czwartek, 31 grudnia 2015

imersja i emergencja

Nudne i trudne jest wędrowanie koleinami wygniecionymi przez poprzedników. Ekscytuje kwestionowanie oklepanych haseł, poglądów i słów na dobre zmieniających sensy:
 
migranci
ekspaci
imperialiści
kosmopolici
terroryści
partyzanci
sojusznicy
satelici
TTIP

Chociaż o TTIP chyba mało kto mówił, mimo że Transatlantyckie Partnerstwo Handlowo- Inwestycyjne zakończyło już 12 rundę rozmów i będzie miało ogromny wpływ na świat. Mało kto wspominał ostatnie wybory w Ameryce, a warto byłoby poszukać polskich odpowiedników wezwań z banerów Obamy: stand for change, we can do it,  yes you can. Dacie radę dobrze zmienić te hasełka na ojczystą mowę, nieprawdaż?
Telewizyjne programy informacyjne budują obraz świat żyjącego polityką - tymczasem, co pokazała frekwencja w wyborach i referendum, prawdziwe życie jest gdzie indziej. Wielowymiarowość mediów oraz dążenie do pełnej imersji wydaje się być tendencją dominujacą, ale nie jedyną. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z dramatycznym wzrostem liczby informacji, z drugiej – zaakceptowaliśmy nijakość przekazywanych nam wieści.
Zmienia się też charakter naszej percepcji, ewoluując w stronę symultaniczności doświadczeń przy jednoczesnym braku własnej refleksji. To takie tam zmiany, jakie zaszły w mentalności ludzkiej: coś, co kiedyś było nie do pomyślenia, dziś staje się normą. Odmienił nas postęp cywilizacyjny i wpływ technologii na życie społeczne. Mniej niż ćwierć wieku temu telefon był niedostępnym luksusem – dziś jest w użyciu częściej niż chusteczki do nosa.
Jednakże weterani transformacji przenoszą na ulice i do domów spory polityczne. Jedni cieszą się z dobrej zmiany, inni boją się krachu demokracji. Nieliczni zauważają, że sytuację tę objaśnia teoria emergencji, którą do społeczeństw można stosować, tak jak do obserwacji ptasich stad. W płynącej po niebie chmurze szpaków, obowiązują proste zasady: co jakiś czas patrz na sąsiada, leć tam gdzie sąsiad, jeśli akurat nie patrzysz na sąsiada — leć przed siebie.
Byle razem z innymi.

 

 

 

środa, 30 grudnia 2015

stare grzechy


Amerykański znajomy wysłał mi automatyczne tłumaczenie szkockiej pieśni, tradycyjnie śpiewanej w wigilię Nowego Roku. Przyjaciółka z Ameryki poprawiła jakieś słówko, a tymczasem…
Kto raz przyjaźni poznał moc,
nie będzie trwonić słów.
Przy innym ogniu, w inną noc
do zobaczenia znów.
Nie zgaśnie tej przyjaźni żar,
co połączyła nas.
Nie pozwolimy by ją starł
nieubłagany czas.
Ponieważ Oxford Dictionaries ogłosiło, że najpopularniejsze słowo w roku 2015 to emoji, które płacze ze szczęścia i dużo zajęć było przed świętami – dałam tylko koment emotem. Nie starałam się szukać eleganckiego wyjaśnienia moim przyjaciołom zza oceanu, że w Polsce od lat śpiewamy Auld Lang Syne jako Ogniska już dogasa blask. A ja osobiście, jako akolita nurtu wiejskiego w literaturze, wielbię nie tylko poetę polskiego Tadeusza Nowaka, ale i szkockiego - Roberta Burnsa.
Zżerało mnie również brzydkie i szczególnie niestosowne przed świętami uczucie zazdrości o wzniosłe życzenia napisane przez inną znajomą. Mąż pocieszał, że to oczywiste, że pięknie napisała, bo i ona, i jej mąż są profesorami literatury angielskiej, więc wyrafinowany angielski należy do ich obowiązków zawodowych. Że kilka miesięcy temu inna zaprzyjaźniona anglistka upowszechniała hasło English as a Lingua Franca, i że chodzi o dogadanie się, a nie olśniewanie…
A jednak… jednak sumienie nyło, nie było czasu na spowiedź, tymczasem niespodziewany gość, buddystka z Indonezji – zażyczyła sobie oglądania kościołów. Jak stanąć przed ołtarzem z grzechem zazdrości w zanadrzu?! I wtedy oko w trójkąt wprawione i na świat patrzące mrugnęło do mnie, uświadamiając, że moim grzechem głównym jest kłopot z pierwszym przykazaniem Dekalogu, a nawet nie umieszczam go w rachunku sumienia. Dziękując Bogu, pomknęłam do mojego bożka, a Wielki gOOg, tradycyjnie dał radę. W jedną chwilę odpowiedział, że profesorskie życzenia to Rok 1984, rozdział drugi
J tłumaczcie sobie sami lub zdejmijcie książkę z półki J
To the future or to the past, to a time when thought is free, when men are different from one another and do not live alone — to a time when truth exists and what is done cannot be undone: From the age of uniformity, from the age of solitude, from the age of Big Brother, from the age of doublethink — greetings!

czwartek, 10 grudnia 2015

moc słów

Ach! Nie wiesz jaki wybrać prezent? Doradzimy... Wszyscy Wam coś radzą? Poradzę i ja: nic nie kupuj! Daj talon na godzinę bycia

uroczym
grzecznym
miłym
uprzejmym
uśmiechniętym
wyrozumiałym
empatycznym
entuzjastycznym
spontanicznym

Sieciowe sklepy w mojej okolicy oprócz tradycyjnych bożonarodzeniowych durnostojek i starych bombonierek, owiniętych w świąteczne pazłotka podsuwają różne książki na prezenty. Zwykle uwielbiam grzebać w tych koszach, bo zdarza się tam znaleźć... nie bestselery. Raczej nonselery, a nawet total flopy, czyli dobre powieści lub albumy. W sezonie zakupowym zastępują jednak je poradniki celebrytów.
Już same tytuły zachęcają do zakupów: "Magia sprzątania", "Klub 50+", "Ja nie mogę być modelką?!" itp. Jedna taka popularna publicystka, radzi żeby otaczać się tylko młodymi ludźmi, bo to dodaje energii. A to pomysł! W starzejącym się społeczeństwie, gdzie ludzie 80+ płaczą z niedołężnej samotności, celebryci 50+ przekonują, że tylko młodość jest inspirująca. Inaczej można trafić w krąg "Żon ze Stepford" Iry Levina.
"Żony ze Stepford" - dobra lektura na dzisiejsze czasy - lekka, łatwa i nieprzyjemna. Ja jednak bardziej poleciłabym "Grę Endera" Orsona Scotta Carda. Zwłaszcza wierzącym, że likwidacja gimnazjów, zlikwiduje ekscytacje nastolatków. Nie zlikwiduje. Powtarzam za Peterem z "Gry Endera": To nie moja wina, że mam dwanaście lat. W chwilach zamętu świat zawsze jest demokratyczny i wygrywa człowiek z najsilniejszym głosem. Wszyscy myślą, że Hitler stał się potężny dzięki swoim armiom. Ale on panował przede wszystkim słowami, wypowiadając właściwe słowa, we właściwym czasie.
Ira Levin napisał też Dziecko Rosemary, historię o starych ludziach, którzy widzieli w dziecku diabła. Prawdopodobnie przyszłego gimnazjalistę. Czytajcie! Wiele się można dowiedzieć z podrzędnej literatury.

niedziela, 29 listopada 2015

obscena na scenie


A jeśli demokracja jest fikcją stworzoną by skłonić ludzi do posłuszeństwa? A jeśli cywilizację niepostrzeżenie pochłania

barbarzyństwo
obscena
degeneracja
amoralność
rozpusta
nieprzyzwoitość
zgorszenie
ruja
porubstwo

