niedziela, 18 grudnia 2016

bohater w butiku

Byłam w sklepie. OK, tak jak wszyscy. Nie wszyscy jednak zdumieli się, widząc portret genialnego generała wśród bielizny i chyba tylko ja zastanawiam się, czy to
rewizjonizm historyczny

fałszerstwo naukowe

teorie spiskowe

dezinformacja

propaganda

ignorancja

internet

media

Bo jak?! Twórca nowoczesnego szkolenia wojsk specjalnych, ikona Cichociemnych, bohater wojenny stał się elementem marketingu?! Jak jakaś podkasana piosenkareczka? Niebawem minie pół wieku od śmierci gen. Sosabowskiego i zamiast do galerii chwały trafił do butiku galerii handlowej? A może ja się czepiam? Może tak właśnie jest w wieku agnotologii wywyższonej nad epistemologię? Może to znak czasów niewiedzy i publikowania niedokładnych lub wprowadzających w błąd wiadomości?
W końcu pół wieku mija też od wynalezienia strategii FUD (od Fear, Uncertainty, Doubt – strach, niepewność, wątpliwość). Podobno wymyślili ją sprzedawcy programów komputerowych, dążąc do ograniczenia rynku przez konkurenta, przez podawanie nieprawdziwych lub niejasnych informacji o konkurencie i jego produktach. W „Wolności w chmurze” Eben Moglen dowodził, że mamy możliwość osiągnięcia wolności. Warunkiem jest obranie właściwych kierunków – wolnego oprogramowania , wolnego sprzętu, wolnego pasma i wolnej kultury. My jednak lubimy to, co znamy i znamy to, co lubimy. Nie wychodzimy poza swoje kręgi, nie chcemy innego, nowego, trudnego.
Czytamy wiadomości, które nie edukują, a jedynie podsycają strach i rodzą masę wątpliwości. Zapominamy, że taki jest właśnie charakter współczesnych mediów, a rzeczywistość wokół nas nieustanie ulega tabloidyzacji. Nie nauczono nas krytycznego myślenia, nie odróżniamy prawdy od fałszu. Wikipedia wylicza 61 teorii spiskowych i każda z nich jest o wiele ciekawsza od prawdy. Ach! Prawda... Kłamstwo trzy razy obiegnie świat, zanim prawda założy buty. A ja się tu stoję z nosem przylepionym do szyby butiku i smucę się, że jakieś tępe osiłki kupią sobie bojówki firmowane przez mojego bohatera. Mojego, bo to mój wujek przeszedł szkolenie w Largo House i zginął w walce

środa, 30 listopada 2016

SAKSOFONARIUM - Marysin

Słucham seksownych saksofonów. Wspominam wzruszona... Wzruszajcie się ze mną
Marysin II
To było gdzieś między Bychawą a Krzczonowem. Ostatnie wesele, na które muzykanty jechały paradnym wasągiem. Mój tata powoził stojąc, trzymając się naprężonych lejców. Kilkuletnia ja stałam przy nim, a za nami muzykanty bębniły i trąbiły. Drogę przegradzały „bramy” czekających na weselne cukierki i wódkę. Ale bramy były dla starostów – my furmany nie zwalniamy! Niesie nas muzyka! Gdzieś z tyłu jechała panna młoda i druhny, ale ja od jakiejś amerykańskiej kuzynki dostałam najładniejszą sukienkę. Kilkanaście metrów marszczonego tiulu, haftowanego perełkami skrzącymi się w słońcu i muzyce. Parę lat później, gdy nauczono mnie czytać - dowiedziałam się o istnieniu Pegaza, Hermesa, Euterpe i Erato. I kiedy wracam do wspomnień z dzieciństwa, wydaje się, że dzwonki na końskiej uprzęży były jak skrzydła. Kokardy we włosach i na bucikach też były jak skrzydełka. A muzykanty... cóż, byli za plecami, mogli mieć nie klarnet i skrzypce, ale cytrę i flet...
Marysin I
To było gdzieś między Marysinem Wawerskim a Marysinem podlubelskim. Koledzy mojego syna postanowili zrobić wybuchową mieszanka brzmień Europy. Połączyli mistyczne dźwięki Łotwy, ekscytujący bułgarski śpiew, hiszpańskie flamenco, polską nutę, trochę reggae i zmiksowali w rockowym tyglu Europy. Z lokalnych tradycji i globalnych mód stworzyli kolejną z ód - Ode to Youth. Przyjechali dziennikarze ze stolicy, a nawet z paru stolic. Chodzili, pytali, słuchali, notowali... w końcu napisali i opublikowali. Chłopcy byli oburzeni. To nie były teksty o muzyce, tylko o polityce. A ja, cóż... Nie tłumaczyłam im, że już Platon mówił, że gdy zmienią się trendy muzyczne, jednocześnie zmianom ulegają fundamentalne prawa państwa. Łatwiej pisać o ludziach i rzeczach, niż o imponderabiliach.
Marysin
To się dzieje tu i teraz. Niby w Krakowie, ale i w wirtualnej przestrzeni. Na granicy. Niby za rogatkami miasta, ale wewnątrz obwodnicy, po której mkną samochody. Borderline to ciężki temat, ale cóż, żyję na krawędzi wsi i miasta, jestem przestawionym mańkutem, uczyłam się pisać stalówką i atramentem, a piszę w wirtualnej przestrzeni. Słucham saksofonistek. Powtarzam psalm Tadeusza Nowaka: Nocą siedzę przed sobą, ja w cylindrze ja boso, a tam przez wieś z wesela ...

środa, 12 października 2016

słowo żyje hardkorowo

Cóż...  znam prawdy nieznane dla ludu, widzę świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce. Czucie i wiara nie przemawiają do mnie tak, jak mędrca szkiełko, oko i badania

pozytywistyczne,
obiektywne,
praktyczne,
z wynikiem liczbowym,
wyjaśnianie,
przewidywanie,
dowodzenie,
falsyfikacja teorii
---

„Gigant współczesnego Internetu firma Google zdigitalizowała i udostępniła już ponad 12 milionów książek, co, jak się szacuje, stanowi ok. 5–10 proc. wszystkich publikacji, jakie istnieją na świecie. Sytuacja ta stawia nowe wyzwania przed współczesnymi naukami humanistycznymi. Tradycyjne metody badawcze przestają tu wystarczać. Paląca staje się potrzeba wykorzystania nowych koncepcji i narzędzi badawczych, które pozwoliłby przetworzyć i zrozumieć ogromne ilości informacji (ang. big data). Z tej konstatacji zrodziła się idea połączenia refleksji humanistycznej z nowymi narzędziami cyfrowymi, które wykorzystać można do przetwarzania, wizualizowania, prezentowania i popularyzowania wyników badań naukowych. Nurt ten określany jest dzisiaj mianem humanistyki cyfrowej. Najważniejsze ośrodki badawcze i akademickie w ciągu ostatnich lat powołały do życia instytuty zajmujące się tworzeniem cyfrowych narzędzi badawczych, opracowywaniem teorii i metodologii badań nowego paradygmatu.
Niestety w przeważającej większości inicjatywy tego typu podejmowane są przez zrzeszenia pozaakademickie” czytam we wstępie „Zwrot cyfrowy w humanistyce”; E-naukowiec; Lublin 2013 
Właśnie! Właśnie! Tak jest! Ba! Nawet bardziej. „Czucie i wiara” stały się podstawą demontażu systemu oświaty – naukowe wyniki badań PISA nie interesują nikogo. Może kogoś zainteresuje porównanie poezji Mickiewicza i raperów? Ilościowe. Dowodzące, że wieszcz rulez! Serio, serio. Jest liczbowy dowód na to, że „Pan Tadeusz” ma więcej interesujących słów niż idole gimnazjalistów. Znacie ich – idoli? Lub chociażby gimnazjalistów? Wiesz Ty "Kto, co" im w rozumie gra? 

