? Oto jest pytanie...


sygnaliści
sygnały drogowe
znaki czasu;
znaki ostrzegawcze
znaki specjalne
znaki zakazu
znaki nakazu

przepisy


Popatrzcie w google maps, na zdjęciu satelitarnym widać wielkie skrzyżowanie w szczerym polu za Dębówką, równolegle do drogi z Lublina do Warszawy. Zanim wszyscy będą mogli sobie beztrosko po nim jeździć, ja każdego dnia wybieram: stać jak łajza w kilometrowym korku na lewym pasie, czy pomknąć prawym pasem, minąć piruetem TIRa blokującego skrzyżowanie, skręcić w lewo i wskakując w każdą lukę meandrować po przebudowywanej drodze. Benzyna droga, więc dla oszczędności jestem chamem.
Usprawiedliwiam się, że dzięki takim ja, korek jest krótszy, a emisja spalin mniejsza. Pokorni wlokący się w korku, raczej tak nie myślą. Wstydzę się, ale nie mamy holenderskiego klimatu, żeby przesiąść się na rower. Nie mamy też ścieżek rowerowych. Ja jeżdżę chodnikiem, ale to też występek. Chociaż nowy kodeks pozwala mi jeździć po chodniku, szerokim na dwa metry lub każdym  chodnikiem przy złej pogodzie. Co oznacza, że mogę po chodniku jeździć zawsze, bo przy naszym chronicznym utyskiwaniu - zła pogoda jest co dzień. Nie można niby jeździć rowerem po zebrze, ale widziałam, a nawet sfilmowałam jak policjant (na stalowym, błyskającym rumaku) eskortował gromadkę cyklistów na pasach.
Trudny i nudny ten nasz kodeks drogowy. Co innego w Australii. Tam kierowcy sami sobie montują w samochodach ograniczniki prędkości. Poza miastami nie jeżdżą po zmierzchu, żeby nie stuknąć zwierzaka. Nawierzchnia się nie topi nawet na pustynnej drodze, nie ma kolein, a pobocza nie wykruszają się. I mają te swoje zabawne znaki zakazu drzemki oraz żądające nie tylko ustępowania miejsca bydłu, ale wypatrywania kangurów, koali i wombatów. Dla pobudzenia kierowców mają nawet znaki ostrzegawcze przed gigantyczną owocówką. Bardziej gigantyczna jest tylko kara za wożenie ze sobą owoców z jednego regionu do drugiego. Jest nawet specjalna straż rewidująca samochody w poszukiwaniu zakazanego owocu. Poważnie!
Co nam jednak mierzyć się z Australią, w jej granicach dwie Europy by się zmieściły. Bogactw ma tyle co Azja, ludności mniej niż Polska - a drogi wybudowali młodzi weterani wojenni i imigranci, żeby im się nie nudziło. Budowa dróg miała im zastąpić bitewną adrenalinę. Budowa z definicji jest nerwowa.

sobota, 21 września 2013

a Rajmund powiedział

Powtarzam za Buddą jego cztery szlachetne prawdy o  cierpieniu i szłabym jego ośmioraką ścieżką, gdyby nie ta konieczność powstrzymywania się od tańca i noszenia girland...