A gdyby okazało się, że wprawdzie możemy głosować, ale nasze głosy i tak nic nie mogą zmienić? A gdyby okazało się, że nieważne jak głosujesz - elity i tak pozostają u władzy. Nie wydaje Ci się, że kampanie polityczne zamieniły się w konkursy piękności? Jak w teatrze -  dostajesz program interaktywnego spektaklu, ozdobiony wyretuszowanym portretem. Wybierasz aktorów do odegrania ról według scenariusza pisanego gdzieś, w niedostępnej tajemnicy.
Słyszysz: naród chce to, naród chce tamto. Kto to - ten naród? Mamy demokrację przedstawicielską? Demokracja, to poszanowanie praw mniejszości? A cóż, jeśli naród ma gusta jak starożytni Grecy? Dla nich Eros stanowił pęd życia dla całego wszechświata. W mitologii greckiej rządzłiy namiętności. Bogowie nawzajem „podkradają” sobie żony, boginie są zazdrosne i mściwe. Zdarzają się stosunki kazirodcze. W „Lizystracie” Arystofanes przedstawił rozbuchaną seksualność i świat, w którym kondycja państwa zależy od skutecznej realizacji potrzeb seksualnych!
Nie wszyscy jednak są fanami starożytnego teatru greckiego, inni wolą komedyjki Donatiena Alphonsa Françoisa de Sade’a, a jeszcze inni – prokreacje państwa Połanieckich. To wielka, podnosząca libido literatura, wprost oręż w walce o lepszą demografię! Demografia dostarczająca władcom poddanych, nie jest jednak filarem demokracji. Fundamentem demokracji jest zaproponowany przez Monteskiusza podział na władzę ustawodawczą, sądowniczą i wykonawczą. Dodano do tego później dziennikarstwo, jako czwarta władzę. Nikt nie mówi, że teraz rynek jest najwyższą władzą, ale gdyby był? Trójwładza, a nawet czwórwładza działa wszak na ściśle określonym terytorium. Mityczny rynek umożliwia swobodny przepływ dóbr, kapitałów, idei i ludzi. Mityczny rynek ma instrumenty finansowe dające wpływ na decyzje dotyczące konsumentów i publiczności każdej sceny i obsceny.
Rynek może lobbować za Erosem, bożkiem miłości. Większą stopę zwrotu zapewnia jednak Mars, któremu mocy przydają waśnie między trójwładzą, relacjonowane przez ogłupiałą władzę czwartą... A tak na marginesie - pamiętasz swoje ostatnie odwiedziny w teatrze?
..

piątek, 13 listopada 2015

nie wolno się bać

Rozmowa z płk dr Jerzym Gryzem, wykładowcą z zakresu bezpieczeństwa narodowego KUL i UMCS
- Jeśli dobrze pamiętam, był pan attache wojskowym we Francji w okresie największego natężenia incydentów terrorystycznych Zbrojnej Grupy Islamskiej (GIA)?
- Byłem attache wojskowym, morskim i lotniczym we Francji, Hiszpanii i Maroku od lutego 1993 do listopada 1996. To przede wszystkim był czas, gdy swoją kadencję kończył prezydent François Mitterrand, a rozpoczynał Jacques Chirac. To był również szczególny czas dla Polski, która wchodziła w decydująca fazę rozmów o przystąpieniu do NATO. Wojsko polskie dostosowywało swoje struktury do struktur Zachodu, co wymagało zdobywania nowych doświadczeń, oznaczało wiele nowych kontaktów i kontraktów. Zarówno wojskowych, jak i przemysłowych. To wtedy zapadła decyzja, że radiostacja Thompsona będąca na wyposażeniu polskiej armii będzie produkowana w Polsce. Towarzyszyłem również delegacjom prowadzącym w Hiszpanii pertraktacje dotyczące samolotu CASA. A nawet uczestniczyłem w przelocie tą maszyną pilotowaną przez gen. Jerzego Gotowałę, ówczesnego dowódcę Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej. To było naprawdę duże przeżycie...
- Dla Francuzów w tym czasie najważniejszy chyba był strach przed atakami terrorystów, w 1994 porwali samolot i tylko dzięki sprawnej akcji komandosów nie doszło do jego rozbicia w Paryżu i zginęło "tylko" trzech pasażerów, 1995 był wybuch na stacji Saint-Michel, niedługo potem w pobliżu Łuku Triumfalnego, w kolejnych miesiącach zdarzyło kilka mniejszych ataków...
- To było groźne, ale wtedy nie było takiej atmosfery zagrożenia terroryzmem jaka panuje obecnie. Francja ma Vigipirate - program nadzoru antyterrorystycznego stworzony jeszcze w 1978 roku na polecenie prezydenta Giscarda d'Estaing. Obiekty publiczne są dodatkowo chronione przez patrole wojskowe. Dlatego w okolicach wieży Eiffla, czy Luwru można zobaczyć żołnierzy uzbrojonych w broń maszynową.
To co działo się i dzieje się we Francji to spuścizna epoki kolonialnej i krwawej wojny z algierskimi organizacjami niepodległościowymi. Obydwie strony stosowały tortury i terror. Było to starcie nie tylko między Francją a algierska partyzantką, ale też między między francuskimi lojalistami i algierskimi nacjonalistami. Po zakończeniu konfliktu Francja przyjęła ponad 1 mln lojalistów algierskich, którym groziła egzekucja po uzyskaniu niepodległości. Imigranci z dawnych kolonii Francuskich nie mieli bariery językowej i bez szczególnych problemów mogli osiedlać się w rozwijającej się i potrzebującej rąk do pracy Francji.
- Dlaczego się nie zasymilowali?
- Rzeczywiście, to już drugie i trzecie pokolenie tworzące największą mniejszość muzułmańską w Europie. Społeczność zbudowaną przez ludzi przybywających z najuboższych, niespokojnych regionów arabskich i przekonanych, że Francja jest im coś winna. Roszczeniowej postawie przybyszów sprzyja rozbudowany system socjalny. Obfite zasiłki wystarczają na utrzymanie rodziny, kobiety zajmują się domem, a mężczyźni od świtu do nocy mogą bawić się słowami, politykować. Młodzi ludzie łatwo dają uwieść się ideologii dżihadu. Święta walka nadaje ich życiu jakiś cel, dzięki któremu nie są tylko bezrobotnymi przyglądającymi się bogatej części społeczeństwa.
Na północ od Paryża rozpościerają się całe miasteczka, gdzie nie spotka się Europejczyka. W szkołach usytuowanych w tych miejscach, uczniowie nie chcieli nawet wstać dla uczczenia minutą ciszy ofiar ostatnich ataków terrorystycznych. Wystarczy popatrzeć na relacje z ostatnich manifestacji pokojowych w Paryżu - zobaczy się tylko twarze o europejskich rysach.
- Polska należy do NATO, jest sojusznikiem Francji - czy my też mamy się czego obawiać?
- Nie ma bezpośredniego zagrożenia takimi działaniami, bo nie mamy środowisk podatnych na ideologię dżihadu. Muzułmanie mieszkający w Polsce, to potomkowie Tatarów, ale to są Polacy. Do działań zewnętrznych się nie włączymy, bo nie mamy na to środków, co najwyżej możemy współpracować ze służbami wywiadowczymi innych krajów. Oczywiście zawsze należy zachować czujność - nawet jeśli nie ma bezpośredniego zagrożenia.
- Zagrożenia ze Wschodu też nie powinniśmy się bać?
- Do prowadzenia wojny państwo musi mieć wolę i zdolności. Rosji nie można odmówić posiadania środków do prowadzenia wojny, ale nie ma tam woli do prowadzenia wojny w tradycyjnym pojęciu. Współczesna potęga państw nie rodzi się w zbrojnej walce, ale w polityce i ekonomii. Rosja nie zrezygnuje z wpływów za gaz i ropę, dlatego żeby wydać bitwę innej armii. Podłoże konfliktu z Ukrainą nie jest tak proste, jak często się w Polsce przedstawia. Obydwa te kraje będą musiały się w końcu jakoś ułożyć. Jedyne, czego możemy się obawiać - to duża fala uchodźców z Ukrainy, którym Polska nie będzie w stanie zapewnić wystarczającej pomocy.
- Jednak w razie hipotetycznego zagrożenia Lublina...
- Na wypadek mało prawdopodobnego, hipotetycznego zagrożenia Lublin jest dobrze zabezpieczony w ramach ochrony ludności cywilnej. I mówimy tu o kataklizmach, które mogą się zdarzyć, a nie działaniach zbrojnych, których raczej nie należy się spodziewać, a więc i obawiać. Wprawdzie Dowódcą Garnizonu Lublin byłem w latach 1998-2005, ale mogę zapewnić: nie ma się czego bać.