poniedziałek, 3 października 2016

drobna zmiana

Fajny film wczoraj widziałam. Momenty były! Najlepiej, jak stara panna po czterdziestce, puszcza się z pijanym nieznajomym. Potem, nadal stara i znów pijana, puszcza się ze starym znajomym. Gdyby nie to, że ona jest producentką telewizyjną, a jednorazowi kochankowie – samotnymi bogaczami, byłaby to

elegia
treny
epopeja
dramat
horror
thriller
melodramat
czarny kryminał

Tymczasem „Bridget Jones's Baby” to przezabawna komedia i nie można jej nijak porównać do „Rosemary's Baby”. Ale... pamiętacie tamto „dziecko”? Poczęcie też pamiętacie? I jak u ciężarnej pojawiają się niepokojące bóle, trupia bladość, chudnięcie, apetyt na krwiste mięso... To był horror! Co innego Bridget, wprawdzie jest geriatryczną pierworódką, ale wizyty u ginekologa są zabawne, chociaż – a może właśnie dlatego – że ojciec jest nieznany.
Jak mówią krytycy: komedia pomyłek. Można nawet zaryzykować tezę, że to damska odpowiedź na The Hangover. Jednakże tu nie jest kac w Vegas, ale syndrom dnia następnego po niezobowiązującym seksie. Wystarczy drobna zmiana i scenariusz nie da się powielić. Gdy faceci pójdą w tango, to mogą stracić ząb, pieniądze albo kawalerski stan. Żaden jednak nie wróci z brzuchem, jak Bridget Jones, która z pierwszego lepszego poradnika dowiaduje się, że ciąża 40latki wiąże się ze zmęczeniem i żylakami; poronieniem; nadciśnieniem, cukrzycą ciążową, trisomią... etc.
Drobna zmiana scenariusza mogłaby wywołać jeszcze większe konsekwencje. Gdyby kochankowie Bridget nie byli samotnymi bogaczami, ale zubożałymi karierowiczami, jak Ziembiewicz z „Granicy” albo Niepołomski z „Dziejów grzechu” - nie byłoby miło. Tymczasem, gdy ponad czterdziestoletnia panna Jones traci pracę w ósmym miesiącu ciąży, nie jest to żaden problem. Nawet przedwczesny poród nie jest żadnym problemem w naszych czasach. Teraz medycyna utrzymuje przy życiu płód niespełna półkilogramowy. Brawo medycyna! On nie jest tak uroczy i zabawny, jak Bridget Jones's Baby, ale kino nie porodówka. Można się śmiać.

czwartek, 29 września 2016

wspomnień czar

Zachwycajcie się ze mną! Polami - jakby z mojego dzieciństwa, piosenką - jakby ją ciocia Helutka śpiewała, perkusistą - jak Kamil wyrósł na poważnego muzyka ...

❤️💚💙

środa, 21 września 2016

poza kulturą

Może cosmopolitan? - zaproponowała kelnerka. - Jak ten magazyn? - zapytałam ja. - Jak w tym serialu, co zawsze piją tego drinka - odpowiedziała. Wzięłam, żeby poczuć się jak w wielkim mieście i skosztować, czy do wódki z sokiem i skórką pomarańczy pasuje


bułka
chleb
placek
maca
pita
kołacz
korowaj
podpłomyk
fajercarz

Ten wytworny z nazwy drink piłam bowiem w lubelskim lokalu, serwującym kultowe danie Ameryki: bułę z mielonym kotletem. Niedawno skończył się „Festiwal smaku”, na którym w różnych budkach spróbowałam dania składającego się z jakby naleśnika, zawierającego mięso i warzywa. Potrawa w zależności od kraju pochodzenia miała różne nazwy i aromaty. Niezmiennie jednak pozostawała pospiesznie przygotowanym daniem z ulicznej budki.
Parę tygodni wcześniej można było trenować podniebienie na „Zlocie foodtrucków”. Serwowali jadło wątłym przechodniom, a nie strongmanom, znanym z zaprzęgania się do wielkich trucków. Dziwne. Postanowiłam więc zasilić lokalny patriotyzm, kosztując „prawdziwego kebaba od polskiego patrioty”. Tak! Jest taki w moim mieście! Jednak akurat gdy się tam wybrałam, przyczepa turystyczna oferująca strawę – była pusta. Nieopodal krążył zaś mężczyzna częściowo nieświeży, z twarzą napuchłą i torsem obleczonym w T-shirt. Sprany podkoszulek miał hasło: Bóg Honor Ojczyzna - na przedzie i znak Polski Walczącej na tyle. Widok ten odebrał mi apetyt i nawet odechciało mi się sprawdzać wiadomości (16.07.16) z portalspożywczy.pl, iż producent napoju energetycznego "Super Ruchacz" chce wprowadzić kolejną markę. Już w sierpniu na sklepowych półkach znajdziemy "Żołnierzy Wyklętych"...
Za dużo czytam. Powinnam więcej oglądać tv i seriali, dzięki czemu nie będę poza kulturą i nazwy drinków nie będą mnie zdumiewać. Tymczasem w kulinarnej tv, jakiś kucharz wrzeszczy na podkuchenne, aż się niedobrze robi. Zatem wezmę sobie kieliszek nalewki i otworzę „Nic nie zdarza się przypadkiem” Tiziano Terzaniego. Pisze „W Indiach są grupy osób - na przykład ortodoksyjni bramini – które jedzą tylko to, co same ugotowały w naczyniach, które same umyły. Myślą, że ten kto przygotowuje posiłek wywiera na niego swój wpływ. Jeśli kucharz jest osobą niskiego ducha, wprowadzi do dań negatywną energię, która przeniesie się na jedzącego.
Racja, prawda? Pisze też o Ameryce, dosyć dobrze wyjaśniając to, co się tam teraz dzieje.