©;
(cc);
copyright;
copywriter;
prawa autorskie;
dozwolony użytek;
konwencja berneńska;
creative commons;
imprimatur;
cenzura;
Zanim jednak usłyszałam o Buddha Dharma, wytworzyłam samodzielnie koncepcję, że posiadanie nie jest ważne. Głównie dlatego, że musiałam donaszać ubrania siostry.  Potem po mężu, a nawet jego kolegach, gdy szczęśliwie im się przytyło i tylko ja wchodziłam w nr 36. Ach! To były piękne, lanserskie  wranglery. Teraz się spospolitowały - słusznie - denim wynaleziono dla chłopów i robotników. Wszystko staje się dostępne, a w konsekwencji pospolite. Nawet słowa.
Jak mówi Księga: na początku było słowo. A słowo było dla wybranych. Kiedyś papier dystrybuowany był w ograniczonym zakresie do drukarni, wydawnictwa licencjonowane i cenzurowane. Teraz każdy może odpalić internet i  jak Dalida śpiewać (z karaoke) paroles, paroles i pisać w wordzie (czy w czym tam lubi). Podaż słów wzrosła - popyt nie za nadto. Ilu piszących może liczyć na sukces czterech ewangelistów? Homera choćby? Wieszczów narodowych? Niewielu wybrańców.
Mało kto ma szczęście, się (jak pisał zapomniany poeta) jednak zdarza. Danka na przykład tworzy system komentarzy, który można by opatrzyć tytułem "a Bogdan powiedział..." Ludzie mu zazdroszczą. Mój mąż np. mówi: jak miło ludzie wymieniają słowa. A ty?! (znaczy ja) Ty używasz moich słów, zdań, całych historii i ani słowa o autorze. Aha. To prawda. Większość słów, które zapisuję powiedział Rajmund. Albo kto inny. Nie byłam lekarzem w RPA, Flying Doctors w Australii, inżynierem w Andach... ale dobrze opowiadam te historie, lepiej niż ci, co tam byli. Powtarzam słowa wielokrotnego użytku. Bez cenzury. Z Waszym imprimatur.

czwartek, 19 września 2013

e-booki pod strzechy

Telewizja to tylko zastępcza rozrywka dla mózgu, kto nie czyta, ten właściwie nie potrzebuje już głowy, nie mówiąc oczywiście o wyobraźni i fantazji - powiedział Billie Joe
 


gliniane tabliczki;
kamienne tablice;
supełki na sznurkach;
tusz na jedwabiu;
inkaust na welinie;

hieroglify na papirusie;
ruchoma czcionka;
manuskrypty;
inkunabuły;
linotyp

Czego to nasze uczelnie nie wymyśliły? Ach, na wołowej skórze by nie spisał! Nie wymyśliły edytorów tekstu, arkuszy kalkulacyjnych, programów graficznych i ekranów ciekłokrystalicznych. Nie nasi uczeni wymyślili eklera/suwaka/zippera ani zapięć na rzepy. Kopernika co i rusz próbują zawłaszczyć Niemcy, a Skłodowską - Francuzi. Ktoś pamięta, jakieś współczesne osiągnięcie? Nie, nie chodzi mi ekspertyzy lotnicze na podstawie zgniatania puszek po piwie i latanie na konferencje...
Chodzi mi o tego profesora, ostrzegającego przed książkami w wersji elektronicznej. Podobno powinna być do nich dołączana ulotka na wzór tej, jaką producenci lekarstw dołączają do farmaceutyków. Powinny się na niej znaleźć informacje dotyczące ryzyka utraty zdrowia przez uczniów.  Naprawdę! Cytuje go gazeta (kiedyś rządowa, zaliczana do kategorii quality).