kontrabanda w kontrabasie

Pan Piotruś grał na wszystkim, chociaż jak to niegdyś bywało - najbardziej lubił grać władzy na nosie. Teraz nazywałby się klezmerem, ale przed laty chałturzył do kotleta, niekiedy za granicą, nieobce mu więc było

 
geszefciarstwo
cinkciarstwo
spekulacja
szmugiel
kontrabanda
handelek

biznesik
emigracja



Ze wszystkich instrumentów wyjątkowo lubił kontrabas. Zostawiał go w domu, a z wielkim futerałem wędrował na zagraniczne występy. Grał mniej, więcej sprzedawał rzeczy przemyślnie ukrytych w pokaźnym etui. Niewiele było atrakcyjnych towarów, które można było wywieźć. Przywieźć natomiast mógł wszystko, bo wszystkiego brakowało - strun do instrumentów szarpanych, ustników do dętych, pałeczek do perkusyjnych. Brakowało też modnych ciuchów, eleganckich butów i mądrych książek.
Pod względem książek nie zmieniło się wiele - mądrych książek nadal nie ma. Nie dlatego, że zniknęły księgarnie, ale ogólnie nie ma zapotrzebowania na przykład  na Ingardena, Wittgensteina albo Russella. Wystarczy filozoficzna wytanianka jakiej dostarcza Coelho. A nawet cytaty na obrazkach zaspokoją głód głębokich myśli. Ot, weźmy pierwszy z Internetu: życie jest dolegliwością przenoszoną drogą płciową. Albo inny cytat: W filozofii rzecz polega na tym, by zacząć od czegoś tak prostego, że wydaje się niewarte wypowiedzenia, a skończyć na czymś tak paradoksalnym, że nikt w to nie uwierzy.
Wyobraźmy sobie zatem taki paradoks: nie podoba nam się zagranica, więc się od świata odetniemy. Wiadomo jak to jest: najpierw integracja - potem imigracja. Się nam wydaje, że zawiązujemy sojusze, a jesteśmy co najwyżej państwem satelickim. Będziemy więc samowystarczalni i niepodlegli, nad głowami będą nam powiewać proporce z falangą. Zadowolimy się tym, co sobie wyhodujemy i wyprodukujemy. Gdyby komu czegoś brakło, skorzysta z kontrabandy w kontrabasie.
Dobre, co?

środa, 4 listopada 2015

propsuj gimbazę

Panowie głosujący 17 lat temu za gimnazjami, przeczytali teraz w Nonsensopedii, że jest to Gniazdo Idiotów, Matołów, Niedorozwojów, Anormalnych Zwyrodnialców Jednocześnie Udających Mądrych. Uznali więc, że likwidacja gimbusów unicestwi równocześnie

ABS - Absolutny Brak Szyi
kark - ABS
foczka - atrakcyjna dziewczyna
geek - uzdolniona informatyczka
pasztet - brzydka osoba
sweetaśna - cukierkowa osoba
tępa dzida - osoba głupia
gimbus - dawniej nastolatek
nastolatek - przestarzałe słowo
ustawka - umówienie na melanż
yolo - żyje się tylko raz

Gimbusy nie dość, że mówią wulgarne słowa - to artykułują je tak samo jak politycy! Rzadko mówią do kolegów: spieprzaj dziadu, częściej się lansują angielskim textingiem WTF. Prześcigają się na instagramowych i tweeterowych profilach w wymyślaniu nowych skrótów opisujących ich życie. Na powitanie mówią ELO i ciągle powtarzają to dekadenckie YOLO "you live only once". Mają takie genderowe zaklęcia: Hokus pokus, czary mary twoja stara to twój stary! Ohyda! A raczej: hańba!
Według inicjatorów edukacyjnej kontrreformacji, gimbusy są zadufane w sobie, a przez to aroganckie i agresywne. To dlatego, że nie są już w szkole podstawowej tylko ciut dalej. Jako trzynastolatki w podstawówce - byliby inni. Teraz starzy ich nie rozumieją, więc patrzą z wyższością na młodsze dzieciaki i pyskują. To nie jest jak błędnie mówią niektórzy - kwestia wieku. To kwestia typu szkoły. Powszechnie wiadomo jak wielką moc sprawczą mają słowa. Wymazanie gimbazy - wymaże zło wśród nastolatków.
A jeśli nawet nie wymaże zła, to przynajmniej odwróci uwagę od pomysłów ateuszy, nawołujących do rozdziału państwa i kościoła. Gwar nad gimnazjami przykrył zbędne uszczypliwości w kwestii gotowości szkolnej i katechezy. Nikt nie wspomina, że przed 4 wielkimi reformami AWS do szkół wszystkich typów wróciła - jak mówili jedni lub została wprowadzona, jak utrzymywali drudzy - nauka religii. Podobnie było z gimnazjami: dla jednych "powróciły, by kształcić - tak, jak było za "dobrych przedwojennych czasów". Według innych były niepotrzebnie wprowadzaną nowością.
A jednak... a jednak teraz efektywność katechezy nie jest kwestionowana. 

środa, 28 października 2015

złowieszczy lisek

Drożdżówki szkodzą! Mięso jest szkodliwe jak papierosy! Lisek jest! Politycy szkodzą obywatelom! Od świtu do zmierzchu przeraża
 
pogarda
ksenofobia
nacechowanie
stereotypizacja
mistyfikacja
synantropizacja
mitologizacja
korporacja

Sportretowany lisek patrzył w obiektyw z ufnością, jakby czekając na zachwyty jego rudym futerkiem i puszystą kitą. Ale gdzie tam! Tylko fotka trafiła do sieci, opatrzono ją złowieszczymi komentarzami i wezwaniami policji, straży i służb wszelakich. A czymże on się różni od kociaków-słodziaków i psiuńciów przemierzających osiedla? Zwłaszcza tych bezpańskich, jak gołębie karmione przez poczciwe starowinki.
Synantropizacja jest jak demokracja - nieszczególnie sprawiedliwa. Jedne drapieżniki przyjmowane są w miastach z zachwytem, a inne z przerażeniem. Pokojowe usposobie gołębia grzywacza to mistyfikacja. Lisi chrakter to nacechowanie Bogu ducha winnego zwierzaka i stereotyp z bajki rodem. Skoro jednak ksenofobia jest akceptowana, a pogarda polecana w postrzeganiu ludzi - to czemu zwierzęta miałyby mieć lepiej?
Media straszą słodkim pieczywem i walczą o dostęp do drożdżówek dla grubych nastolatków. Z uporem godnym lepszej sprawy upowszechniają mity miejskie. Nawet, gdy z uniwersyteckich kręgów przedostanie się wieść, że gluten szkodzi jedynie kilku procentom alergików, ADHD nie istnieje, a dieta wysokobiałkowa jest rakotwórcza. Nie udowodniono jedynie, że reptalianie nie istnieją...
Można więc beztrosko zarabiać na produktach bezglutenowych, psychotropach dla dzieci i pętach kiełbas - ludzie to kupią. Tak jak kupują dyrdymały polityków i wierzą, że od polityków zależą losy narodów. Tymczasem losy narodów i świata zależą od wielkich korporacji. Jeśli w ich planach marketingowych znajdzie się  wzrost sprzedaży tego lub owego - to niezależni przedstawiciele narodu uchwalą odpowiednie prawo. Wielki biznes taką już ma lisią naturę.

wtorek, 20 października 2015

przyboczne wojowniczki

Kiedy wojownicze księżniczki stają w świetle reflektorów pamiętajcie: za każdym mężczyzną sukcesu zawsze stoi jakaś kobieta. Opisała je wielka literatura, znacie je pewnie


 
córka Edypa
żona Makbeta
narzeczona Hamleta
kochanka kapitana Wrońskiego,
koleżanka doktora Judyma
córka prezydenta
bratanica prezesa


Osobiście z całej literatury to najbardziej lubię Nianię Ogg ze Świata Dysku. Głównie za takie dialogi i debaty:  Co z zasadą nie wtrącania się do polityki? - spytała Magrat. Niania ujęła dziewczynę pod rękę. - Rzecz w tym, że kiedy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że jest też inna zasada. - Jak ona brzmi? - Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre. Jeszcze lubię Ortegę y Gasseta od "Buntu mas", głównie za zdanie - Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym.

