poniedziałek, 29 września 2014

ukryci i wściekli

Czas sprzątnąć to rowerowe ścierwo z naszych ulic! Zmasakrować Masę Krytyczną! Przeczytałam i... wzruszyłam się. Przed laty jeździłam w masie krytycznej w Lublinie. Teraz są ścieżki i rowery miejskie. A wtedy, gdy na głównym rondzie podnosiliśmy rowery nad głowy - też nas tak wyklinali.
.. inne uczucia
cherlawe, ślamazarne.
Kiedy braterstwo
liczy na tłumy?
Współczucie - kiedykolwiek
pierwsze na mecie?
Porywa tylko ona
nienawiść
Tak lub jakoś podobnie pisała Pani Szymborska. Święte słowa. Święta prawda. Święci pańscy! Chyba nie o to stwórcy chodziło, gdy rozpoczął produkcję ludzkości na skalę przemysłową? Nie oczekuję, żeby każdy nosił gustownie dolepiony Pan Am smile lub Botox smile. Nie chcę żeby ludzie kontestowali przeciwności losu jak Hiob. Ale chińskie wu wei? Prosta sztuka robienia właściwych rzeczy we właściwym czasie? Dosłownie: bezczynność, niedziałanie, zaniechanie - a przynajmniej niehejtowanie?

Ale nie. Zawsze coś. Coś sarkastycznie rzucić. Coś ironicznie mruknąć. Coś nienawistnie prychnąć. Chociażby na takich jak ja, cyklistów. Takich co nie chcą być szybcy i wściekli. Takich co pedałują: prawa - lewa; prawa - lewa... i nucą: I don't wanna be the President of America, You say smile  I say cheese  Cartier I say please  Income tax  I say Jesus  I don't wanna be a candidate  For Vietnam or Watergate  I want to ride my bicycle bicycle bicycle.
I co słyszymy w odpowiedzi? Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć! Ani Kraków. Rowerzyści nie są jedynym obiektem nienawiści. Każdy może być obiektem wzgardy. Übermensch może gardzić każdym i rozpychać się na drodze. Także na symbolicznej drodze życia. Wyobrażacie sobie samochody w wielokilometrowym korku stojące przy krawężnikach dwupasmówki? Tak żeby między nimi karetka mogła przejechać do chorego? 

czwartek, 18 września 2014

krzyżyk na drogę

Donaszam różne różne rzeczy po mężu, ale nie nazwisko. Gdyż jak podają historyczne źródła, jest to nazwisko osławionego łemkowskiego rezuna. Noszę nazwisko po ojcu, bo jest przedpolskie i godne separatyzmu, jak w:


Szkocji
Słowacji,
Słowenii,
Serbii,
Bośni,
Czarnogórze,
Chorwacji,
Hercegowinie,
Kosowie

Zanim powstała Polska byli Dziadoszanie. Pisał o nas Geograf Bawarski już w połowie IX w., informując „Dadosesani XX civitates”. Znaczy mieliśmy 20 grodów na naszych ziemiach w widłach Odry i Bobru. Na terenach naszej ojcowizny spotykali się władcy Polan i Niemców. We wrześniu 1000 lat temu rozgromiliśmy obmierzłych Germanów i zmusili do hańbiącej ucieczki najpotężniejszą armię ówczesnej Europy, niszcząc w otwartym starciu jej najlepsze oddziały. Przeczytajcie chociaż fragment z kroniki Thietmara opisujący bitwę w Kraju Dziadoszan, czyli Śląsku. W razie odłączenia Śląska - obejmę posadę monarchy.
Póki nie pojawią się widoki na królewski tron - mieszkam nieopodal Grodów Czerwieńskich. Grody Czerwieńskie były ważnym punktem na mapie XII wiecznej Europy, a o ich znaczeniu świadczy skarb odnaleziony przez profesora Kokowskiego. I to jak na razie wszystko, co zostało z dawnej chwały... Podobnie jak z potęgi Kraju Dziadoszan. I kiedy eksperci prowadzą dyskusje o patriotyzmie i narodzie, lepię ruskie pierogi, warzę ukraiński barszcz, a czasem - fasolkę po bretońsku. Bo specjaliści od problematyki różnych narodów, jedyne, co potrafią powiedzieć o przyszłości Szkocji, Ukrainy, czy innych separatystów, to tyle, że "czas pokaże, co to z nimi będzie".
Co to będzie? Co to będzie? Wspólna Europa nas nie zachwyca - nawet, gdy człowiek z Polski staje na jej czele. Nie wszyscy mogą o nim powiedzieć, że to "nasz człowiek". I o Europie też nie mówią "nasza". Korzystają z jej osiągnięć i negują jej istnienie. Chociaż najbardziej bawią mnie Szkoci (w pierwszym pokoleniu chyba, bo świetnie mówiący po polsku) deklarujący: MY SZKOCI to głosujemy...