Nic nie zdarza się przypadkiem - czytajcie ze mną.

czwartek, 25 sierpnia 2016

nowinki na niwach

Nie lubię disco polo, a jeszcze bardziej kończącego lato refrenu „plon niesiemy plon, jegomości w dom”. Ponad 150 lat po zniesieniu pańszczyzny i prawie 100 po zaniku żelarki, chłopki w pas kłaniają się władzy, chociaż ich własną ziemię uprawia

Ursus
Massey Ferguson
John Deer
New Holland
Deutz Fahr
Case
Claas
Volvo
Chłopki kończą studia na akademiach rolniczych, tłumaczą sobie z angielskiego instrukcje komputerowo sterowanych maszyn, a raz do roku przebierają się w paradne stroje niewolników i śpiewają. Chłopki mają zdygitalizowaną Centralną Biblioteką Rolniczą i na swoich smartfonach mogą przeczytać, że dożynki to święto związane z Kościołem i gospodarką folwarczną, a więc obchodzone nie wcześniej niż w XVI w. Chłopki nie tęsknią jednak "Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, tych pól malowanych zbożem rozmaitem, Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem; Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała".
Pejzaże opiewane przez Mickiewicza i Reymonta mogą niedługo być podziwiane jedynie w zdigitalizowanych zbiorach bibliotek. Niwy szybko zmieniają koloryt. Koni żal, ale nowe elity nie znają się na arystokratycznej hodowli. Znikają więc zboża, którymi karmiono araby i perszerony. Na polach mienią się kolorami amarantus, hibiskus, ostrożeń warzywny - czarcie żebro. Wiosną, gdy jaśnieją żółtymi łanami, trudno wyobrazić sobie, że w Europie rzepak, czyli świerzop pojawił się około XVI wieku. Przed I Wojną uprawiano go tyle co chłop napłakał, a teraz jest go mnóstwo, podobnie jak egzotycznej jeszcze 40 lat temu kukurydzy, pojawia się też afrykańskie sorgo.
A chłopki nic tylko wiją wianki z dzięcieliny/koniczyny i dawaj kłaniać się panu wójtowi i plebanowi. Nie oburzą się, że szkoła uczy ich dzieci dziejów ojczyzny, w których ich przodkom poświęca się niewiele miejsca. Nie oburzą się słysząc biadolenie nad losem stolicznej burżuazji, domagającej się zwrotu majątków utraconych w wojennej zawierusze. A warto rozważyć, że można było wybudować stolicę na gruntach żelarzy. Żelorz w latach 40stych XX wieku zobowiązany był do świadczenia nieodpłatnej pracy, po wojnie awansował na chłopa i oddawał kontyngent, bo cały naród odbudowywał stolicę. Teraz nazywają go farmerem i oczekują płacenia podatków, przeznaczanych także na reprywatyzację dla arystokratycznych jegomościów i oczywiście radosnego śpiewania: plon niesiemy, plon w jegomościa dom...

sobota, 16 lipca 2016

turystyfikacja Turcji

Podróże kształcą. Wykształconych. Nieucy nie podróżują, tylko wczasują się w nadmorskim blokowisku. Nawet jeśli nieopodal czekają na włóczęgę

źródła Tygrysu i Eufratu
Ararat
Sanliurfa z grotą Abrahama
orły królestwa Kommageny
kurhan Antioha
ruiny Troi
ruiny Ani
Dogubayazit

Gdyby ktoś zapomniał: chrześcijaństwo rodziło się - było zapisywane, na ziemiach dzisiejszej Turcji. Dziś opustoszone kościelne budynki niszczeją, ale istnieją. Ataturk uczynił swój kraj państwem świeckim. I tak jest do dziś. Na każdym autobusie jest jednak wezwanie do Boga: Masallah lub Allah Korusun lub jedno i drugie. Nowoczesne miasta wyrastają na pustkowiach. A w nich wciąż ludzie pamiętają, aby 5 razy dziennie umyć ręce, twarz, kark, nogi; pokłonić się, uklęknąć, dotknąć czołem Ziemi, kilka lub kilkanaście razy; podziękować Bogu za... życie? Czy to nie jest godne szacunku?
Gubię się w meandrach islamu. Sufizm jest chyba tym jego nurtem, który przypomina chasydyzm w judaizmie, a w chrześcijaństwie... chyba nic podobnego nie było. Owszem tańce derwiszów są teraz częścią spektaklu, ale jeśli doprowadzą kogoś do poezji/myśli Mevlany - to chyba dobrze? Tymczasem w imię komfortu i wydajności wypoczynku starożytna kolebka religii i imperiów, rzadko bywa celem pielgrzymek i podróży. Za niewielką cenę wyspecjalizowane biura usuwają niepewność i nieprzewidywalność wakacyjnego relaksu.
Jednak nie do końca. Czasami zdarzają się katastrofy naturalne, czasami polityczne. Nagle zturystyfikowana Turcja okazuje się miejscem walki o władzę. Okazuje się, że ścierają się tam jakieś ideologie. Ba! Można domniemywać, że pracownicy obsługi turystów mają jakieś poglądy. Aż trudno w to uwierzyć, popijając drinka wliczonego w cenę hotelu. Tymczasem w krainie literatury przeciwnie – można spotkać postaci z krwi i kości. A nawet ociekające krwią. Popatrzcie, właśnie zdjęłam z półki



czwartek, 14 lipca 2016

rozmowa o edukacji

przed rokiem, z Grzegorzem Teresińskim
17 lat temu rząd AWS rozpoczął program czterech wielkich reform: administracji, emerytur, zdrowia i edukacji. Zmiany systemu kształcenia, nawiązujące do tradycji przedwojennych i odrzucające „socjalistyczny” model z ośmioklasową podstawówką, czteroletnim liceum lub pięcioletnim technikum, miały zbliżyć polską edukację do modelu wtedy nazywanego „zachodnim”. Pojawiły się gimnazja oraz inny tradycyjny element edukacji zachodniej – egzaminy zewnętrzne po każdym etapie kształcenia. Już wcześniej do wszystkich szkół wprowadzono naukę religii.
Reforma rządu Jerzego Buzka nawiązywała do świetnych przedwojennych tradycji polskiego szkolnictwa, a jednocześnie wprowadzała, tak potrzebną w końcu XX wieku i po zmianie ustroju w Polsce, nowoczesność. W dodatku – i chyba to akurat było najważniejsze – zmieniała wizję celu nauczania. Uczniowie nie mieli zdobywać wiedzy, ale umiejętności. Zewnętrzne egzaminy mają obiektywnie sprawdzać umiejętność praktycznego stosowania wiadomości. Systematyczny wzrost pozycji polskich szkół w Programie Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (PISA) wskazuje słuszność kierunku zmian, zapoczątkowanych przez rząd zjednoczonych partii centro-prawicowych.

Szanuję dokonania i prawdziwie światowy poziom nauki obowiązujący przed II Wojną Światową, czego dowodem były materialne dokonania ówczesnych rządów i intensywny rozwój gospodarki w latach 1921-1939. Ale... O ile odniesienie do historii przedwojennej może stanowić argument, to już działania rządów AWS w zakresie czterech reform, pozostają w jawnej sprzeczności z etosem państwowym, dobrze rozumianym idealizmem i wreszcie poziomem obowiązującym w latach 30. XX w.
Przypadkowość ludzi przygotowujących reformy z lat 90., miałkość lub brak rzetelnej debaty je poprzedzającej, ich negatywne skutki społeczne i gospodarcze, które ciążą nad Polską do dziś – stanowią wystarczające obciążenie dla twórców tych nieszczęść. Jedyne, czym kierowali się ówcześni kreatorzy rzeczywistości politycznej, była chęć za wszelką cenę zmiany wszystkiego, co mogło kojarzyć się z poprzednią epoką. Polacy przekreślili ówczesnych polityków, odsyłając ich w polityczny niebyt, lecz niestety zapomniano o likwidacji nieszczęsnych reform...
Chętnie kiedyś porozmawiam także o reformie administracyjnej, ale wróćmy do szkoły. Lista przewin reformy edukacyjnej Handkego jest dłuższa niż maturalna ściąga i będę rozprawiał się z nimi sztuka po sztuce, ciesząc się inteligentną wymianą zdań z Panią (a brak umiejętności dialogu między Polakami zajmuje na tej liście wysokie miejsce).