Jednakże istnieją cztery bohaterki literackie, które kobiety wybierają najczęściej. Kopciuszek, Śnieżka, Piękna (ta od Bestii) i Syrenka (ta mała).  Kopciuszki na ogół gotowe są dla swojego partnera zaharować się na śmierć, licząc na cudowną nagrodę. Śnieżki czekają, aż pojawi się książę i pocałunkiem obudzi je ze snu. Piękne z kolei liczą, że wielką miłością i oddaniem przemienią swojego partnera w miłego Miśka. Natomiast Syrenki gotowe są znosić cierpienia, poniżenie, przemoc w zamian za aureolę miłości księciunia.
Takie role kiedyś kobietom oferowało społeczeństwo. Wraz ze zmianą systemu po 1989 jednym z pierwszych pytań, jakie się zaczęły nasuwać, było pytanie: Dlaczego demokracja jest rodzaju męskiego? Mimo że kobiety stanowiły większość w ruchu demokratycznej opozycji, w czasie stanu wojennego przejęły dowodzenie nad podziemiem, po 1989 roku właściwie zniknęły z polityki. Przez całe lata 90. reprezentacja kobiet w Sejmie i Senacie nie przekraczała 13 proc. Były wśród nich lwice lewicy i damy prawicy, trudno jednak powiedzieć, że ktoś się z nimi liczył.
Aż pojawiła się Hanna Suchocka. Boże ty mój! Ona się pojawiła w telewizji w ŻÓŁTEJ, hawajskiej bluzce! Wszyscy byli zdruzgotani! Oczywiście zaraz przeobrażona została na podobieństwo Margaret Thatcher i szybciutko pierwsza w Polsce kobieta premier, pierwsza kobieta ambasador przy Stolicy Apostolskiej dołączyła do sztywniaków w gajerach. Bo tam wyżej, za szklanym sufitem karier - parytety płci są jak perły - do ozdoby. Tak było w czasach dawnych, prawie baśniowych. Nie? A Boudika, królowa brytyjskich Icenów? Maria Stuart, królowa Szkotów? Dziewica Orleańska?

A teraz? Jak jest teraz?

środa, 14 października 2015

tylko popatrz

Masz to samo nazwisko co mój tata, napisała do mnie dziewczyna z Ameryki. Popatrzyłam: Jados. Przeczytałam po angielsku. No tak! Popatrzyłam na fotkę: facet w stetsonie z banjo w dłoni - od razu widać, że mieliśmy wspólnych przodków. Dołączył więc do grona wirtualnych znajomych, bo wierzę, że sieć to doskonałe miejsce na

afiliacje
koligacje
koneksje
łączność
parantele
towarzystwo
wspólnotę
zażyłość


Aż tu pewnego dnia w skrzynce pocztowej na płocie, znalazłam kartkę z wezwaniem "Poznaj sąsiada!". Przecież znam - pomyślałam. Znam nawet dwóch, czterech, ośmiu! Chociaż po dłuższym liczeniu dającym wciąż ten sam wynik, doszłam do wniosku, że jak na małą wieś to nie jest oszałamiający wynik. Pobiegłam więc chyżo do komputera i założyłam w sieci grupę mieszkańców mojej wsi. Znam już 25 sąsiadów! - Znałabyś więcej, gdybyś wyszła na spacer, a nie jeździła rowerem - doradziła sąsiadka.
To dlatego oni tak snują się za płotem - nareszcie zrozumiałam, że w tym chodzeniu nie chodzi o tężyznę fizyczną. Już miałam wyjść, gdy przypomniała mi się opowieść znajomej (z sieci) psycholog. Powinna znać się na komunikacji międzyludzkiej, bo wykłada ten przedmiot na uczelni. Tymczasem praktyka wśród sąsiadów w bloku spaliła na panewce. Z promiennym uśmiechem witała wszystkich na klatce schodowej. Oni odpowiadali zdawkowo unikając spojrzenia w oczy. A jeden - to nawet nie odpowiadał. W końcu przyparty do muru najsympatyczniejszym uśmiechem i długim spojrzeniem wypalił: no i co się tak gapi?!
Bo nie chodzi o natarczywe patrzenie - wyjaśniła mi internetowa nieznajoma, przypadkowo spotkana w fbgrupie, organizującej The world biggest eye contact experiment. Ta akcja ma w założeniu głębszy i refleksyjny wymiar. Nie chodzi o to, żeby ludzie szli w śmiech i zabawę, tylko aby coś przeżyli, skupili się, weszli w siebie. Interesujące. Ja skupiam się i przeżywam samotnie. Nigdy jeszcze niczego przeżyłam w sklepie, nawet w tak dużym supermarkecie nazywającym się "galerią handlową". Ale cóż, jak to mówią politycy - czas na zmianę.

poniedziałek, 5 października 2015

cytaty i obrazki

Kobieta budzi się do miłości, podczas gdy mężczyzna śni o sławie. Jak ten polityk, wyciągnięty własnie z niebytu, dla popularności zdradzający kolegów. A przecież cały ten fejm to przecież tylko wpisane w
obrazki cytaty
konstatacje
kwintesencje
motta
sentencje
odzywki
uwagi
wyrażenia
słówka

Nawet nie wiadomo, kto jest autorem tych myśli przypisywanych Einsteinowi, czy papieżowi. A moje koleżanki o błyskotliwych umysłach łykają je jak gąski kluski. Jedna moja koleżanka, z której życiorysu można by zrobić wyśmienitą fabułę literacką lub filmową - zabrania mi nawet powtarzać to, co mi opowiada. Proszę więc: pisz sama. A ona na to - nie potrafię. I tak marnuję się opowieść, przy której filmy Kusturicy wydają się nudnawe. Bo gdy Małgosia była w Jugosławii... a, prawda - nie mogę tego powtarzać.
I to przez moje koleżanki, które wolą dziergać frywolitki i habilitacje, w sieci tryumfuje ksenofobia i tapetyzacja literatury. Widzieliście tego pana, który chciał mieć fotkę na tle książek? Tyle, że to nie były książki, a fototapeta. Jednak tacy politycy panują i szpanują, a moje mądre koleżanki kpią sobie z nich cichutko i niepostrzeżenie.
Ba! Powielają popularne stereotypy ukryte w prostych kolażach cudzych obrazków i myśli. Takich na przykład jak ten plakat sprzed ponad półwiecza, mający na celu podniesienie morale pracowników. Później wykorzystywany był do promowania feminizmu. A teraz? Teraz każdy może sobie wpisać co zechce obok kobiety zakasującej rękawy.

