czwartek, 27 czerwca 2013

zdyskredytowana demografia

Nieprzypadkowo słowo kredyt pochodzi od łacińskiego słowa credo, czyli wierzę. Dzisiejsze pieniądze nie mają nic wspólnego ze swoimi materialnymi nośnikami.

δῆμος (demos) - lud
κρατέω (krateo) - rządzę
γράφω (grafo)  – piszę            

credo – wierzę
credyt – zaufanie w czasie

dyskredytować
demokracja

demografia
banknoty
emerytura
renta
Dziś pieniądze związane są z wiarą, że mogę ufać komuś, kto elektronicznie przesyła mi liczbę oznaczającą wartość jakiejś rzeczy. I ktoś ufa mi, że gdy ja mu posyłam elektronicznie jakąś liczbę banknotów, to on się bogaci, a przynajmniej nie traci.
Nieprzypadkowo słowa demokracja i demografia pochodzą od greckiego słowa demos, czyli lud. Trzeba sporo ludzi wpisać do swojego rejestru, żeby mieć kim rządzić. Jak jednak zanotował prof. Czapiński spadł odsetek osób przekonanych, że "demokracja ma przewagę nad wszystkimi innymi formami rządów". Z demografią też kiepsko. Ludzie nie chcą mieć dzieci, bo jak opisuje prof. Czapiński zniechęca ich niepewna przyszłość, koszty wychowania, ograniczenie swobody życia i kariery zawodowej. Jak mówiła moja bezdzietna ciocia "z dzieciami to tylko kłopot".
Ciocia była wiejską babą i mówiła to w czasach, gdy chłopi (umarła klasa) nie mieli rent, emerytur i bezpłatnej opieki zdrowotnej, czyli w latach '70 ubiegłego tysiąclecia. Była więc kobietą dzielną i wyzwoloną wierzącą tylko w siebie, a nie - pokładającą ufność w dzieciach, co to mają podać szklankę wody na starość. Nie wiedziała pewnie, że wypłaty dla weteranów wprowadzili już starożytni Rzymianie, zaś emerytury niemilitarne powstały dopiero w XIX stuleciu. Wcześniej pracownicy musieli albo sami oszczędzać na starość albo liczyć na to, że ich dzieci zapewnią im utrzymanie. Dopiero niemiecki kanclerz Otto von Bismarck w 1880 roku, wprowadził gwarantowaną przez państwo emeryturę dla wszystkich ubezpieczonych pracowników, którzy ukończyli 70 lat. Warto pamiętać, że średnia wieku wynosiła wtedy tak ze 45 lat.
Teraz żyje się do 70siątki średnio, bywa, że do 90siątki. A pracowałoby się do 60siątki. 65 to już najwięcej, bo kto chciałby mieć wstawiane do oczu nowe soczewki przez 67letniego chirurga?! I kto za to zapłaci? My nie chcemy płacić temu okropnemu ZUSowi na emerytury naszych rodziców i dziadków. Ba! pradziadków nawet. Żyjemy na kredytach, modlitwę credo odmawiamy rzadko, nie ufamy, że dzieci będą kredytować naszą starość. A demokrację zdyskredytowała demografia.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