Przed książkami w wersji cyfrowej bronią się też wydawcy książek tradycyjnych. Mówią:  – Jesteśmy za cyfrową szkołą, za wyposażeniem 
szkół w sprzęt i dostęp każdej klasy do 
internetu. Jesteśmy jednak także zgodni, że bezpłatny e–podręcznik, zlecony 
i aprobowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, to nie jest rozwiązanie wolnorynkowe.  Zapowiedziany przez państwo 
e–podręcznik zepsuje rynek, a szanse na to, że znajdzie dla siebie na nim miejsce, są małe. Uczniów jest coraz mniej, a niż musi jeszcze przejść z podstawówek do gimnazjum i liceum. W szkołach mamy 4,25 mln uczniów, choć niecałe 10 lat wcześniej było ich 6,5 mln.
Zmiany przerażają. I zawsze można przypisać im zgubne skutki zdrowotne. Rylce do glinianych tabliczek i dłuta do tablic kamiennych kaleczyły dłonie.  W ogóle księgi, jak pamiętamy z "Imienia róży", bywają zatrute. Charles Chaplin zauważył zaś, że najmądrzejszy naród na świecie to niewątpliwie Chińczycy. Wynaleźli druk - ale nie gazety, proch - ale tylko do sztucznych ogni, wynaleźli wreszcie kompas - ale powstrzymali się przed odkryciem Ameryki.
Sto pociech z tymi naukawcami.
{Nie, nie zrobiłam literówki, chociaż usłużny edytor mnie poprawia. Tak jak pani od chemii wyróżniała kwasy siarkawe i azotawe (cokolwiek to znaczyło), tak i pani polonistka wyróżniała teorie naukowe i naukawe. I obydwie zalecały czytać księgi od deski do deski (kto wie co to znaczy).

Zaznaczyłabym to na marginesie, ale niewygodnie na ekranie robić margines.
Nie narzekam, wspominam jak tłukli mnie w szkole po lewej dłoni, którą wygodniej było mi pisać, ale atrament ze stalówki się zacierał...}

niedziela, 15 września 2013

widmo krąży

Przed klasą robotniczą staje w całej wielkości zagadnienie obrony dotychczasowych zdobyczy...
bunt;
rokosz;
tumult;
rewolucja;
 
insurekcja;
przewrót;
rewolta;
Pieśń o czerwonym sztandarze zlatywała z ich warg zdrętwiałych i rwała się raz wraz. Co ją ze zduszonej piersi wysiepali jak obosieczny miecz – co wyrzucili strofę spomiędzy zwartych zębów, to się nagle rozsypała, jak lotny piach, w luźne wyrazy, w tony i dźwięki… Na przedzie, o krok przed tłumem, szedł oberwany szewc, w krótkich portkach, wygniecionych kolanami, wygniłych w kroku, w smokingu, na jedwabnej ongi podszewce, spiętym na brzuchu agrafką, i w czerwonym szaliku na szyi. Pijacka jego twarz była zsiniała, nos popielaty, oczy skostniałe z zachwycenia. Śmiał się na cały głos chichotem, od którego słuchaczom kolana drżały, śmiał się nareszcie, śmiał się raz szczerze, w zamian za całe swe sobacze życie. Wołał wymachując zzieleniałym kapeluszem ku górnym piętrom, ku widzom z balkonów: – Schodź, burżuazja, na dół! Pięknie do spaceru prosimy!
Nie lubię Żeromskiego. Lubię literaturę lekką, łatwą i przyjemną - a ON ani jednej chyba zabawnej książki nie napisał. I jeszcze pisał tak nieprzyjemnie, że jak się zacznie czytać, to nie można się od tego oderwać. Więc od lat do niego nie zaglądam. Ale kiedyś wbiła mi się w pamięć jego nowelka "Nagi bruk". Okropna tak bardzo, że czytałam ją w kółko i w kółko, aż mogłam ją recytować. Nawet teraz jak się sprężę - to może i całą powtórzę.
Powstała na początku XX wieku, gdy ówcześni związkowcy alarmowali: "Ciężka sytuacja gospodarcza i kryzys, których końca nie można przewidzieć, około 200 tys. bezrobotnych, 500 tys. robotników na emigracji we Francji, 200 tys. na emigracji w Niemczech – oto tło, na którym rozwija się nasza działalność. Przemysłowcy dążą do powrotu do dawniejszych warunków pracy, do skasowania 8-godzinnego dnia roboczego i innych zdobyczy klasy pracującej. Przed klasą robotniczą staje w całej wielkości zagadnienie obrony dotychczasowych zdobyczy. Przemysłowcy posiadają swoje potężne organizacje ze słynnym Lewiatanem na czele..."
A miało być tak pięknie. Rewolucja przemysłowa miała przynieść lepsze, łatwiejsze i przyjemniejsze życie. Wynalezienie maszyn przędzalniczych i tkackich, skonstruowanie maszyny parowej i zastosowanie energii pary wodnej jako siły napędowej. I rzeczywiście dla przedsiębiorczości początek ubiegłego  wieku był całkiem niezły. Rosły nowe gałęzie przemysłu, popyt na środki transportu wydawał się nienasycony. Jednak ulica stała się miejscem walk, rozruchów i tragedii ludu pracującego,który szedł za krążącym po Europie widmem komunizmu, wzywającym do łączenia proletariuszy. Potem była wojna. Największa katastrofa od XIVwieku, gdy dżuma zdziesiątkowała ludność Europy.
Co będzie teraz?