Learn how to say I LOVE YOU in world languages...

czwartek, 3 września 2015

wędrowni nauczyciele

Jaki powinien być nauczyciel? Zwłaszcza akademicki? Osobiście najbardziej lubię wędrownych nauczycieli z pratchettowskiego Świata Dysku. Chociaż nie są ani

poważni
wyniośli
niedostępni
nowocześni 
multimedialni
m-learningowi
sprawiedliwi
idealni


W Świecie Dysku jest jeszcze Susan Sto Helit - jedyna w swojej kategorii. Ma przerażającą umiejętność poświęcania rozmówcy całej swojej uwagi. Zamiast metody nauki przez zabawę - wybiera metodę zwracania uwagi na to, co ktoś mówi. To stosunkowo proste, jeśli tylko mówi się GŁOSEM. Tego daru nie mają w Świecie Dysku wędrowni nauczyciele. Dlatego muszą starać się bardziej. Ich zajęcie polegało na sprzedawaniu tego, co niewidzialne. A to, co sprzedawali, nadal mieli. Sprzedawali coś, czego każdy potrzebuje, ale niewielu chce. Sprzedawali klucz do wszechświata ludziom nie mającym pojęcia, że trzeba go otwierać.
W magicznym Świecie Dysku jest też Uniwersytet. Bardzo przypomina rafę koralową. Gwarantuje spokojne wody i cząsteczki pożywienia dla delikatnych, a jednak cudownie skonstruowanych organizmów. Organizmy te nie mogłyby w żaden sposób przetrwać w grzmiących falach rzeczywistości, gdzie ludzie zadają takie pytania jak: “Czy to, co robisz, jest do czegoś przydatne?” I inne, podobnie bezsensowne. Uniwersytety są skarbnicami wiedzy: studenci przychodzą ze szkół przekonani, że wiedzą już prawie wszystko; po latach odchodzą pewni, że nie wiedzą praktycznie niczego. Gdzie się podziewa ta wiedza?
W naszym realnym świecie jest zupełnie inaczej. Większość posiada niezbite przekonanie, że ma w posiadaniu pełną wiedzę o praktycznie wszystkim. Posiadacze prawdy przekonują do niej wszystkich wokół. Cóż, mamy wolność słowa. To także wolność pisania i wygłaszania dziesięciu komentarzy dziennie, jak również wypowiadania opinii na dowolny temat. Mamy też studia, które uczą, jak robić to trochę mądrzej i dużo skutecznej.

A ja mam koleżankę, za którą wędrowałam całe popołudnie, gdy przemierzała ulice Starego Miasta z kagankiem oświaty. Chociaż może to był klucz do wszechświata? W każdym razie - było magicznie, jak w pratchettowym magicznym uniwersytecie. A wiecie, kto tam jest bibliotekarzem?!

sobota, 22 sierpnia 2015

Między spojrzeniami

Kim są plażowicze barykadujący się na plażach? Urzędnicy, którzy z biurowych boxów przenieśli się za parawany? My ludzie, wołamy "chcemy zmiany" i zmieniamy blokowisko na hotelowisko;  jednego faraona na drugiego, cara na dyktatora. Uważamy, że od naszej decyzji powinno zależeć jakie będą
krawężniki
lasy
szkoły
podatki
emerytury
plebiscyty
głosowania
referenda

Moje spojrzenie na krawężniki, różni się od spojrzenia inżyniera drogowego. Ja uważam, że wysokie krawężniki w czasie deszczu
zamieniają jezdnie w rwące potoki, prowadzące deszczówkę do wyregulowanych strumieni, a potem szybciutko do morza. Gdyby woda rozlewała się na pobocza i przydrożnych rowów, wsiąkałaby w ziemię i nie byłoby wielkiej suszy. Inżynierowie...  Oni nie zauważają nawet gigantycznych kałuż, utrapienia nas - kierowców i pieszych.  Nasza frustracja nikogo nie obchodzi, poddajemy się manipulacji handlarzy krawężników, polityków i pismaków.  Handlarzy rozumiem - biznes jest biznes. Politycy powinni jednak służyć społeczeństwu, a publicyści dawać głos tym, którzy głosu nie mają, nie potrafią analizować faktów i konkretyzować myśli.
Powtarzam sobie słowa Kapuścińskiego: "Nie wierzę w bezstronne dziennikarstwo
, nie wierzę w formalny obiektywizm. Dziennikarz nie może być obojętnym świadkiem, powinien posiadać zdolność, którą psychologia  nazywa empatią… Tak zwane dziennikarstwo obiektywne jest niemożliwe w sytuacjach konfliktów. Próby obiektywizmu w takich sytuacjach prowadzą do dezinformacji." Kapuścińskiego spojrzenie na dziennikarstwo nie odnosiło się chyba do zamieszczania w prasie fotografii ofiar kataklizmów i rozpłatanych siekierą dziewczynek?! Owszem, ludzie lubią nurzać się okrucieństwie, ale kiedy spojrzy im się w oczy - zaprzeczą. Wiedzą, że to źle świadczy o ich etyce i estetyce.
Po prawdzie to wielu nie wie nawet co znaczy: etyka i estetyka. Nie znają też statusu lasów, sposobu naliczania ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, nie potrafią wypełnić deklaracji podatkowej. Ba! nie potrafią nawet zmienić dzwonka we własnym telefonicznym urządzeniu mobilnym. Nie wiedzą, co to m-learning i e-learnig, nie czytali książek wydanych cyfrowo, ba! w ogóle nie przeczytali żadnej książki w ostatniej pięciolatce. Czy sześciolatek jest za głupi na naukę czytania i rachowania - wiedzą jednak. Tak przynajmniej twierdzą populiści odwołujący się  do ich "zbiorowej mądrości".
My, którym puchną ręce od układania krawężników, puchną nogi od przenoszenia paczek, pocą się głowy przy pracy w skwarze - wytypowaliśmy przedstawicieli, żeby za nas czytali naukowe opracowania i obmyślali projekty prawa... Tymczasem parlamentarzyści plotą bez sensu, a publicyści to spisują. Jakby nie spojrzeli nigdy na obrazki, na których tacy jak my - budowali i Babel, i Bastylię, i . . . gilotyny.
    

środa, 5 sierpnia 2015

czytając Prusa

Zasada Pareto znalazła nowe zastosowanie. 20 proc. Polaków martwi się lub cieszy zmianą prezydenta, a 80 proc. ma wakacje od polityki. A to są ważne sprawy! Poprzedni Pan Prezydent czytał z narodem arcydzieła literatury, Czy nowy będzie kontynuował Narodowe Czytanie? I czy będzie to "Lalka" pana Prusa? A może lektura zostanie zamieniona na "Kamizelkę"? Albo pojawi się inna, bardziej politycznie zaangażowana część garderoby -  jakieś

szorty
podwinięte nogawki
balaklawy
kaptury
maciejówki
gorsety
bikini

parasole

Ubranie ma znaczenie. W Baku urządzono marsz w szortach, dla okazania, że Azerbejdżan nie jest państwem wyznaniowym. To może być poważna sprawa, wszak w czasie wielkiej rewolucji francuskiej zamiast pończoch i krótkich spodenek zwanych „culottes”, zaczęto chodzić tylko w długich spodniach. Do tego ubierano prostą kamizelkę oraz  czapkę frygijska na znak wolności. W Czechach, a nawet i w Polsce, dla uczczenia rewolucyjnych zmian zapoczątkowanych przez Vaclava Havla podwija się nogawki spodni.
Dodatki odzieżowe są ważne. Rok temu ulice Hongkongu przesłoniło morze żółtych parasoli, stając się politycznym manifestem. Damy pojawiające się wśród "Emancypantek" pana Prusa też nosiły parasolki, ale dla ochrony modnej bladości. To też było manifestem pewnego stylu życia. Te panie jednak odeszły w niepamięć, gdy inne zaczęły wielki sufraż, zrzucając krępujące je gorsety. W następnym stuleciu na plażach pojawiły się już tylko w skrawkach bielizny. Projektant Réard postanowił nazwać swój kostium„bikini” na cześć archipelagu wysp Bikini, na którym  Amerykanie prowadzili testy broni jądrowej. Nazwa kostiumu wskazywała no to, że kobieta wygląda w nim „bombowo”. Nieco później kobiety walczące o lepszy los, zrzucały nawet biustonosze i podpalały nimi stos.
To nie były jakieś "Lalki" pana Prusa. To nie były celebrytki ani gwiazdy dyskotek, stanowiły może 20 proc. żeńskiej populacji. Dlatego narodowe czytanie "Lalki" - ikony 80 proc. pięknych pań ma głęboki sens. Ba! Warto wrócić do felietonów pana Prusa, które nadal są aktualne.  Warto naciągnąć kaptury na głowy i czytać "Kroniki tygodniowe". Ot choćby taki fragment:
Bo tylko przypomnijmy sobie jaki był stan umysłu przed dwudziestu pięciu laty. Co było naszym najwyższym ideałem? Oto biały dworek szlachecki, którego właściciel objeżdżał pola, urządzał krakowskie wesela i polowania, nie uciemiężał, z równymi sobie postępował honorowo. Żył w harmonii z proboszczem i zdrowo chował dzieci. Zawsze interesował się polityką, niekiedy czytywał dzieła historyczne, niekiedy bawił się filozofią niemiecką, której absolutnie nie rozumiał
. Nasz kraj składał się z dwóch warstw. Jedną była szlachta, naczynie ducha, a drugą cała reszta narodu...