rudzik w kapturze


Kaptur - taki na ptasią głowę,
Kapturnica - taki owadożerca;
Kapturek - taka antykoncepcja;
Kapturek - taka baśń;
Kapturek - taka pokrywka;
Kaptury - takie miejsce;
Kaptury - takie mięśnie;
Kaptury - takie czapki;
Kaptury - takie do habitów;
Kaptury - takie do bluz...
Księżyc w super pełni unosił się nad wieżami Lublina, gdy rozpoczynał się Festiwal Sztuki Otwarte Miasto.
Sztuką jest między innymi rzeźba golasa z zakapturzoną głową, górująca nad wystawą prac Lecha Majewskiego. W tym samym czasie we Wrocławiu (który za dwa lata ogłoszony zostanie europejską stolicą KULTURY) zakapturzone osoby, z wyćwiczonymi mięśniami/kapturami udały się na uniwersytet. Nie, nie nie żeby się uczyć. Raczej żeby urządzić sąd kapturowy wykładowcy, który jak beztroski Czerwony Kapturek udał się w gąszcz edukacji. Ponoć sam był kiedyś jako ten rudzik w kapturze z angielska zwany Robin Hood, sławiący ustrój, w którym biedni rabowali bogatych w imię równości i sprawiedliwości społecznej.
Tymczasem we Wrocławiu (który ma być europejską stolicą kultury) jeśli chodzi o zakapturzone postaci, preferowani są bohaterowie Konopnickiej i sierotki Marysi, a nie nordyckich językoznawców - braci Grimm. Jak to z naukowcami bywa, panowie Grimmowie mniej są znani ze stworzenia słownika, więcej zaś z baśni odtwarzających wzorzec okrucieństwa w walce z niegodziwością. Bezwzględna i krwawa walka o dobro ponadczasowe i dobra doczesne nie jest obecnie popularna. Zakapturzonych właścicieli wielkich mięśniowych kapturów usunięto więc z uniwersytetu.
Pozostaje jednak otwarte pytanie o dobro, prawdę i inne imponderabilia. Można wprawdzie przesunąć świat posługując się wygodną dźwignią relatywizmu lub zadekretowania, które kaptury są dozwolone, a które winny ulec aborcji. Kaptury jednak nie poddają się łatwo. Był już precedens w lesie Sherwood i w Stanach. "A Million Hoodies for Trayvon Martin" przypomniało, że nie można traktować złowróżbnie wszystkiego, co zasłania innych ludzi.

czwartek, 20 czerwca 2013

heimatarmee


Niektóre słowa umarły...
hitlerowcy;
naziści;
żydy;
cygany;
murzyny.
Były politycznie niepoprawne.
podrzucaliśmy je, jak gorące kartofle.
Słyszę jak w telewizji mówią
heimatarmee na Armię Krajową.
Ach! te słowa...
Sprawdzam w słowniku jak mówi się kraj, a jak ojczyzna. No nie jest to, to samo. I postrzeganie partyzanckiej formacji też nie jest to samo u nas i u nich.
Owszem, patrzymy ze swojej perspektywy. Moja optyka wydaje się mi oczywistą, ogólnoludzką i bardzo mnie irytuje, kiedy jestem konfrontowana z zupełnie innymi obrazami. Może to wina nieodpowiedniego tłumaczenia słów? Bo jak mówił mój ulubiony filozof "mój język wyznacza moje granice".
Właśnie uświadomiłam sobie, że polityczna poprawność uniemożliwia mi teraz wpisanie narodowości zamiast: naziści/hitlerowcy... Pamiętam jak znajoma (dziecko zamojszczyzny) histeryzowała słysząc: nasi przyjaciele Niemcy, dla niej to był oksymoron. Ja kilka lat temu nie mogłam się przemóc, aby oprowadzić znajomych Niemców po Majdanku. A oni tłumaczyli mi, że to część edukacji historycznej, bo oni - Ulrich i jego syn - nie mają nic wspólnego z tymi wstrętnymi nazistami. Opłaciłam im bilet i przewodnika, a sama czekałam pod bramą. Teraz młodzi marzą o studiach w Niemczech, a przynajmniej raz w roku są w Berlinie na couchsurfingu. Bo jak mówią: piękny jest Berlin w maju i w ogóle w lecie...
Irytujemy się, gdy Amerykanom wypsnie się "
polskie obozy koncentracyjne". Przecież każdy powinien wiedzieć, gdzie powstała teoria ras i że holocaust nie był pierwszą masową eksterminacją ludności obcej etnicznie i kulturowo. W Namibii na 33 lata przed II Wojną Światową, dążąc do uzyskania jak największej przestrzeni życiowej, opracowano plan, aby tubylców zamknąć w rezerwatach, a przez ich ziemie przeprowadzić linię kolejową.
Każdy też powinien wiedzieć, czyją kolonią była Namibia w 1902 roku. I kto stanął w obronie Murzynów.

środa, 19 czerwca 2013

internetowa infamia


W starożytnym Rzymie mieszkali:
Kwiryci, czyli swoi
Latyni, również swoi
i peregrini czyli obcy.
Infamia i turpitudo
były dla nich dotkliwą karą.
Mówili:
Periculum minus fugiendum
est quam turpitudo.
Co się na nasze przekłada:
mniej należy uciekać przed niebezpieczeństwem niż przed hańbą.
 