piątek, 13 września 2013

triskaidekafobia etc.

Słyszeliście o tym wściekłym nietoperzu, co pokąsał trójkę ludzi? Ta wiadomość może wywołać fobię, przed którą nie obroni
czepiec;
chusta;
czador;
burka;
kwef;
nikab;
woalka;
bandana
Dowodzi także, że mój irracjonalny lęk przed uskrzydloną myszą nie jest zabobonny, ale uzasadniony. Babcia powtarzała, że nie można nocą chodzić z odkrytą głową. Nietoperz wplątuje się we włosy i to jest zabójcze. Zabójcze jest również chodzenie z odkrytą głową w dzień. Mózg niszczy się od mrozu lub od upału. I włosy też się niszczą. Zatem okrywanie ich czepcem, czadorem, bandaną - jest zachowaniem zdroworozsądkowym.
Podobnie jak wiązanie czerwonej kokardki. Z
awsze zawiązuję czerwoną wstążeczkę na łóżeczkach nowo narodzonych dzieci. Nie mogę się powstrzymać. W mojej rodzinnej wsi (katolickiej) zawsze się tak robiło, aby ochronić dzieci od wszelkiego złego. Tymczasem ostatnio musiałam zakradać się pod łóżeczko maleńkiego kuzyna, bo jego matka zakazała kabalistycznych znaków. KABALISTYCZNYCH! Też coś! To nasz staropolski zwyczaj. Zrobiłam więc kokardkę pod materacem - może jej szybko nie znajdą.
Natomiast w przypadku bibelotów przynoszących szczęście mam mieszane uczucia. Mam szklaną menażerię - unikalną kolekcję kiczu. Gromadzi ona jednak więcej kurzu niż szczęścia. Rozumiem chęć posiadania żywego słonia w Indochinach - tam na pewno przynosi szczęście. Ryba wśród wygłodniałych chrześcijan też bywa przydatna. Njuejdżowiec nie mający prawdziwego delfina zadowoli się drewnianym karpiem.
Z liczbami
też zawsze miałam kłopot. Może nawet dyskalkulię? Niemniej triskaidekafobia mi nie grozi. Stanowczo bardziej wolę 13 $ niż 7 zł. Przyjęło się jednak, że 7 jest OK, a 13 budzi trwogę. Ten irracjonalny lęk dołaczony został do szlachetnego grona arachnofobii, agorafobii i innych ekscentrycznych zaburzeń. To dopiero zabobony. Czy wśród Szerpów zdarza się strach przed przestrzenią, a wśród Japończyków przed brakiem przestrzeni? Widzieliście muzułmanina, który bałby się 5 razy umyć dłonie?
Nasze strachy wśród obcych stają się śmieszne. Tego można się nauczyć podróżując. Podróże są jak uniwersytety bez ścian.