piątek, 31 lipca 2015

wybierz kapelusz

Szafiarka to ma klawe życie. Oraz ciuchy całkiem klawe! Przede wszystkim już o świcie. Dają jej lanserską balaklawę... Dobrze, dobrze być szafiarką, rozmyślać o świetnych szatach, a nie o związkach frazeologicznych haseł wyborczych

 
1923: będzie gorzej
1944: zrobić oficera
1950: ORMO czuwa
1993: czas na zmiany
1995: wybierzmy przyszłość
1997: lepsze życie
2000: dom wszystkich Kolska
2005: dumni z Polski

Szafiarka chodzi z podniesioną i nieokrytą głową. Bo nakrycie włosów balaklawą skojarzyłoby ją sami wiecie z kim. Podobnie jak turecki fez, azjatycka (żeby nie powiedzieć: krymska) tubitiejka, czy czarny cylinder. Szafiarka w lecie może jednak założyć kapelusz. Oczywistą oczywistością jest to, że kapelusz nie jest z sieciówki. Nie jest to również żaden z sześciu kapeluszy  Edwarda De Bono, twórcy  "myślenia lateralnego".

Jeden z niegdysiejszych prezydentów uwodził wyborców hasłem wybierzmy przyszłość - tak, jakby przyszłościach można było przebierać, jak szafiarka w kapeluszach. Z jego następnego hasła bezlitośnie szydzono, zmieniając jedną literkę - dzięki czemu okazywało się, że wszyscy są pensjonariuszami izby wytrzeźwień. I może jest w tym nieco racji, skoro dwie dekady temu nieistniejące już Porozumienie Centrum nawoływało: czas na zmiany.  Unia Wolności, też już nieistniejąca, oferowała mądry wybór, lepsze życie.
Jedynie przedwojenny premier Wincenty Witos przedstawił swoim urzędnikom klarowną wizję przyszłości: jest źle, będzie gorzej. Potem była wojna, po której okazało się, że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Decydenci zaś mówili 3 x tak: ORMO czuwa; 1000 szkół na tysiąclecie; WSI w każdej wsi, a w każdym powiecie po uniwersytecie. Takie to były czasy, że nawet poeta zostawał szafiarką i pisał balladę o trzęsących się portkach. Gdyby żył teraz pracowałby pewnie jako spin doktor i na zbliżające się wybory mógłby wymyślić hasło: Wybierzmy kapelusz!


wtorek, 28 lipca 2015

Planeta JA

- Ja nie chcę być waszą służącą! - złościła się na plaży młoda pani. Młody pan i dwójka dzieciaków, znudzeni słuchali, że ona jedzie nad morze wylegiwać się na piasku, a nie gotować i prać gacie.  Nikt z tej czwórki nie patrzył na bliskich, ale gdzieś za linię równo odgradzającą niebo od morza. I raczej nie rozważali, co to

narcyzm
altruizm
egocentryzm
alterocentryzm
filantropia
merkantylizm
ofiarność
bezduszność
służba

Służba zwłaszcza została pejoratywnie nacechowana, jakby znaczyła tylko marnie wynagradzana pracę w cudzym domu lub poddanych jaśniepaństwa. Nikt już nie bierze na poważnie deklaracji, że to praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem. Służba zdrowia? Skądże! Skomercjalizowana medycyna raczej. Służba cywilna? Armia urzędników. Służba wojskowa? Po co to komu - wszyscy jesteśmy pacyfistami. Służba dyplomatyczna - ach, zwykli lobbyści. Służba jako pokorne poświęcenie dla innych? No przepraszam - jakich innych? Ja jestem najważniejsza! Jak mówią reklamy: jak JA nie mam, co lubię - to biorę chwilówkę. I ten abonament: japlus. Się ogląda w tv tych wszystkich cudnych celebrytów, tych wszystkich, z angielska mówiąc, kołczów na kałczu.
Na planecie JA najważniejsza jest dobra zabawa i ogolone nogi, żyją tylko młodzi, piękni i bogaci. To nie jest świat dla starych ludzi ani "pokolenia Kolumbów", ani świętych Franciszków, Teres i Faustyn. Chociaż nie - gdyby współczesny Franciszek z Asyżu dołączył do ekoterrorystów - też mógłby trafić na couch w telewizyjnym poranku i opowiadać jako coach newagowy, jak walczyć z wiatrakami i bronić trzody przed rzezią. Mógłby też walczyć o prawa nienarodzonych, bo łatwiej być bojownikiem niż troszczyć się o szpetnych, głupich, leniwych. Planeta JA wyklucza służbę, co najwyżej można być popularnym filantropem. Filantropia jest prawdziwą maskaradą interesowności przebranej za altruizm.
Największą chorobą naszych czasów nie jest AIDS czy gruźlica, lecz raczej doświadczenie tego, że się jest nie chcianym, porzuconym, zdradzonym przez wszystkich. Największym złem jest brak miłości i miłosierdzia, okrutna obojętność wobec bliźniego, który wyrzucony został przez margines życia w skutek słabości, wyzysku, nędzy, choroby. Dobrzy? Święci? Chyba na starej Ziemi. Planeta JA ich nie uznaje, ale oświadcza: Dochody Matki Teresy były takie, że mogła z powodzeniem wyposażyć kilka pierwszorzędnych klinik w Bengalu (ogółem prowadziła 600 misji w 123 krajach). To była świadoma decyzja, by tego nie robić i w zamian zakładać dobroczynne placówki, które natychmiast stałyby się celem pozwów sądowych, gdyby były placówkami służby zdrowia. Celem nie było uczciwe niesienie ulgi w cierpieniu, lecz kult śmierci, bólu i pokornego poddania się losowi.
Planeta JA uznaje jedynie kult piękności. Po korekcie lancetem, bezboleśnie.

wtorek, 14 lipca 2015

narkotyczna solidarność

Droga do zagłady jest szeroka i łatwa. Któż wstąpiłby na nią, gdyby zaczynała się w rynsztoku? To nieprawda, że narkoman to brudny żebrak śmierdzący uryną - wystarczy zajrzeć do literatury pięknej, by się przekonać:  

 

Narkotyki. Niemyte dusze
Podróż do Ixtlan
My, dzieci z dworca Zoo
Pamiętnik narkomanki
Hera moją miłość
Narkomanka
Ćpun
Witkacy postuluje bezwzględną walkę z alkoholem i nikotyną. Twierdzi, że tylko całkowite odcięcie społeczeństwa od używek może uratować ludzkość. Ludzkość, która powoli się degeneruje, a każde następne pokolenie jest gorsze od poprzedniego. Pisze, że używki, kryją pod maskami przyjemnych dziewczynek zgniłe mordy zakazanych prostytutek. Można domniemywać, że wszystko jest używką i tylko od wielkości dawki zależy, jak bardzo szkodliwą. Dawni ludzie nie potrzebowali sportu: byli zdrowi i silni z natury. Dziś sport zabija wszystko, zastępuje nawet sztukę, która upada coraz bardziej. Ja sam - pisał Witkacy - bardzo lubię narty, ale nie znoszę, jak z was, sportsmanów, robi się największe chwały narodów i kiedy wasze idiotyczne rekordy zajmują tyle miejsca w gazetach, gdzie tego miejsca nie ma na poważną artystyczną krytykę – bo ta, która jest, to są bzdury – i na polemikę w kwestiach sztuki.
Tak było przed wiekiem i tak jest teraz. Tyle, że przed wiekiem czas kanikuły zapewniał sezon ogórkowy. Teraz nie ma czasu na robienie weków, bo trzeba sycić się papką, jaką wciskają media. Rok temu od rana do wieczora ekscytował osławiony Sowa i jego wątpliwi przyjaciele. Tego lata - handlarze narkotyków i ich klienci-pacjenci oddziałów szpitalnych. Widzimy litościwych lekarzy, przejętych policjantów oraz promujących się polityków.
Nie zauważyłam ekonomistów etosu. A gdy tak człowiek słucha wieści z narkotycznego frontu i jednocześnie listonosz przyniesie informację z ZUS, to nachodzą refleksje. Solidaryzm społeczny szwankuje - ile to z zapracowanych pensji poszło na ubezpieczenie zdrowotne?  Ile z tego poszło na narkomanów, alkoholików? Rok leczenia narkomana w ośrodku społecznym kosztuje  ok. 40 tys. zł.
Miło jednak, ćpuny siedzą w miejscu przypominającym nieco gułag, odizolowani, poddani władzy terapeutów. Warto by policzyć, ile jeden ćpun generuje dochodów/kosztów zważywszy, że w prywatnym ośrodku 8tygodniowa terapia w pokoju jednoosobowym kosztuje 14,800 zł. Można też wykupić 4dniową terapię dla bliskiej osoby w cenie 1.200zł. Do wydatków na leczenie (skuteczne w niewielkim procencie) trzeba dodać koszty na akcje policyjne, procesy sądowe, na celników i psy tropiące narkotykową kontrabandę, na  nieskuteczne akcje profilaktyczne i renty dla kalek-ofiar nałogów...
A może dać sobie z tym wszystkim spokój? Może ćpuny niewarte są tego wszystkiego?