O! I bardzo dobrze, że Pan wspomniał o tych długich maturalnych ściągach. To był rak ówczesnej oświaty! Oczywiście teraz uczniowie też ściągają, ale przynajmniej mają świadomość, że ich zachowanie jest wysoce naganne. A i ściąganie jest trudniejsze, bo konstrukcja egzaminów wymierzona jest w oszustów. Warto w tym miejscu przypomnieć, że równocześnie z reformą edukacji rozpoczęła się kampania antyściągawkowa Zygmunta Zamoyskiego. Arystokrata, absolwent znamienitych uczelni angielskich, który przyjechał w 1990 roku uczyć angielskiego zamojskim kolegium nauczycielskim, był autentycznie wstrząśnięty, kiedy na egzaminie końcowym przyłapał ośmiu studentów z takimi właśnie długimi ściągami. A jeszcze bardziej – kiedy został wyrzucony z kolegium za piętnowanie ściągania.
Nikt nie mówił wtedy, że ściąganie jest niemoralne, że to nieuczciwa konkurencja. Ani o łapówkach dla nauczycieli. Zresztą nie używało się wtedy słowa „łapówki” tylko „wziątki”, a wysokopłatne korepetycje u nauczyciela, który najpierw uczył, a potem egzaminował własnych uczniów, były oczywiste jak ściągawki. Nikt nie kwestionował zasady, że nauczyciel sam jest kontrolerem własnej pracy. To był jeden z powodów wprowadzenia egzaminów zewnętrznych, praktykowanych na Zachodzie. Drugim argumentem za reformą jest obiektywizm ocen, które ucięły erę punktów za pochodzenie. Nikt nie podnosił „co łaska” ocen absolwentom zapyziałych szkółek. Zapyziałe szkółki, dające namiastkę umiejętności i wiedzy, miały zniknąć. I właśnie dlatego powstały gimnazja.

Widzę, że dobry humor Pani nie opuszcza! Zapytam, bo nie dowierzam: czy Pani zdaniem reforma oświaty miała w swoim zamierzeniu stworzyć system uniemożliwiający ściąganie? To miało być jednym z jej zamierzeń? Jeśli tak, to już sam ten fakt stanowi kolejny dowód na brak wyobraźni jej twórców. Czy to przypadkiem nie Pani uważa, że to fajnie, jak uczeń szybko odnajduje właściwą odpowiedź w necie i podpowiada zażenowanemu nauczycielowi? I czy to nie jest współczesna forma ściągania?
Widocznie założenia nieszczęsnej reformy AWS nie przewidziały tego, że świat się zmienia. Rewolucja technologiczna wychowała nowe pokolenie i myślę, że zasadne byłoby zmienić niektóre założenia reformy oświaty, właśnie z duchem czasu. Ściąganie nie jest żadnym zagrożeniem w systemie oświaty. Było, jest i będzie. Pomówmy o prawdziwych dramatach wywołanych przez reformę Handkego...
Takich jak zdaniem pedagogów jeden z najgorszych skutków tej żałosnej reformy – mianowicie quasi komunistyczne zrównanie uczniów i zabicie w nich indywidualizmu, odebranie prawa do rozwoju talentu i zainteresowań zgodnie z predyspozycjami. Śmiech historii prawda? Prawicowy rząd stworzył postkomunistyczną reformę! No bo czym innym jest stworzenie ujednoliconego systemu ocen i okręgowych komisji egzaminacyjnych (OKE), tworów przypominających departament cenzury i swoiste politbiuro?
O jakim prawidłowym rozwoju możemy mówić, jeśli zdolny dzieciak, który sam poszerza zakres swojej wiedzy, czyta naukowe opracowania, ślęczy w necie, zostaje ukarany przez anonimowego urzędnika, który przykładając na egzaminie szablon z „jedynie słuszną koncepcją słów – kluczy” stawia ambitnemu uczniowi ocenę dobrą, mimo, że ten w swojej pracy znacznie wyszedł poza materiał szkolny? Skandal – to jedyne określenie tego stanu rzeczy, który niestety trwa i trwa.
Do tego dodajmy fatalny program nauczania i mamy komplet. Gdybym wierzył w teorię spiskową, zapytałbym: komu zależy na wychowaniu szarej masy bez własnego zdania, nie potrafiącej formułować własnych tez, stawiać niewygodnych pytań i reprezentować indywidualnych, odważnych poglądów? Niemcom, Ruskim, czerwonym, czarnym, a może cyklistom? Nadzieję dają indywidualne działania niezadowolonych uczniów, którzy występują do sądu. Kropla drąży skałę i może kiedyś tama urzędniczej głupoty pęknie z hukiem, razem z tą reformą...

Dziękuję, że wspomniał Pan o cyklistach... wzruszyłam się. Przed laty jeździłam w „Masie Krytycznej” w Lublinie i gdy na głównym rondzie podnosiliśmy rowery nad głowy – też nas wyklinali, kierowcy pluli i wrzeszczeli: zmasakrować masę krytyczną! Teraz są ścieżki i rowery miejskie. Ale my nie dla ocen tam staliśmy, ale dla dzisiejszych rowerzystów narzekających, że stacji rowerowych jest za mało. Z uczniami jest podobnie – jeśli chcą mieć wysokie oceny, muszą się dostosować do oczekiwań oceniającego. Obiektywizm ocen wymaga porównywalności. Jeśli geniusz ogłosi przełomową teorię potwierdzoną badaniami, to – jak pokazuje historia Einsteina, Wittgensteina i innych wybitnych umysłów – po latach doczeka się uznania.
Każdy system, system edukacji także, wymaga respektowania zasad. Rzeczywiście, jednego w tej reformie zabrakło: autorytetów. Charyzmatycznych liderów do naśladowania brak jednak nie tylko w szkołach, które przecież odwzorowują społeczeństwo.
Mówi Pan, że obecny system oświaty zabija w uczniach indywidualizm i odbiera im prawo do rozwoju talentu? Czy nie liczy się to, że dziecko może uczyć się poza systemem szkolnym, korzystając z edukacji domowej, nauczania indywidualnego, szkół niepaństwowych? Czy wybitny uczeń nie może dowieść swoich niezwykłych zdolności w licznych konkursach? I dziękuję, że wspomina Pan o moim ulubionym aspekcie edukacji – technologiach informacyjno-komunikacyjnych. Mam portal edukacyjny, używałam tablicy multimedialnej, gdy mało kto wiedział, co to jest. Mam też świadomość, że nie wszyscy nauczyciele są entuzjastami e-learningu, czy m-learnigu, podczas gdy prawie każde dziecko ma w domu komputer i wciąż z niego korzysta. Dotychczasowa formuła nauczania informatyki już się wyczerpała, a na kierunki nauczycielskie nie idą prymusi z liceów. Najlepsi absolwenci szkół średnich toczą morderczą walkę o miejsce na uczelniach medycznych, informatyce, mechatronice. O zdobyciu indeksu decydują ułamki punktów...
Czy Pan ma jakąś cudowną receptę na likwidację korepetycji, które nakręca ta rywalizacja? A może też receptę na wysoką jakość pracy nauczycieli? Bo tamta reforma założyła, że nowy system oceniania nauczycieli i podniesienie ich wynagrodzeń sprawi, że kadry pedagogiczne będą bardziej efektywne.