Rzym upadł, a przed sieć płyną elektroniczne wieści sygnowane ponoć przez pana Hrabiaka. Taki q..biz.net sobie zrobił, że pod wyszukane w sieci @dresy rozsyła wiadomość: "Kliencie! płać, bo będą następujące kroki:
- przekazanie Państwa długu profesjonalnej firmie windykacyjnej
- dodanie informacji o Państwa zadłużeniu do krajowych rejestrów długów
- upublicznienia informacji o Państwa zobowiązaniu w sieci Internet celem jej zbycia
Informujemy również, że w przypadku braku płatności w ciągu najbliższych 7 dni, sprawa może zostać skierowana na drogę postępowania sądowego. Powyższe czynności mogą narazić Państwa na dodatkowe koszty, w tym koszty zastępstwa procesowego, utratę dobrego imienia, a także znacząco utrudnić funkcjonowanie na rynku."

Rzym upadł, a wciąż straszą niesławą i hańbą. Ale czy infamia i turpitudo, kogoś jeszcze przerażają? Gdy się nadawcę groźby wrzuci do wyszukiwarki - nieoceniony Google chyżo podrzuca linki do prawniczych porad z tytułami krzyczącymi: "OSZUST".

I od kilku lat trwa proceder zwodniczego wyłudzania kasy przez internetowego infamisa. Internet go lży, a on nic sobie z tego nie robi...

hańba!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

koziołek herbowy

kliknij:
niedziela w Lublinie


pogranicze:
między granicami
między kulturami
między centrami
obszar krzyżowania
obszar odmienności
obszar inności

po prostu:
koziołek na winorośli

piątek, 14 czerwca 2013

La Dolce Vita


Procedury check in
Couchsurfing;  

Nordic Walking;
Tramping;

Trekking;
Last minute;
First minute;
All inclusive;

Fundusz Wczasów Pracowniczych;
kanikuła

 
Lataj tanio! Tak się reklamują tanie linie lotnicze. A potem upadają. Właściwie to linie cienko przędą, a upadają biura podróży. I wszyscy są zdumieni: dlaczego? Przecież złapali ofertę all inclusive. To było last minute (lub first minute) z czekowaniem przez telefon, prawie za free. Nie żaden tam couchsurfing z trekingiem, trampingiem i nordic walkingiem. Bo jak człowiek postawi pełną kropkę nad "i" weźmie życie w swoje ręce, to daje z siebie wszystko na sto procent. I potrzebuje zresetować się i naładować akumulatory. Dość ma już tego swojego blokowiska (o! pardon: luksusowego apartamentowiska) i musi zażyć kanikuły. Wyjechać do hotelowiska w znanym kurorcie. Zamieścić słit focię w necie: on w kadrze wertykalnie i centralnie z kolorowym drineczkiem. W tle horyzontalnie: po lewej tyraliera betonowych pensjonatów/drapaczy nieba - po prawej; złoty piasek zasłany ludzkimi ciałami i wściekły błękit fal.
La Dolce Vita, jak to mówią w słonecznej Italii.
Zazdrość przeze mnie przemawia? Oczywiście. Bo co to ja mam z tego życia? Wstaję o brzasku budzona narzekaniami mojego ślepego i głuchego psa z minimalnym niedowładem. Potem dołącza jazgot mojego drugiego psa, który wszystko chce zobaczyć i usłyszeć. To idziemy do żółwia, który z terrarium przeniósł się do swojej letniej rezydencji uformowanej w namiastkę ogrodu zen. I kiedy mamy się zachwycić unikalną żółtą różą pnącą po trejażu, słyszę: dzień dobry. No nie! Nad wierzchołkami tujek przy płocie unosi się muskularny mężczyzna!
Krople rosy na pąku róż od razu nabierają jakiegoś kiczowatego blichtru. Celuję więc obiektywem w dekarza biegającego po dachu sąsiada. Ale drugi wydaje się bardziej malowniczy. O! Wypisz wymaluj skrzypek na dachu. Tyle, że zanim przyjdzie dzień, siedzi sobie na kominie i ćmi papieroska, a skrzypce leżą gdzieś w futerale. W tle chłodny błękit. Cudnie. Aż aparat fotograficzny i ja sama popadam w dygot... Nie, zaraz. Powinien przebiegać dreszcz. Tak: dreszcz po mnie, a po psach skowyt. Tymczasem trzęsiemy się jak tymbaliki, a psy jeżąc się i ujadając mkną do furtki.
Acha. Zapomniałam, że od frontu mam teraz malowniczą rozpadlinę. Nie jest to wielki kanion, ale można podziwiać fantastyczną strukturę gleby. Jezdnia zapadła się nieco po ulewie. W poczuciu obywatelskiego obowiązku powiadomiłam gminny samorząd, że droga gimbusa jest zagrożona. Przyjechali fachowcy. Wycieli kawał nawierzchni. Poszła ulewa. Less wartko popłynął spod asfaltu. Zadzwoniłam. Przyjechali fachowcy - postawili kolorowe pachołki. Poszła ulewa. Odpłynęła pospółka. Zadzwoniłam. Fachowcy ogrodzili dziurę płotem na 3 metry wysokim. Ale czad! Cała wieś musi teraz nadkładać po parę kilometrów, żeby dojechać do domów.
Dziś fachowcy ruszyli z ciężkim sprzętem: ciężarówy, koparki na gąsienicach i oczywiście młoty pneumatyczne! Dygoce od ich pracy wszystko...
Oj, ucichło. Muszę zadzwonić do gminy. Co za ekscytacja.
Post scriptum
Ludzie majątek płacą, żeby wyjechać na urlop i przeżyć przygodę. Ja mam atrakcje za darmo.