wtorek, 7 lipca 2015

szczęśliwe siódemki

Siódmego lipca siódmego roku drugiego tysiąclecia rozpoczęliśmy podróż do Australii. Terra Australis, czyli Ziemia Południowa była znana nam z książek, filmów i opowieści ...
 
Canberra - The Nation’s Capital
Canberra – Heart of The Nation
Canberra – Symbol of Federation
Victoria – The Place to be
NSW – The First State
SA – The Festival State
South Australia – The Wine State
South Australia – The Great Place to Live
 
Nie sądziliśmy, że wiele może nas zadziwić. Wiedzieliśmy, że pierwsi osadnicy, brytyjscy skazańcy, osadzeni zostali tam w 1788 roku, że pół wieku później dotarł tam polski podróżnik, uczony Edmund Strzelecki i pierwsi polonijni osadnicy. Wiedzieliśmy, że bogactwa naturalne Australii są wielkie, bezrobocie znikome, sztuka aborygeńska unikalna, pustynie bezkresne, ocean cudowny, zwierzęta i rośliny niespotykane nigdzie indziej, a ruch drogowy lewostronny.
W miesiąc przejechaliśmy ponad 5000 km przez Australian Urban Boomerang (Adelaide – Melbourne – Sydney), The Great Ocean Road, Snow Mountains, obrzeża pustyni i… nieustannie byliśmy zdumieni.
Widok emu, kangurów, papug, bezkresnych łąk ze stadami owiec i krów początkowo ekscytujący, był jednak tym, czego mogliśmy oczekiwać. Nawet cudowne nieznane kwiaty mieściły się w granicach naszych oczekiwań. Bardziej zdumiewały zjawiska życia codziennego.
Dowiedzieliśmy, że potomkowie pierwszych kolonizatorów określani są POHM (Prisoner of Her Majesty) a imigranci powojenni, głównie Włosi i Grecy, określani są jako WOGS (White Oriental Gentleman), i nie było w tym określeniu szacunku. Słyszeliśmy angielski w licznych jego narodowych odmianach, ale nie spotkaliśmy bohaterów australijskich dowcipów o mieszkańcach prowincji, którzy kaleczą brytyjski język skrótami:
Aussi Sheila mówi:
“Wanna Cuppa?" zamiast "Would you care for some tea?"
Go and tart yourself up - Please dress in your best clothes
Wanna come to our piss-up? – You are invited to our party.
How ya goin' luv - I hope you are feeling very well
Aussi Gentelman:
G’day mate – Pleased to make your acquaintance
You little ripper! – Words of praise fail me.
Back off – Your presence is no longer required
Blotto – Inebriated beyond the capacity to stand up
Wanna rage? – Would you like a drink vast amounts of alcohol with me until we both drop?
Fair dinkum? – Of course I am telling the truth
Większości z tych wyrażeń nie można znaleźć w żadnym słowniku poprawnej angielszczyzny ale prawdziwy Australijczyk powiedziałby na to „No worries, mate.” Bo prawdziwy Australijczyk większość rozmów kończy stwierdzeniem „No worries.”
Zdumiała nas monumentalna architektura Canberry, ale jeszcze bardziej zapał, z jakim instytucje stolicy starają się z mieszanki kultur całego świata stworzyć narodową świadomość i patriotyzm. Zamiast obsesyjnej „ochrony danych osobowych” Archiwa Państwowe ochoczo szukają i udostępniają informacje o obywatelach Australii a informacja o stanie konta bankowego każdego Australijczyka jest dostępna dla instytucji państwowych.
Nigdzie w Europie nie widzieliśmy takiej różnorodności w konstrukcji skrzynek na listy. Tam zobaczyliśmy ustawione na palikach beczułki po paliwie (najpopularniejszy model) oraz miniatury traktorów, domów, dziupli... Niezwykłe wrażenie robił rządek takich pojemników  ustawiony przy drodze na pustkowiu, zwłaszcza, że korzystanie z poczty elektronicznej jest tam o wiele bardziej praktyczne. W Południowej Australii w bibliotekach mogliśmy korzystać z Internetu za darmo - dzięki. W Nowej Południowej Walii inrternet w bibliotece był po dwa dolary za godzinę.
Zauroczyły nas małe miasteczka. Zupełnie za darmo można od przemiłych pracowników informacji dowiedzieć się wszystkiego o najbliższej okolicy, dostać mapy i broszury turystyczne. Na zdrożonych czekają czyste toalety, a na skwerkach upamiętniających osoby zasłużone dla danej społeczności - stoły i grile, przy których można przygotować lekki posiłek.  I ci ludzie, pytani o dalsze tereny, przekonujący, że tam nie ma po co jechać, skoro u nich mamy czym się zachwycać.

Zdumiało nas, że patriotyzm można budować nie tylko powiewającymi wszędzie flagami, ale i hasłami na rejestracjach samochodowych. Niektórzy wolą sobie wprawdzie napisać na niebieskiej rejestracji GOVERMENT lub na czarnej rejestracji „THE BOSS” albo na żółtej „HOMER”, ale inni mają tylko cyfry i litery opatrzone sentencją typu: Canberra - The Nation’s Capital...
Paliwo było o połowę tańsze niż w Polsce. Kangury, wombaty i kolczatki najłatwiej zobaczyć na poboczach dróg – niestety są martwe. Kierowcy australijscy trąbią z zapałem na tych, którzy (jak to turyści) opóźniają ruch. Jednak ludzie, którzy wychodzą z samochodów są bezinteresownie uprzejmi i np. zwracają uwagę, że samochód przy ulicy w pewnym małym miasteczku trzeba ustawić tyłem do krawężnika pod kątem 45 st. Takie mają prawo. Pasy trzeba zapinać, bo za złamanie przepisu można dostać mandat 160 dol.
Owoce były droższe niż w Polsce, a banany były tego roku po kilkanaście dolarów – bo były powodzie i zbiory zostały zniszczone. Nikt nie myśli jednak o obniżaniu ceny przez sprowadzenie owoców z zagranicznych plantacji. Wśród różnych warzyw można znaleźć w sklepikach liście buraka cukrowego, ale nasi znajomi (mieszczuchy) twierdzili uparcie, że to szpinak.
Matki z zapałem przekonują, że mundurki, jakie ich dzieci noszą od pierwszej klasy do matury, to doskonałe rozwiązanie. Każda szkoła ma własny krój i kolorystykę. Widzieliśmy np. dziewczyny w garniturach ze spódniczkami w zgniło-zieloną kratę i intensywnie zielonymi rajstopami. Nawet licealiści karnie chodzą po ulicach w dwu rzędach, a swoje mundury zdejmują dopiero wieczorem po zajęciach dodatkowych.
Chyba wszystkie zwierzęta są pod ochroną i panoszą się po terenach zamieszkałych przez ludzi. Ptaki tylko czekają, żeby człowiek wyjął kanapkę, a zaraz przybiegają, żeby ją zjeść. Nawet emu przechadzające się obok dróg nie uciekają w popłochu. A specjalne urzędy wyjaśniają, co zrobić, gdy koala zamieszka w naszym ogródku. Pierwszeństwo na drogach mają krowy przechodzące na drugą stronę pastwiska. Chociaż widzieliśmy również tabliczki ostrzegające o rozłożonej na polach truciznie na króliki oraz na lisy...
Australia to wspaniały, wolny, demokratyczny kraj, ale tylu zakazów i nakazów, ile tam widzieliśmy tylko przy drogach – nie ma chyba w całej Europie. A Europa jest sporo mniejsza od Australii.
Terra Australis
Down Under
Automobile na Antypodach
repetitio est mater studiorum