środa, 11 września 2013

L'Internationale




Emiliano Zapata;
Pancho Villa;
Róża Luksemburg;
Karol Libknecht;
Leon Trocki;
Aleksander Kierenski;
Ludwik Waryński;
Stanisław Kunicki;

..............................;

Giorgio i Ricardo jadą do słonecznej Italii. Bo mogą. Mogą zapłacić za wyjazd. Mogą mówić po włosku. Mówią, że mogą mówić na poziomie B2, a może i C1. Z taką znajomością języka obcego mogliby nauczać w przedszkolu. Chociaż nie. Larum się podniosło wielkie, że w przedszkolach mogą nauczać tylko przedszkolanki (i dla politycznej poprawności: także panowie trudniący się tą profesją). Ustawowo każdy absolwent uczelni powinien znać język obcy na poziomie B2, bo co najmniej na B1 musi zdać maturę. Ponadto absolwent studiów pedagogicznych powinien znać metodykę nauczania.
Wychodzi jednak na to, że przedszkolaniści mogą tylko pilnować, żeby dzieci zjadły, załatwiły się, pokolorowały i pospacerowały. Rytmiki, gimnastyki, języków - absolwent studiów przedszkolnych uczyć nie może. Rodzice żądają, żeby ich pociechy uczone były przez wysokiej klasy specjalistów. Nie guwernerów jednak. Rodzice protestują więc przeciw edukacyjnej polityce rządu. Przeciw polityce rządu protestują też związkowcy. O co dokładnie chodzi nie wiem, bo gdy zajrzałam do telewizora - związkowcy przeganiali dziennikarzy. Mieli akurat przerwę w strajku...
Jurka i Rysia protesty te nie dotyczą, bo i tak nie chcieliby cudzych dzieci uczyć, a poza tym (uczciwszy uszy) są prywaciarzami. A taki prywatny przedsiębiorca, czy niepubliczny lekarz nawet nie może strajkować. No bo jak? Wysłać pracowników luksusowym busem do Warszawy, żeby sobie pokrzyczeli pod budynkami użyteczności publicznej? I jeszcze im dać na strajk namiot, kawę i kanapki? Czy prywaciarz powinien płacić, aby jego podwładni zapoznali się z ideami Marksa i Engelsa oraz wcielali je w życie? Żeby założyli jakiś nowy Związek Spartakusa lub inny Proletaryat i anarchizowali? A może nawet ogłosili współczesny Plan de Ayala i rewolucję?
Nie. Panowie pojadą sobie do toskańskiej willi i co najwyżej zrobią włoski strajk. Bo mogą. Czy prywaciarz nie może drobiazgowo wypełniać swoich obowiązków przez internet? Może też czytać sobie "Galia divisa in partes tres..." lub przeciwnie - może w oryginale czytać Terzaniego "Listy przeciwko wojnie". W końcu jak pisał ów Włoch pracujący w Azji: świat po 11 września 2001 roku nie jest już taki sam jak przedtem.