I cóż się w tak zwanym „międzyczasie” okazało! Oto wyniki kontroli NIK przynoszą mrożące krew w żyłach dowody ogromnych zaniedbań, niekompetencji i wręcz zagubienia OKE przy sprawdzaniu tegorocznych matur. Czyż to nie dowody na nieracjonalność systemu ocen, który wygenerowała chora (od dziś nie można nazywać jej inaczej) reforma z 1999 r.? Skarżą się już nie tylko uczniowie, ale i nauczyciele. Tak dalej nie można, system jest rażąco niesprawiedliwy, łamie kariery setkom uczniów, obniża poziom edukacji... etc, etc.
Czy byłem szczególnie mądry, żeby przewidzieć takie reakcje? Nie – byłem racjonalny! I dziś racjonalnie wzywam do poparcia idei szerokiej debaty publicznej, której uwieńczeniem będzie likwidacja barier i patologii, które wytworzyła obecna reforma.


wyjść po angielsku

Brexit nas przerasta, ale... Rozbłyska na monitorze po włączeniu komputera, bo wielki gOOg uznał, że to ważna dla mnie informacja. A może to

dezinformacja
manipulacja
ilustracja
interpretacja
generalizacja
modyfikacja
negacja faktów
psychoza
sezon ogórkowy
postprawda

Faktycznie to może być istotne, bo funt odbił się i Małgosia pracująca wakacyjnie na Wyspie zarobi lepiej. Co ma jednak robić Agata, która świetnie zdała maturę i przyjęta została do angielskiej uczelni? Przecież brexit jest faktem, Brytowie nie chcą migrantów, czyli zagranicznych studentów również. Szkoci wprawdzie chcą, ale żeby żacy z Unii mogli dawać im pieniądze, Szkocja musiałaby się wypisać ze Zjednoczonego Królestwa. Rajmund mówi: nie dramatyzuj, nowa premier wyjdzie z Unii po angielsku. Faktycznie. Jakich to produktów brytyjskich zabraknie na europejskim rynku? Wielki gOOg podpowiada niepewnie: produktów finansowych? Ale kiedyś to hohoho! To była potęga!
Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, ale w recesję. Opowiadała o tym X Muza, zanim my weszliśmy do zjednoczonej Europy. Pamiętacie taki film „Billy Eliot”? A „Faceci w butach”, „Goło i wesoło”? I jeszcze te seriale, na które szkoda czasu „Co ludzie powiedzą?” i „Mała Brytania”. Oto oni, bohaterowie naszych czasów, którym tak łatwo przychodzi ignorowanie rzeczywistości. Patrzą na drzewo i widzą sztywne zielsko. Nie chcą znać jego historii, nie rozróżniają zieleni liści i ich ruchu, gdy kierują się do słońca. Oto oni - konsumenci dezinformacji, tak łatwo ulegający adaptacji technik reklamowych do polityki. To im podrzuca się program lub idee jak samochody lub mydełka. To oni biegną do referendum, jak do salonu sprzedaży, gdzie kupując samochód, żywią podświadomą nadzieję, że dostaną dodatkowo piękną dziewczynę, która go reklamuje.
To oni wychwalają jednocześnie prawo do referendum i geniusz Steve'a Jobsa. Tymczasem siłą tego przedsiębiorcy był brak zaufania do badań rynkowych i grup fokusowych. Wychodził z założenia, że ludzie nie wiedzą, czego chcą, póki im się tego nie da. Tzw. zwykli ludzie, jak Ty i ja, tylko bezmyślnie powtarzają tezy agentów wpływu, przekazywane im przez pudła rezonansowe, jakimi stały się współczesne media. Media mówią to, co chcemy słyszeć. Wielki gOOg dał nawet specjalne suwaki, żebym mogła sobie określić bardzo dokładnie, jaką wiadomość wyświetli mi na „dzień dobry”.
A przecież angielskie wyjście nie zapowiada dobrych dni, raczej tupot facetów w butach i brunatnych koszulach.

fot. +Ewa Wartacz 

poniedziałek, 4 lipca 2016

nagi król

Nie róbmy taniej propagandy – powiedział Zbigniew Boniek do dziennikareczki, ekscytującej się „wielkim sukcesem polskich piłkarzy”. Kocham Bońka! Bo już zaczynałam obawiać się, że tylko ja dostrzegam, że cały ten sukces to
agitacja
indoktrynacja
kryptoreklama
lans
promocja
spam
demagogia
propaganda

Obowiązująca linia jest taka, że 5 meczy - 4 strzelone bramki - 2 stracone i wygrane fuksem – to sukces. Fakty są takie, że Walia licząca 3 mln mieszkańców gra dalej, a Polska nie. O Islandii liczącej 300 000 mieszkańców - nie wspomnę. Skąd ten triumfalizm hundwejbinów biało-czerwonych? Fajne piłkarzyki ściągają po meczu koszulki, błyszczą torsami królów boiska – ok. to może być ekscytujące. Powtórzę jednak za eleganckim panem Bońkiem: nie róbmy taniej propagandy. Sukces to stanąć na podium.
Trzeba jednak uderzać w ton tryumfalizmu, gdy mnóstwo pieniędzy publicznej tv poszło na transmisje i w tej samej tv musimy oglądać niezliczone reklamy z piłkarzykami. A przecież byłoby o wiele bardziej kształcące wrócić do lektury Roberta Cialdiniego i jego „Wywierania wpływu na ludzi”. Historia odnotowuje zadziwiający wzorzec zachowania wyznawców proroctwa bezpośrednio po wyjściu na jaw jego fałszu. Ich duch wydaje się wzmocniony, a nie osłabiony oczywistym fałszem przekonań. Przydarzyło się to różnym sektom, a teraz można obserwować jak praktykują to wspólnie kibice szalikowi i kapciowi.
Telewizja pokazuje zachwyty panienek z flagami wymalowanymi na policzkach, a my otwieramy Cialdiniego – rozdział „Społeczny dowód słuszności”. I przypominamy sobie, że wypowiedzi takich przeciętnych ludzi, takich jak Ty, czy ja – to skuteczny chwyt reklamowy. Słyszymy tylko wypowiedzi pozytywne i nawet nie zdajemy sobie sprawy z nachalnego fałszu tej wiadomości. A jeśli ktoś myśli inaczej, jak na przykład Maryla Rodowicz – musi publicznie się pokajać, przeprosić za błąd i doszlusować do jedynie słusznej linii.
To już było: trzeba chwalić nowe szaty cesarza, nawet gdy król jest nagi.
PS
"Dziennikareczki i piłkarzyki" to tylko przykład negatywnego nacechowania słów