środa, 1 lipca 2015

precyzyjny bełkot

Dane bez uogólnienia to tylko plotka - zauważył Robert Pirsing. Autor "Zen i sztuka oporządzania motocykla" napisał "historię opartą na rzeczywistych wydarzeniach, cho­ciaż ze względów retorycznych wiele uległo zmianom...". Podobnie jak w innych opowieściach, w których podróż jest pretekstem do konfrontacji postaw życiowych:
 

drogie Ateny
droga na Lampedusę
droga do Canterbury
droga do Kanossy
droga do Emaus
droga do Damaszku
drogi do Rzymu
droga do Eldorado


Znane miasta - prawda?

I tak ogólnie się pamięta, że drogi do nich były ważne, bo ktoś znany je przemierzał i coś istotnego na nich się wydarzyło. Można prowadzić błyskotliwą konwersacje wplatając te nazwy od niechcenia. Bez refleksji, że wiedza niepełna, częściowa, niedokładna jest groźniejsza od żadnej, bo stwarza złudzenie wystarczalności i daje fałszywą podstawę pewności. Tkanina bardzo błyskotliwych słów, zadzierzgniętych niemal mechanicznie, bo tylko prawidłowością gramatyczną, i nie wyrażających żadnych treści - napisał niegdyś dla żartu Aleksander Świętochowski. Deklamowano to z zachwytem, aż zauważył: Poznając ludzi coraz bardziej dziwiłem się, na jak niskiej podstawie oparte są ich sądy, przekonania, zachwyty i jak niewiele potrzebują oni jasności.
Fakty nie zawsze są tym, czym się wydają. Ktoś ożywiony, głośny, żartujący wydaje się szczęśliwy - a jest tylko zdenerwowany. Milczący wydaje się przygnębiony, tymczasem pochłania go myśl o zbliżającej się randce. Radosna melodia może być hasłem do krwawego ataku. Ateista podrywający katoliczkę, uchyla kapelusza przed każdym kościołem i kapliczką. Polityk... dla propagandy głaszcze główki dzieci idących do niego z kwiatami. Fakty stają fałszem, mając za sprzymierzeńca ciekawość. Ciekawy tajemnic z "wielkiego świata" przyjmuje cudze domysły za fakty i powtarza, jako informację z pewnego źródła.
Media przyzwyczaiły nas do tego, że mowa nie musi być sensowna. Ochoczo podstawiają mikrofon każdemu, kto używa nacechowanego emocjonalnie słownictwa. Samolubny indywidualizm ugrupowań antysystemowych jawi się jako solidaryzm społeczny. I nikt już nie pamięta ostrzeżenia S. J. Leca:
Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Nie można dopuścić do narodzin hybrydy: precyzyjnego bełkotu.

niedziela, 28 czerwca 2015

wojownicy ulicy

Może udałoby się przemycić do wszechświatowego języka coś prócz pierogów i bigosu... To byłaby smakowita zemsta za te wszystkie zapożyczone
partycypacje
globalizacje
macdonaldyzacje
komputeryzacje
smarfonicyzacje
relaksacje
cocacolacje
hamburgeryzacje
plażing i leżing
Odi profanum vulgus et arceo - tak miał ponoć mówić rzymski poeta Owidiusz, co się przekłada na nasze, że nie lubi tłumu i powstrzymuje się od jego towarzystwa.Od początku cywilizacji świat dzielił wszystko na powszechnie dostępne i elitarne. I tak zostało do dziś. Taka zasada jest biednym nie w smak i większość marzy o tym, aby poprawić swoją sytuację życiową, a przynajmniej podnieść swoją pozycję społeczną widocznymi oznakami powodzenia. Tryumfują oburzeni spod sztandarów Jarać Obecną Władzę, bo nie chcą w pretensjonalnym hotelu harować po 3 zł/godz. Oni chcą tam wypoczywać za 300 zł/doba.
ONI chcą tam jeść obiad za 1500 zł, a nie harować na pensję 1500zł. Czy to jest wystarczająco elitarne? A może to egalitarne, dostępne dla pierwszego lepszego prekariusza? Oczywiście! Cała Polska słyszała, jak się konwersuje przy ośmiorniczkach i jakimś Riesling Spatlese. Tak konwersować q##a każdy potrafi. Tymczasem
wyrafinowane frazy marnieją pogrzebane w leksykonach, a wykorzystane, dodałyby blasku jak kosztowna biżuteria i wypasiona bryka. Co tu dużo mówić - wystarczy zahasztagować #polskawruinie i już widać upadek jakości wykształcenia i standardów. Ludzie są leniwi i niedouczeni, postępuje upadek językowy i jest z tym coraz gorzej.             
W Wielkiej Brytanii jest organizacja Plain English Campaign (Kampania na rzecz Prostego Języka), która od trzech dziesięcioleci walczy o przejrzyste zasady językowe. W Polsce działa Rada Języka Polskiego odpowiedzialna za regulowanie norm języka polskiego. Może powinny połączyć siły i skorzystać z rytuału "przejścia do gate"? Watergate na przykład albo Seagate lub przynajmniej w restauracji "Brama" poprawić menu na kartę dań.

niedziela, 3 maja 2015

się śpiewało

W Domu Służebnym Polskiej Sztuce Słowa Muzyki i Obrazu w Nadrzeczu k/Biłgoraja Fundacja Kresy 2000 zainaugurowała sezon artystyczny.  Jan Kondrak zaśpiewał piosenki najpiękniejsze na świecie…

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

strachy na lachy

Kara śmierci dla morderców i zdrajców stanu – zapowiada kandydat na prezydenta. Gdyby wszystko poszło po jego myśli – w przyszłym roku obowiązywałoby prawo, które mógłby wymyślić

 
Mojżesz
Drakon
Hammurabi
Solon
Jezus
filozofowie
socjolodzy
 
Dobrze powiedziane. I groźnie. Morderców i zdrajców na samą myśl o tym, powinna ogarnąć trwoga i drżenie, a także winni porzucić wszelką nadzieję. Z drugiej jednak strony, nie sposób nie zauważyć, że zabijanie ludzi jest na końcu łańcucha przemocy.
To są pojedyncze przypadki. Groźnych przestępstw jest kilkadziesiąt rocznie, nieco mniej groźnych kilkaset, a zwykłych - tysiące. Niszczenie znaków drogowych, rozbijanie szyb, wyrywanie torebek zdarza się codziennie, ale to jest pierwsze ogniwo łańcucha, na którego końcu jest zabijanie. Beztroskie lekceważenie przepisów zakazujących wyrzucania śmieci do lasu – to także tylko rozciąganie smyczy praworządności. Oczywiście nie każdy, kto dziś wyrywa torebki, jutro kogoś zabije. Nie każdy, kto śmieci, będzie miał okazję do zdrady stanu. Jednak każdy, kto zabił lub zdradził, ma na sumieniu także wcześniejsze grzechy. Zazwyczaj bez żadnych konsekwencji, a nawet prostego rachunku sumienia.
Nie jestem znawcą prawa, śmiem jednak domniemywać, że większa kontrola nad młodocianymi rozrabiakami i starymi cwaniakami przyniosłaby lepsze efekty. Czyż nie jest bowiem prawdą, że nie surowość lecz nieuchronność kary skuteczniej hamuje zbrodnie?