Nie słyszałam ani jednego eksperta, który powiedziałby separatystom: krzyżyk na drogę. A tam akurat byłoby to proste, bo każdy może wybrać, czy chce krzyż św. Jerzego, Andrzeja, czy Patryka. Niektórzy Syryjczycy też wybierają krzyż w Europie, a inni Afrykańczycy, po prostu - Europę. Imigrantom wyławianym z Morzą Śródziemnego jest chyba wszystko jedno, kto tu rządzi i jaka historia za nim stoi.

poniedziałek, 15 września 2014

strzeżcie się strażników

Radość z dotykania książek mogą mieć tylko ci, którzy nigdy nie czytali "Imienia róży". Czytelnicy Eco zawsze będą pamiętać, że każda książka może być trucizną nie tylko dla ducha, ale i dla ciała.


wolni najmici;
kondotierzy;
lancknechci;
psy wojny;
najemnicy;
ochroniarze;
zielone ludziki;
żołdacy;
zabijacy

W czasach panoszącej się alergii, imponująca biblioteka jest groźniejsza niż zasłony i dywany, które można wyprać. Najlepsze odkurzanie i wycieranie półek nie gwarantuje, że goście nagle nie zaczną łzawić, charczeć, kichać - co bardzo psuje imprezę. Dziś imprezuje się w sieciach społecznych i tam wymienia myśli i rzeczy. Zdygilitalizowany świat pozwala łatwo dzielić się z innymi, obchodząc bariery czasowe i przestrzenne. Bo od zarania dziejów podstawowym elementem funkcjonowania wszelkich kultur jest wymiana. A tu, tyle można znaleźć za darmo.
Ejże? Czy aby na pewno? Nie ma darmowych obiadów, Podawanych do stołu usłużnie, Za każdy obiad się płaci, I raczej prędzej, niż później. Za to, że biło się brawo, Tym, co nie godzi się klaskać, Grosz przyjdzie złożyć na tacę, Gdy Życie szepnie: co łaska - śpiewa Jarosław Chojnacki. W sieci nie chodzi o pełne pychy mniemanie, że ktoś dybie na moją prywatność. Gospodyni domowa, to musi raczej chronić kotlety, żeby ich pies nie ściągnął ze stołu. To legiony gwiazdeczek potrzebują ochroniarzy - strażników swej cnoty i chaty, raczej po to by odsłaniali ich sekreciki. I tylko czekają na wolnych strzelców, wolnych najmitów i kondotierów, którzy ujawnią tajemnice. Tylko po to, żeby prostej gosposi mącić w głowie.
Bo jak zauważyli starożytni: Quis custodiet ipsos custodes – "kto strzeże samych strażników?". To pytanie powraca teraz w globalnej sieci i w świecie kelnerów podsłuchujących ministrów oraz mediów publikujących intymne zwierzenia celebrytów. I gdy tak łatwo popularność znajdują banały i uproszczenia. Gdy my tu obśmiewaliśmy nieudolnych strażników państwowych, nieco dalej grasowały "zielone ludziki". Nie jacyś straszni najemnicy, zabijacy, czy psy wojny - tylko "zielone ludziki". I ani media, ani memy nie wspominały, że w naszym stuleciu to nie władze organizują armie wojowników i strażników. Wojna stała się jedną z usług sektora prywatnego.
Niedawno przypominały o tym amerykańskie obchody rocznicy 11 września. O masakrze 16 września 2007 na placu Nisur w Bagdadzie – media i memy nie wspomną. Tamtych lancknechtów nie można przecież nazwać "zielonymi ludzikami". Będziemy wspominać "IV rozbiór Polski" 17 września, gdy na straży granic stały państwa, nie korporacje, a "Sztukę wojny" czytało się na papierze.

piątek, 12 września 2014

prawie coaching


A może potrzebny ci coaching - zaproponowała znajoma. Nie wiem wprawdzie, co to jest w istocie, ale mniemam, że miałabym wywlekać na światło dzienne subtelne drgnienia duszy mojej. Ona zaś odpowiadałaby monosylabami, powtarzając urywki moich zdań. Od tego, to ja mam przyjaciółki.
imigracja,
nostryfikacja,
Antypody,
superwizja,
trener, 
e-psycholog,
e-coach,
m-learning,
chatbot