poniedziałek, 9 września 2013

glühwein i vintage


mulled wine
glühwein

tokaj
port-wine
dated port
vintage
tawny
ruby
beaujolais



Aladdin z fb zaprasza na wielką degustację grzańców w różnych smakach m.in. malinowego, wiśniowego, migdałowego i orientalnego. No nie wiem... Nie jestem wyrafinowanym smakoszem, nawet nie otarłam się o kiperów, o sommelierach (specjalistach w dziedzinie enologii) nie wspominając. A to chyba oni zajmują się degustacją. Ja to sobie mogę popijać co najwyżej. Tylko  wytrawni degustatorzy 
potrafią kwadrans, a i pół godziny, rozwodzić się nad aromatami i konsystencją bachusowego trunku. A nawet dowodzić jego zbawiennego wpływu na zdrowie.
Poza tym: grzaniec o tej porze roku? Glühwein - rozgrzewa Austriaków na świątecznych jarmarkach. Jest symbolem Adwentu i w Austrii nieodłącznie kojarzy się ze świętami Bożego Narodzenia. Zatem: za wcześnie.
A w ogóle, to my, ludzie północy pijemy wódkę. Oh! Pardon. Mówienie o piciu w sensie chlania jest passe. Au courant jest mówić o produkcie do obrotu. Nie do handlu - handlarze, a zwłaszcza handlary są w złym guście. Jedyne co pozostaje  - to dzierżyć rżnięty kryształ z produktem destylacji kartofla. Nie. To brzmi również fatalnie.
Musimy jak południowcy z wdziękiem trzymać wiotką, szklaną nóżkę pucharu. Bo jak mówi zapomniana pisarka między ustami, a brzegiem pucharu wiele może się zdarzyć. Możemy spoglądać jak krew Dionizosa z wdziękiem osuwa się po szklanej czaszy. To brzmi i wygląda elegancko. Teraz pozostaje nam czekać na Beaujolais Noveau. Jednak ten szeroko promowany produkt trafi na rynek dokładnie minutę po północy w trzeci czwartek listopada, bez względu na to kiedy były zbiory.
Tymczasem możemy zachwycać się innym produktem genialnej promocji, winem z zielonej, płaskiej, okrągławej butelki ozdobionej fotką portugalskiego pałacu Villa Real. W tej winnicy fermetują winne grona i z politowaniem patrzą na turystów pielgrzymujących w okolice Fatimy, mylnie traktując Palacio de Mateus, jako źródło trunku. I opowiadają, jak to kiedyś przyjechał gość z Ameryki, zjadł obiad i zapytał czy może strzelić fotę pałacu. Pozwolili. Zapytał, czy może wykorzystać ją jako nalepkę na wino. Pozwolili. I w supermarketach to wystandaryzowane wino idzie jak woda. Podobnie jak najzwyklejsze porto tawny.

Bo nie vintage.

sobota, 7 września 2013

liczby żonglowane

Słyszę, że sześciolatki są za głupie, żeby uczyć się w szkole. Że gimnazja są zbędne, że egzaminy zewnętrzne są szkodliwe, że za PeeReLu to ho, ho, ho...

liczby bliźniacze,
liczby doskonałe,
liczby palindromiczne
liczby złote
liczby pierwsze
liczby względnie pierwsze
Liczby naturalne
Liczby Fibonacciego

ludolfina - π

Więckiewicz w roli Wałęsy, jest tak dobry jak sam Wałęsa, a może i nawet lepszy - mówią recenzenci.  Wajda pokazuje swój obraz czasów słusznie minionych, a publiczność wspomina je z rozrzewnieniem. Rozrzewnieniem lekko zafałszowanym, bo oczywiście nikt nie powie wprost, ach, jak było miło w PRL lub: komunizm był boski.... Ale się mówi, że ach, jakież to emerytury były..., a do doktora się szło..., a edukacja...
Furda tam wskaźniki skolaryzacji. Społecznościowe sieci ekscytują krokodylimi łzami nad upadkiem edukacji. Ostatnio popularny stał się mem z zadaniem matematycznym o drwalu. Obrazek prezentuje ewolucję ćwiczeń arytmetycznych na przestrzeni dziesięcioleci. Że niby w latach '50 uczeń beztrosko rozwiązywał zadanie z dwiema niewiadomymi, a teraz to z całej matematyki potrafi tylko pokolorować drwala. Ha. Haha, no naprawdę. ...ale śmieszne. Ha. Haha.
Jeszcze kto gotów pomyśleć, że pół wieku temu, na polnej drodze do szkoły, 
mógł był mówić uczeń A: 
...ciąg Fibonacciego to ulubiony ciąg przyrody. Taki ciąg liczbowy opisuje np. liczbę pędów rośliny jednostajnie przyrastającej w latach (np. drzewa). Róże kalafiora zielonego, poczynając od czubka układają się w kształt spiral. Jeśli obliczymy ilość lewo- i prawoskrętnych spiral, to okaże się, że są to liczby z ciągu Fibonacciego. Podobną ilość spiral tworzą ziarna słonecznika czy łuski szyszki....
Równie zachwycony liczbami mógł był odpowiadać uczeń B