środa, 12 czerwca 2013

mięsożerny pryzmat

Thank you for being here, for reading it, especially if you are not a public security agent, ho has been brought here by these words:

EXPLOSIVES;
BAZOOKA;
BOMBING;
OBAMA;
WTC;
9/11


Literacki Konrad Wallenrod
- bohater poematu niewiele ma wspólnego z rzeczywistym wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego. Jest natomiast doskonałym przykładem, jak manipulować na wielką skalę. Wystarczy z artystycznej kreacji zrobić szkolny dogmat. Sofizmat estetycznie błyskotliwy, a etycznie szkodliwy utrwalają przez kolejne dekady media, co i rusz krasząc swoje materiały tytułami: "Wallenrod naszych czasów!" oraz "Bohater, czy zdrajca?"
Jakiś czas temu pojawił się kolejny pan, powtórzę: "do niedawna wykonujący tajne prace dla CIA" - i nagle doznał objawienia? A wcześniej był tak naiwny, że myślał, że pracuje w Ciągutkach I Andrutach? Czy był tak chciwy, że po prostu brał pieniądze za podsłuchiwanie?
I teraz to obłudne załamywanie rąk: "ach, czytają co ja piszę!". Ja podziękuję jeszcze raz: dziękuję, że to czytasz. Dziękuję dzielnym programistom za stworzenie internetu, żebym nie musiała pisać osobnych listów do Danusi, Asi, Halinki, Stasi, do moich koleżanek bibliotekarek i do moich koleżanek nauczycielek informatyki, do moich... no do Ciebie... I nie wykosztowuję się na kartkę, kopertę i znaczek.
Jeśli ktoś neguje istnienie tajnych służb - to powinien zrobić sobie powtórkę z historii. Asasyni to nie tylko gra komputerowa, a V kolumna - to nie hasło architektoniczne. Jeśli ktoś chce przeżyć chwilę grozy wywołaną przez tajne służby - pora przypomnieć sobie "Przesłuchanie" Bugajskiego. I niech za każdym razem, gdy widzi ubeka - nazywa go w myśli agentem służb specjalnych. Że co?
Że to miano godzien nosić jedynie pan Bond i Fox Mulder? OK. To chociaż wspomnę, że już pod koniec minionego tysiąclecia powstał Echelon oraz Carnivore, czyli "Mięsożerca," a symbolizuje go ikona przedstawiająca potwora z zakrwawionymi zębami, pożerającego pasmo zero-jedynkowych bitów.
A kto pamięta, że zanim jeszcze World Wide Web spowodowała gigantyczną ekspansję komercyjnej aktywności w Internecie, grupa idealistów o nieco anarchistycznych skłonnościach ogłosiła utworzenie Fundacji Elektronicznego Pogranicza (Electronic Frontier Foundation - EFF). Nie ustalono jednak, kto powinien/godzien być strażnikiem cyberprzestrzeni. Mili anarchiści wierzyli, że oto wyłoniło się terytorium, wyłączone spod jurysdykcji jakichkolwiek władz i nie funkcjonują tu prawa własności.
Nawet prosta gospodyni jak ja wie, że porządek musi być - nie tylko w kuchni. Że nawet wysoki płot nie zasłoni przed zazdrosnym okiem. Że nie jest fajnie jak ktoś nas podgląda. Niemniej tylko to ja decyduję, czy mam w kuchni przezroczystą szybę, czy szczelnie zasłonię okno kotarą, lambrekinem, sztorami.