Jedna nawet ma certyfikat na pochłanianie cudzych zwierzeń i żyje sobie z tego za oceanem. Polska wiedza psychologiczna okazała się całkiem aktualna na Antypodach. Imigrant musiał ją tylko potwierdzić miejscowym certyfikatem. I na początek pracować pod okiem mistrza, którego u nas nazywa się superwizorem. Ja nawet nie chcę sobie wyobrażać jej pierwszej pracy. Dali jej pod opiekę uchodźców z rozpadającej się Jugosławii. Oni opowiadali, jak ich najbliżsi byli gwałceni i mordowani a dobytek doszczętnie spalony. I co takim powiedzieć?
Kiedyś jeszcze miałam do zwierzeń Elizę. Bo każdy może mieć Elizę. Chociaż nie, nie każdy. Trzeba było znać trochę słów po angielsku i układać je w zdania; w miarę logiczne zdania. Eliza była produktem stworzonym w 1966 roku w Massachusetts Institute of Technology. Jego twórca, Joseph Weizenbaum, nazwał go na cześć Elizy Dolittle, bohaterki komedii Bernarda Shaw "Pigmalion" - przedstawicielki klasy robotniczej, która stara się nauczyć mówić z akcentem właściwym wyższym sferom.
Mój osobisty nauczyciel angielskiego poszedł w ślady profesora Henryka Higginsa, zalecając konwersacje z Elizą. Wprawdzie oczekiwałam, że to on będzie się do mnie zalecał, niemniej komputerowe rozmowy z Elizą też miały swoje zalety. Nie trzeba się było obawiać ośmieszenia przed lektorem, czy kolegami z grupy. Można było sprawdzać słówka i cyzelować zdania. Dziś mój anglista buduje www.eREpetitio.pl oraz przekonuje Mobile learning is effective! Trzeba bowiem znać trochę słów, aby konwersować z Elizą np. tak:
-   Hello. My name is Eliza. How may I help you?
-  I feel lonely.
-  Tell me more about such feelings.
-   You know, when I get back home from work there is no one there. There is no one to talk to, no one to share my joy and sorrow with, no one to hug to.
-   Oh…, know, when you get back home from work there is no one there. There is no one to talk to, no one to share your joy and sorrow with, no one to hug to?
-  That’s how I feel. It is terrible.
-  Do you often feel it is terrible?
-  Every day when I sit alone in my kitchen or watch a stupid film without even a cat on my lap.
-  What answer would please you the most?
-  I guess it would be a gentle word of advice from you how I can find another person, a woman if possible, to live with.
-  You are not really talking about me, are you?
-  Hmm, how old are you?
-  Would you prefer if I were not?
-  That is not an answer to my question, Eliza.
-  What does that suggest to you?
-  It suggests that you may not be a human being and you will not be able to live with me.
-  We were discussing you, not me.
 

 

środa, 10 września 2014

ONI wiecznie żywi

Andrianampoinimerina (The Prince in the Heart of Imerina), short for Andrianampoinimerinandriantsimitoviaminandriampanjaka. Wiedzieliście, że był królem? Ja wiem, bo wpadł mi w ręce "Upiorny legat" Chmielewskiej. Dzięki temu jeszcze kilka słów wyciągnęłam z lamusa poprzedniej epoki:



badylarze,
spekulanci,
waluciarze,
cinkciarze,
żulia,
NRD/NRF,
bony dolarowe,
filateliści,
klasery