czwartek, 23 czerwca 2016

ile kosztuje człowiek

Ostatnie osiągnięcia Lewandowskiego spowodowały wzrost jego ceny. Eksperci z Transfermarkt szacują, że obecnie polski piłkarz jest wart 70 milionów euro! Mówi się też, że człowiek tyle jest wart, ile
daje innym
sprawdzono go
jego słowa
jego sława
jego sprawy
jego miłości
jego argumenty
jego myśli
Niby imponderabilia, ale jak widać po wycenach piłkarzyków i wbrew idealistom - wszystko da się przeliczyć na pieniądze. Również wbrew temu, co mówi moja uczona koleżanka - nie ma prawd ostatecznych i jednoznacznych. Skoro piłkarzyki to ludzie, to nie powinno się nimi handlować, nieprawdaż? Owszem, zjawisko handlu ludźmi i niewolnictwo przetrwały od starożytności do czasów współczesnych. Aktualnie jednak definiowane są jako przestępstwo, w którym wyróżnić można werbowanie, transport, dostarczanie, przekazywanie, przechowywanie i przyjmowanie osób w zamian za korzyści majątkowe.
Tak, to prawda, ale tylko w odniesieniu do robotników i nierządnic. A raczej ludzi, którym obiecywano inną pracę niż muszą wykonywać pod przymusem. Przymus też nie jest tak jednoznaczny, jakby chcieli  go definiować fotelowi myśliciele. Czy prekariusze pracują pod przymusem? Jaki mają wybór seryjni stażyści, pracownicy tymczasowi, młodzi bezrobotni? Czy ich sytuacja jest lepsza od sytuacji chłopów pańszczyźnianych? Czym różnili się chłopi odrabiający pańszczyznę po obu stronach Bugu, od amerykańskich niewolników? Oni raczej nie wyznawali się ideach narodowościowych. Jednakowo wzgardzeni, jednakowo nienawidzili swoich panów:  wielkich Polaków i Amerykanów.
W Europie mamy taki elegancki fakt historyczny, nazywany Wiosna Ludów. Mamy też fakt pod nazwą Rabacja Galicyjska – rzeź panów. Nie wiadomo dlaczego historycy nie używają tu eleganckiego określenia: insurekcja. Bo kosy nie były stawiane sztorc? Bo z "Wesela" Wyspiańskiego zapamiętaliśmy chocholi taniec, a Upiora jakoś nie? Czemu Jakub Szela nie zdobył popularności Maksymiliana Robespierra? A pewnie jak ów francuski prawnik mówił: Terror bez cnoty jest zgubny, cnota bez terroru jest bezsilna.
Zazdrość to grzech, zazdroszczę jednak pewności posiadaczom prawd wszelakich. Szela "chłopski król" - zły. Dyktator Traugutt - dobry. Piłsudski, ten od przewrotu majowego - dobry, a jego adwersarze: chłopski premier i legalny prezydent Warszawy - źli. I teraz znów: my, polskie pany dobre, a zaburzańskie chłopy złe. Dołożyliśmy im - tym razem na boisku. A w lipcu wysmagamy słowami, wyliczymy, ile są warci.





poniedziałek, 20 czerwca 2016

brexit & brentrance

Media straszą "brexitem", jakby miał ruszyć z posad bryłę świata. Chcielibyśmy bowiem wierzyć, że nasz świat jest

solidny
mocny
niewzruszony
elastyczny
antykruchy
pewny
bezpieczny
spokojny
radosny

Tak jednak nie jest. Co więcej, wynik referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie ma mocy wiążącej - decyzja należy do parlamentu, a nie do pospólstwa. Zwłaszcza, że "wyjście" Brytanii, nie jest tak proste jak "zjazd" z autostrady. Uczciwie byłoby mówić  o "brentrance", czyli takim przedefiniowaniu Europy, że ​​Wielka Brytania będzie robić więcej tego, co lubi.
Przecież nie lubi być samotną wysepką na krańcu świata, skoro włączyła do The Commonwealth of Nations potężną Australię, całkiem sporą Kanadę i pół setki innych krajów, w których mieszka jedna czwarta całej ludzkości. I niby każdy z paszportem Commonwealthu może wjechać na Wyspę, ale nie do końca, bo pół wieku temu odmówiła prawa pobytu "obywatelom brytyjskim pochodzenia azjatyckiego ze wschodniej Afryki". Na pracowitych Polaków patrzy z wyższością, ale przecież bez ich ciężkiej pracy zapchałyby się zlewy, zgniły owoce, etc.
Nassim Nicholas Taleb,  Libijczyk zamieszkay w USA - pisze w książce "Antykruchość": Zastanówcie się nad jatrogenią prasy codziennej. Każdego dnia gazety muszą zapełnić strony jakimiś wiadomościami - przede wszystkim tymi, o których piszą inne gazety. Żeby działać jak należy, powinny milczeć wtedy, gdy nie mają nic do powiedzenia. Jednakże media muszą zarabiać, dlatego sprzedają nam papkę informacyjną.
Dlatego żyjemy w coraz bardziej kruchym świecie, przekonani, że coraz lepiej go rozumiemy. Nie rozumiemy. Wierzymy w iluzje i ponętne teorie spiskowe, zamiast czytać i uczyć się.

wtorek, 10 maja 2016

błyski pistoletów

Hańba! Wrzeszczał znajomy znajomego, uświadamiając mi, że to słowo wrzeszczane przy byle okazji, straciło swoją moc. Chłopaki spod znaku falangi, powinni czytać więcej, np. "Słownik wyrazów obelżywych" Pani Szymborskiej, gdzie nie ma "targowiczan" ale są:

andrusy
bajbusy
franty
gudłaje
kiziory
niedojdy
pomioty
ślepcyngry
ciury
obwiesie
kolesie

Bo jeśli chodzi o Targowiczan, to pobłogosławił ich papież Pius VI, a w ich gronie był ówczesny prymas i biskupi. Warto przypomnieć, że konfederaci z Targowicy zwalczali obowiązującą wówczas konstytucję i tak się składa, że była to Konstytucja 3 Maja. Logicznie rzecz ujmując dzisiaj obelga "targowica" dotyczy tych, którzy zwalczają konstytucję przyjętą przez większość Polaków w referendum. Zwalczają Trybunał Konstytucyjny i łamią trójpodział władzy, przekonując, że są suwerenem, jak jakiś car i wzywają do robienia list proskrypcyjnych.
Tu zastosowanie ma zasada 20/80. Sformułował ją  amerykański teoretyk zarządzania Joseph Juran, a jej nazwa pochodzi od włoskiego ekonomisty i socjologa Vilfreda Pareta, który zajmował się zagadnieniem nierównej dystrybucji bogactwa. Juran w 1951 r. opublikował pracę Quality Control Handbook, w której zawarł zasadę „kluczowych nielicznych i błahych licznych". Jeśli sprawdzić w wyniki ostatnich wyborów, to obecna władza w Polsce, została wybrana przez 20 proc. uprawnionych do głosowania...
Co z pozostałymi 80 procentami? Oto jest pytanie! Czy głos błahych licznych ma dla "suwerena" jakieś znaczenie? Czy  dzisiejszy "polski suweren", tak jak XIXwieczni suwereni  złamie dotychczasowe sieci społeczne? Czy będzie tworzył "wspólnotę narodową" i  tak jak przed wiekami wystawi nas przeciw kozakom lub janczarom?  