poniedziałek, 10 czerwca 2013

przed potopem


. . . .
The animals went
in two by two,
the elephant
and the kangaroo
And they all
went into the ark,
for to get out of the rain.
The animals went
in three by three,
hurrah! hurrah!
. . . .
Wyszków tonie!
Wyszków tonie - tak od dekady śpiewa doktor Sienkiewicz. I tu taka dygresja: inny Sienkiewicz, w innym miejscu i czasie, też pisał o potopie. Oczywistą oczywistością jest, że był to inny potop. Wprawdzie nie ma w tym nic oczywistego, ale jest to jedna z tych dobrych fraz maskujących. Ludzie mówią tak, aby okryć wielką lukę w swojej argumentacji, ponieważ mają świadomość, że to o czym mówią wcale takie oczywiste nie jest.
Przydatną frazą jest też wyniesione z epistolografii SMSowej -
betewu, czyli by the way - swoją drogą, przy okazji. Skrót używany, gdy zbaczamy z tematu dyskusji.
W retoryce współczesnej takie wyrafinowane, a przynajmniej obcobrzmiące słowa są niezbędne, aby określać status światowca. Czym różniliby się bowiem popularni publicyści i politycy od pospolitej baby z magla? Sam populizm nie wystarczy. BTW - pamiętacie tego polityka, który kilka powodzi temu stwierdził, że trzeba się ubezpieczać? Nie? Oczywiście! Taka koncepcja jest mało medialna, więc odesłaliśmy tego pana do matecznika w puszczy. A przecież Noe, patron agentów ubezpieczeniowych mówił to samo. I śpiewał też bard współczesny;
"Budujcie Arkę przed potopem, Niech was nie mami głupców chór; Budujcie Arkę przed potopem; Słychać już grzmot burzowych chmur".Phi! też mi wezwanie... Lepiej poczekać, aż zatka się kratka kanału burzowego i zaintonować przyśpiewkę z repertuaru biesiadno-weselnego: ona temu winna, ona temu winnna! A kto? Jak to kto? ONA! Bufetowa! Wychłoszczmy ją zatem biczem słusznej krytyki. Dodajmy jej kolejną poniżającą ksywkę i odeślijmy na zieloną trawkę, będzie się tam czuła jak ryba w wodzie. To wprawdzie nie poprawi gospodarki wodnej, ale przez chwilę będziemy mogli się upajać mocą.

czwartek, 6 czerwca 2013

Donald z raju

Kiedy wiosna w liść ustroi drzewa I otuli je miłości tchnieniem, Wtenczas bóle, które wiatr im śpiewa, One czują liści swoich drżeniem. I wspominamy raj 
pairi - dookoła (w staroirańskim)
diz - otaczać (w staroirańskim)

paradise - menażerie/ogrody (w starożytności)
ogród - po polsku
gard - po starosłowiańsku
garden - po angielsku
огород - po rosyjsku
A teraz śpiewamy:
Old MacDonald had a farm, E I E I O,
And on his farm he had some chicks,