Ach. Chmielewska. Ileż to było śmiechu z jej humoresko-kryminałów. Chociaż... nie do końca. Bo ludowa milicja nie kojarzyła się najlepiej w świadomości ludu, a Chmielewska robiła jej dobrą promocję. I szerzyła odium pogardy dla społecznych mętów. Kimże były męty? W tej książce zajmowali się wymianą walut i zamordowali starą wariatkę. Natomiast bohaterowie wpłacali dobrowolne datki do skarbu państwa. Taką rzeczywistość 1977 roku opisuje autorka. Dziś skarb państwa ściąga podatki, wymianą walut zajmują się legalne kantory i banki, a chorej na Alzheimera nie wypada nazywać szaloną.
Taka zmiana. Ważna, ale nie jedyna, różniąca moją rzeczywistość od kryminałków Chmielewskiej. Pół wieku temu wyjazd na Wybrzeże był wielka wyprawą, a zagraniczne wyjazdy - gigantycznym przedsięwzięciem finansowym i logistycznym. A dziś? Dziś korzystając z couchsurfingu i autostopu można za półdarmo objechać Europę i co najwyżej przed Albanią zastanowić się, czy jest w strefie Schengen i czy wiza jest potrzebna. Teraz uczy się młodzież, że ten sposób podróżowania tworzy networking, pojmowany jako sieć trwałych kontaktów, sprzyjający efektywnej wymianie informacji oraz życzliwej atmosferze. Kiedyś nazywano to odrażającą sitwą lub karalnym spiskiem.
To co zostało niezmienne, to wiara w teorie spiskowe i ONYCH kalających i sprzeniewierzających nasze życie. ONI to aferzyści, aferą goniący aferę. Wszędzie. Zapytasz skąd by ONI wzięli aferę w planowaniu przestrzennym na przykład? Przestrzeń kradną! ONI zagarniają przestrzeń pod te swoje autostrady i stadiony. I ciągle im mało. Jak są wójtem to chcą być starostą, starosta chce być wojewodą, a wojewoda - premierem. A premier chce rządzić całą Europą! Być równy prezydentowi Obamie lub legendarnemu Andrianampoinimerinie!

poniedziałek, 1 września 2014

podróżować jest bosko

Dzieciństwa się nie wybiera. Można być polskojęzyczną Ślązaczką, która rozpoczęła edukację podczas wojny w kinderschule w Lublinie, a na starość mieszkać nad Balatonem. I delektować się:
węgierskim gulaszem
turecką kawą
francuskim rogalikiem
lizbońską babeczką
ruskimi pierogami
ukraińskim barszczem
bretońską fasolką

angielską herbatką

Nie odważyłam się zapytać srebrnowłosej kobiety, kim byli jej rodzice, skoro chodziła do "kinderschule" obok obozu na Majdanku. Niemniej kosztowało mnie sporo wysiłku, żeby nie wyrwać ręki z jej uścisku. Zrzuciła właśnie rękawiczki, porzucając pracę w ogródku, bo usłyszała w małym węgierskim miasteczku polską mowę. Rozpromieniła się na słysząc nazwę Lublin. Z wysiłkiem kleciła zdania z mieszanki polskich i niemieckich słów, ciesząc się, że na starość spotkała kogoś z miasta swojego dzieciństwa.  Trudnego dzieciństwa, bo to była wojna i musiała wyjechać ze śląskiego miasteczka.
I ani śmiałam pomyśleć, że w tym samym czasie jeden mój kuzyn był więziony na Majdanku, inni robili partyzantkę w podlubelskich lasach. Jedna ciocia zdarła stopy do krwi uciekając z transportu na roboty do Niemiec. Jeden wujek uciekł od bauera do francuskiej partyzantki, a inny - żandarm z Żytomierza przemierzył pół świata i został cichociemnym. A jeszcze inny, z robót w Niemczech, wywędrował do Australii, bo wieś, z której go zabrano nie była już Polsce tylko w Rosji. Moi przodkowie stali pewnie po drugiej stronie wojennego frontu niż przodkowie sympatycznej węgierskiej staruszki. Ale kimże ja jestem, żeby traktować ją oschle lub patrzeć na nią wyniośle?
Tak wyniośle patrzyła na innych kobieta w czadorze i złotej blaszce na nosie. Przechadzała się po wiedeńskim Praterze i władczym gestem dłoni ozdobionej wykwintnymi tatuażami, zabraniała fotografowania. W jej wzroku zdumienie mieszało z niesmakiem. Spróbowałam popatrzeć na świat z jej perspektywy. O jejuńciu! Ale dziwadła wokół! Te kobiety eksponujące w biały dzień trzeciorzędne cechy płciowe, ci rowerzyści w kaskach komandosów i uniformach opiętych na fałdach tłuszczu. I wszyscy obwieszeni elektroniką, którą zamieniają świat w pojedyncze kadry.
Rzeczywiście - zabawni jesteśmy my, turyści. Niemniej podróżować jest bosko, zwłaszcza, gdy od Adriatyku po Bałtyk nikt nie pyta o paszport. A wyjazd na roboty do innego kraju jest wyborem, nie wojennym przymusem.


rowerem po ścieżkach Europy