...starożytni Grecy przypisywali liczbie 6 szczególne znaczenie. Żydzi upatrywali doskonałości liczb 6 i 28, bo czyż nie w 6 dni został stworzony świat i czy Księżyc nie obiega Ziemi w czasie 28 nocy? Wiele wymiarów w świątyni Salomona nawiązuje do liczby sześć...
Takich dialogów jednak nie było. Tuż po wojnie, gdy Polska to były raczej zgliszcza, na których tylko bida z nędzą, w szkole nadal prowadzone były lekcje religii. Przy tym nostalgicznym wspominaniu, jak to drzewiej dobrze było, jeszcze gotów kto pomyśleć, że katecheci nie uczyli wtedy głównie katechizmu. Można by sobie wyobrazić, że księża i zakonnice wbijali uczniom do głów, że jak mówił św. Augustyn:
...rzeczy posiadają byt na tyle, na ile jest w nich liczba. Ludzie którzy pracują nad formami materialnymi, wkładają liczbę w sztukę i w każde swoje dzieło.
Tak nie było. To ułuda nostalgii. Ani szkoła, ani nauczyciele nie byli wtedy lepsi. "Ludzie, którzy nie potrafią zmienić dzwonka w swojej komórce - nie mają prawa mówić, że młodzież jest teraz niedokształcona" - takie mniej więcej zdanie usłyszałam kiedyś u nastolatków.
A Ty? Potrafisz korzystać ze zdigitalizowanych zasobów ludzkości?

poniedziałek, 2 września 2013

piramida potrzeb

I po wakacjach... Jak śpiewa bard  - Popijamy calutki ten dzień - Próbujemy nalewki Z dzikiej róży, z porzeczki Żeby sprawdzić - czy zimą da

rozkosz
frajda
ekstaza
radość
zadowolenie
pomyślność
przyjemność
uciecha
szczęście


Odwiedził mnie Krzyś z córką. Kiedyś sprzedawał cukierki. Przyjeżdżał z torbą słodyczy, po których szybko zostawały tylko papierki. Pożeraczem pyszności byłam ja. Dzieci Krzysia patrzyły przerażone. Tata wmówił im, że to są produkty do sprzedaży. Teraz Krzyś sprzedaje urządzenia do produkcji piwa. I znów: wmówił córce, że piwo to produkt do sprzedaży... A ja.. używam piwa.
Córka Krzysia jest wiotka, ja walczę z nadwagą. Jestem przez to idealnym klientem, kołem zamachowym gospodarki, konsumentem niezdrowego i niepotrzebnego żarcia. Konsekwencją tego jest konsumpcja preparatów odchudzających, kupno ubrań i urządzeń sportowych oraz karnetów na siłownie. To dla mnie pracuje branża rozrywkowa i reklamowa. Dzięki temu więcej pracy mają spece kampanii zdrowotnych powstrzymujących przed używkami na literę "P". A przecież dają tyle szczęścia. Albo przynajmniej uciechy (bo nie extazy), przyjemności, zadowolenia.
Cóż - cukiereczki też odpalają dopaminę zwaną hormonem szczęścia. I cukiereczki, ciasteczka, lodziki - zakazane nie są. A biodra i barki pęcznieją. Pękate ciałko obciąża stawy i tętnice. Rozum tępieje od nadmiaru sztucznych bodźców radości. Pojawiają się teorie, że przesłodzone życie może być przyczyną przemocy. Przemocy najwięcej jest w szkołach, a nie ma na nich ostrzeżeń ministra zdrowia, że mogą być przyczyną utraty zdrowia. Na słodyczach też nie ma ostrzeżeń, jakie umieszczane są na używkach na literę "P"...
Pamiętacie piramidę potrzeb Maslowa? Nie macie wrażenia, że cukiereczki sprawiają, że została z niej tylko podstawa: fizjologia (uzupełniona internetem).