With a chick chick here...
Jesteśmy jednakowi. Wyszliśmy z jednego ogrodu i mamy jedno słowo na jego opisanie. To było gdzieś w Azji Mniejszej/Asia minor/Anatolii. Tam dzielny Hektor walczył o Troję, Odys wracał do Itaki, a Krezus gromadził bogactwo. Mamy jedno słowo na miejsce szczęśliwości - raj/paradise. Wyalienowane z pospolitego otoczenia sanktuarium cudownych stworzeń. Stworzenia różnią się. Wystarczy zaśpiewać piosenkę o gospodarstwie Donalda.  Zwierzęta amerykańskiego Donalda nie gdaczą, nie kwiczą, nie ryczą, nie gęgają, ani nie szczekają!
Mamy takie same uszy - a słyszymy inaczej. Mamy takie same usta - a mówimy inaczej. Mamy takie same żołądki - ale nie trawimy żab, ostryg, glonów. Na razie. Niebawem nie tylko sushi będzie naszym ulubionym daniem. Skoro wyrafinowaną lasagne zamieniliśmy na pospolite łazanki, to i durian niebawem zacznie nam pachnieć smakowicie. Zwłaszcza, że nie ma już chłopów, a tym bardziej wieśniaków. Znasz tę piosenkę: "rolnik sam w dolinie..."? Nawet dzieci już jej nie śpiewają, wolą opiewać rajskie życie Donalda. A gdy telefonują do dziadków na wsi pytają, co tam nowego na farmie?
A jest o czym opowiadać. Ursusy zastąpiły masseye fergusony, które ostatnio zostały wyrugowane przez john deere. Budzi to pewien niepokój na Lubelszczyźnie, mającej w herbie skaczącego jelonka. Uprawiane tu dotychczas kartofle i buraki ustąpiły pola rabarbarom, szarłatom i hibiskusom.  I oczywiście cydonii, czyli pigwie, o której mówi się, że to jej owocem wabił wąż mieszkańców raju.


poniedziałek, 3 czerwca 2013

czysta idea

Radujmy się brakiem potężnego biustu. Dzięki temu, gdy objawiają się kolejni kandydaci na prezydenta - tylko ręce opadają. Nie przerażą
szachrajstwo
szalbierstwo
manipulacje
machinacje
matactwo
prowokacje
blaga
krętactwo

A przecież można było inaczej... Pojawiła się niepowtarzalna okazja, aby stworzyć nowoczesne państwo, o niezwykle wysokim poziomie rozwoju kulturalnego i technologicznego: środkowoeuropejskiego Tygrysa Kultury Technicznej.  Wtedy u progu III Tysiąclecia miało szansę stać się pionierem w kształtowaniu nowoczesnej świadomości technicznej swoich obywateli. Dzięki wybraniu osobowości posiadającej odpowiednie kwalifikacje i wiedzę na temat nowoczesnych technologii komunikacyjnych oraz ich wpływu na ludzką tożsamość oraz możliwości wykorzystania tych technik w rozwoju elektronicznej demokracji, nasz kraj stanął przed szansą jakiej nie posiadało i długo nie posiądzie żadne inne państwo.
Można było w końcu wcielić w życie idee prawdziwego równouprawnienia obywateli. Każdy z nas  mógł by był  wyrazić swoją opinię w istotnych dla naszego Państwa sprawach oraz osobiście uczestniczyć w podejmowaniu wszystkich decyzji prezydenta.
Mogło to było być państwo, w którym politycy staliby się zbędni, a ustrój demokracji parlamentarnej przeistoczyłby się w elektroniczną demokrację, gdzie decyzje podejmowane byłyby Wolą Narodu. Postacią, która najlepiej rozumie problemy związane z życiem w informacyjnym środowisku był ktoś, kto wzrastał w nim od samego początku, kogo życie nierozerwalnie związane jest z technologiami komunikacyjnymi: sama informacja-osobowość wirtualna.
W celu przygotowania i przeprowadzenia skutecznej kampanii wyborczej została była powołana Partia Wiktoria Cukt, której przedstawiciele mieli mieć  nieograniczone upoważnienia do udzielania wywiadów i prezentowania stanowisk w konkretnych sprawach. Doprowadzili oni również do pełnej funkcjonalności Obywatelski Software Wyborczy (OSW) za pomocą którego byłaby kontaktowała się ze swoimi wyborcami i spełniała Wolę Narodu.
Pamiętacie ją? Przypomnijcie sobie. Jest piękna, mądra, empatyczna! Doprawdy zadziwiające, że dziennikarstwo sondażowe tak łatwo o niej zapomniało. Ankieterzy wycierają sobie gęby nazwiskami do cna ogranymi. Politycy jątrzą wyświechtanymi ideami. A wzywał przecież poeta: z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe! Minęło tyle lat, a Wiktoria wciąż jest taka świeża...