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

trawy i gromy

Uprawiam dziennikarstwo na poziomie traw. Ot tak, piszę sobie na marginesie Internetu. Żadne tam modne borderline, tylko prowincjonalnie pisanie podmiejskie. Co innego ONI, posiadacze prawdy, którzy z jedynie słusznych pozycji

zgromią
zmiażdżą
zaorują
zgaszą
zhejtują
zbanują
zohydzą
zdradzą
zaskarżą 

I żaden Janusz Purysta sobie z tym nie poradzi.  Typowy Janusz, co to był tu i tam, widział to i owo - na fejsie ma blisko 14 000 fanów - zwykle kończy internetowe dyskusje jakimś banałem i sakramentalnym: tyle w temacie. Ale nie. Nie chce wyjść na słabeusza, nie ugina się pod naporem nienawiści i inwektyw. Janusz typowy jątrzy. Z tyłu wizji zobaczy jakiegoś gniota i zaraz go udostępnia światu pod hasłem "X miażdży Ygreka!"
X mówi, że Zet jest skarżypytą i złym ptakiem co kala. Wszyscy to czterdziestolatki z okładem, a nie smarkacze z piaskownicy. Poznajemy to po ich kłopotach z określeniem własnego terytorium, większym niż piaskownica, podwórko i kamienica. Oni nie mają tak łatwo jak Brytowie, dla których wszystko jest offshore. Oni są kontynentalni, tyle że jeden jest nacjonalistą narodowym, a drugi Europejczykiem. Jeden tupie na marszową nutę "Matko Boża nas wysłuchaj - błogosław Chrobrego miecz". Drugi zaś "nie zna granic ni kordonów". Według Q wszyscy ONI to qrwy - lewaki lub prawaki.
Chodzi tylko o pejoratywne nacechowanie - zauważa refleksyjny Rajmund. Lewackie poglady reprezentowali trockiści, maoiści, lewicowe grupy terrorystyczne: Baader Meinhof, Frakcja Czerwonej Armii, Czerwone Brygady. Kreatywne podejście do języka cechuje systemy autorytarne, dzielące świat na biały i czarny. MY i ONI - obcy: lewacy, żydy, gorszy sort, zaplute karły reakcji, imperialiści, kułaki, migranty itp. Na nich rzucane są gromy z jedynie słusznych pozycji. Powoływane są zespoły do rozwiązania kwestii spornych, chociaż wiadomo, że cenzura to najlepszy sposób budowania zgody narodowej...
Moja chata skraja, ale gdy w moim ogródku kreślę koła na piasku, powtarzam jak mantrę „noli turbare circulos meos” i szukam świetlików wśród traw.

piątek, 25 marca 2016

oni i naród

Było 1000 szkół na 1000 lat Polski. Były szkolne pracownie internetowe i Orliki - bez żadnej  przyczyny. Był jubileusz 1050 lat chrztu Polski, a Warszawa ma być wioskową metropolią, bo czymże jest stolica bez Łąk Radzymińskich? Tym, czym  


Dziadoszanie bez Thietmara
Mieszko bez Galla Anonima
Polanie bez Kraszewskiego
Atlantyda bez Platona
Odys bez Homera
Izabella bez Wokulskiego
Wałęsa bez żony Danuty
reptalianie  bez Davida Icke'a
.....
?

To jedno z tych pytań typu: czy jeśli nikogo nie ma w lesie, upadające drzewo wywołuje dźwięk? Lub: czy gdyby Piłat zesłał Jezusa na bezludną wyspę - powstałyby Ewangelie?
Niby nikogo to nie obchodzi, niemniej, to dość interesująca kwestia: kim byliby wielcy bez maluczkich robiących im wielkość... Milenium minęło od Bitwy w Kraju Dziadoszan, gdy rozgromiliśmy germańską armię. Istnieje domniemanie, że my, Dziadoszanie - byliśmy chrześcijanami wcześniej niż Polanie. Nie potrafiliśmy się jednak dobrze wypromować.
Nie o nas Kraszewski napisał "Starą baśń". Owszem, ale kto zaprzeczy, że i my nawykliśmy do poszanowania przez rządzących naszych swobód ? Nie nas opisano jednak jako rewolucjonistów. Kim jednak są zwykle rebelianci? Niektórzy z nich to zwyczajni ludzie, którzy mieli już dość władzy. Wielu to młodzi bez pieniędzy, protestujący przeciw temu, że światem rządzą bogaci starcy. Inni odurzeni sztywną i nierealna wizją świata, protestują w imieniu narodu...
Cóż. Kiedy człowiek chodzi po ulicach miasta wiele rzeczy może zobaczyć, ale ja osobiście nigdy nie widziałam narodu. Słyszałam jednakże wielu rzeczników narodu, których często spotykało rozczarowanie. Naród nie bywał wdzięczny ani posłuszny, natomiast zwykł był być małostkowy i nieufny. Koniec końców władza odkrywała, że ma do czynienia z zupełnie niewłaściwym narodem.
To się zdarzyło blisko dwa tysiące lat temu w Jerozolimie, tysiąc lat temu u Polan i zdarza się nieustanie: władza przekonuje się, że akurat jej trafił zupełnie nieodpowiedni naród.

piątek, 4 marca 2016

computare znaczy liczyć

Nie liczcie na naukę lekką, łatwą i przyjemną. Szkoły nie są po to, by rozwijać niczym nieskrępowaną twórczość. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebne są

umiejętności
rachunki
geometria
algebra
analiza
logika
statystyka
prognozowanie
księgowość

„Żadne ludzkie badania nie mogą być nazywane prawdziwą nauką, jeśli nie mogą być zademonstrowane matematycznie”, zauważył Leonardo da Vinci w "Traktacie o malarstwie" dawno temu. Niedawno, badając anonimowe połączenia telefonicznie naukowcy odkryli, że gdy z jakiejś grupy usunięte zostaną osoby przyjaźniące się z dużą liczbą grupowiczów - grupa się zmienia, ale istnieje. Natomiast jeśli usunięte zostaną osoby z licznymi kontaktami poza tą grupą - społeczność się dezintegruje. Nie było żadnego przygotowywania ankiet, wyboru ankietowanych, przepytywania na ulicach, zliczania odpowiedzi, opracowywania i ogłaszania wniosków.
Dzięki danym marketingowym można też bez badania krwi określić ryzyko zachorowania na pewne choroby. Niektórym wydaje się to podejrzane, ponieważ metoda bazuje na niezwiązanych ze sobą czynnikach. Komputer dostaje zbiór anonimowych informacji i robi z nich zupełnie nową informację. Komputer sam się jednak nie zrobił. Nie zrobił się sam program komputerowy. Stworzenie tych wyrafinowanych narzędzi nie wymaga intonowania Veni Creator, chociaż jak ktoś lubi może sobie nucić - zapis muzyki to matematyka w czystej postaci. Matematyka jest zaś potrzebna przetwarzania informacji XXI wieku. Na początku potrzeba zapamiętać zasady rachunków i tabliczkę mnożenia. Tu nie ma miejsca wolnomyślicielstwo i kreatywność - trzeba zapamiętać i powtarzać dla utrwalenia. Potem kolejne wzory trzeba zapamiętać i testować swoją wiedzę.
Dzięki telefonom w kieszeniach, laptopom w plecakach czy systemom informatycznym w firmach łatwo dostrzec owoce społeczeństwa informatycznego. Pół wieku po wejściu komputerów do powszechnego użytku, informacje tak się zaczęły kumulować, że powstaje coś nowego i wyjątkowego. Zmiana ilości doprowadziła do zmiany jakości. W naukach takich jak astronomia, czy genetyka ukuto termin BIG DATA. Koncepcja ta przenosi się na wszelkie obszary ludzkiej działalności - piszą Viktor Mayer-Schonberger i Kenneth Cukier w książce "BIG Data".
 zestaw pojęć do tej książki klikaj tu - warto

poniedziałek, 22 lutego 2016

o krasnoludkach w Islandii

Z samolotu Islandia wygląda jak wpięta w błękit nieba. Ledwo odróżniając się od chmur, wydaje się idealnym miejscem, w którym zamieszkać mogą

 
elfy
skrzaty
krasnale
karły
koboldy
gnomy
trolle
duszki

Za 45 euro dostępna jest cała islandzka okultystyka + elfi chleb + krasnoludzie naleśniki + karla kawa + ludzki dyplom. Ha! taniej niż wynajęcie przewodnika po Reykjaviku lub bilet na busika "łowców zórz". Internetowa wizytówka szkoły elfów robi wrażenie: uroczy elfoznawca oferuje opowieści i poczęstunek. Zatem: idziemy!
Idziemy. Idziemy... i idziemy w głąb jednego z blokowisk Reykjaviku, z coraz mniejszą nadzieją na ezoteryczną wiedzę. W końcu jednak znajdujemy właściwy adres i czekamy. Czekamy i czekamy, aż w końcu przychodzą dwie amerykańskie rodziny. Ale dokładnie w czas rozpoczęcia zajęć pojawia się elfoznawca. Na początek kasuje nas za wejście do koszmarnie kiczowatej graciarni z piramidami pudeł po bananach, wypełnionych książkami; regałami zastawionymi księgami w pozłacanych oprawach i jarmarcznymi bibelotami.
Wreszcie opowieść się rozpoczyna. O ludziach, którzy spotkali ludzi z ... innego wymiaru. Znaczy potomstwo tych, których pramatka Ewa ukryła przed okiem Boga i Bóg zadecydował, że pozostaną ukryci. Aha. Dalej ciągną się opowieści o "niewidzialnych przyjaciołach", czyli takich, których widzi tylko ten jeden człowiek, który się z nimi zaprzyjaźnił. Aha. Ja wysłałabym ich do dr Jolanty, bo dobry z niej psychiatra. Z powodzeniem leczy psychozy, fugi i inne modne obsuwy umysłu. Co ważne - wszystko jest objęte tajemnicą lekarska, a nasz elfoznawca nagrywa ludzi, który mieli bliskie "spotkania III stopnia". Umawia się z młodą Amerykanką, która zwierza się, że widziała konia, którego nikt nie widział....
Markus, co i rusz łypie na mnie, jakby mniemał, że śmiać mi się z chce z tej całej jego antropologii. Dla wykazania się wiarą i szczerym zainteresowaniem mówię, że ja też znam się na krasnalach, byłam niedawno w Europejskiej Stolicy Kultury i nawet zrobiłam kilka zdjęć. Markus się rozpromienia. Widziałam? Będę świadkiem! Muszę mu to wszystko opowiedzieć do kamery. Tłumaczę, że to takie malutkie rzeźby we Wrocławiu. On, że przecież skądś się pomysł na nie wziął. Próbuję opowiedzieć o majorze Frydrychu, chociaż nawet po polsku nie potrafiłabym zdefiniować pomarańczowej alternatywy. Lidka przychodzi mi na ratunek, autorytatywnie stwierdzając, że jutro nie mamy czasu na żadne nieplanowane spotkania. Ani następnego dnia, a potem wylatujemy.
Właśnie wysłałam mojemu nowemu islandzkiemu przyjacielowi link do krasnalów wrocławskich i do fabryki krasnalów kiczowatych. Teraz sobie myślę, że elfy i krasnale nie są osobliwością, gdy opisuje się je cyfrowo, lecąc wielotonową machiną - przecież to magia.

czwartek, 21 stycznia 2016

powyżej, czyli Islandia

Będę oglądać prawdziwą aurorę, dr Pokrzycka zabiera mnie do Islandii, chociaż uczciwie mówiąc WSPA wysyła mnie Erasmusem. Tak mi się przypomniało, akurat w Dzień Babci, gdy oglądałam


Antypody
Australia - Islandia
Antarktyda - Arktyka
Paragwaj - Tajwan
Formoza - Formosa

Z Australii przywiozłam broszurkę zatytułowaną "Masz prawo do wnuków!". Z roku na rok, rozczula mnie co raz bardziej, ale nie robię sobie nadziei. Zwłaszcza obiecanką "500 na dziecko". Gdyby demografia zależała od takich zasiłków - w bogatej Australii dawaliby po 500 albo i 1000 dolarów. Jednak próbują zwabić imigrantów na swoje bezludzie.
I taka jestem ciekawa, jak kwestię niewielkiej populacji rozwiązują na antypodach Australii, w Islandii? To państwo ma powierzchnię cztery razy większą niż województwo lubelskie, a ludności siedem razy mniej. Dr Pokrzycka napisała  książkę o systemie medialnym  Islandii... Tacy oni są, ci naukowcy - coś ich zaciekawi i myślą, że powinno być przedmiotem fascynacji powszechnej. W innej uczelni, inna moja koleżanka zalecała swoim studentom czytanie Beowulfa w oryginale, bo to świetna praskandynawska opowieść.
A mnie współczesność skandynawska interesuje, niekoniecznie z mrocznych opowieści. Niemniej pisarze może mi coś podpowiedzą. Skoro Bill Bryson napisał Down Under - to powinien też napisać Up Above. Sprawdziłam. Są Zapiski z małej wyspy. Ucieszyłam się. Niepotrzebnie, bo nie chodziło o Islandię, tylko o Brytanię, Wielką Brytanię. Mój domowy anglista autorytatywnie stwierdził, że nie może być takiej książki, bo nie mówi się up above, to byłoby jakieś kreatywne i nieuprawnione użycie języka.
Sprawdziłam. Paul Bowles, jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy XX w. napisał Up Above the World - Ponad światem. O turystach w obcej kulturze i własnej duszy. Jednak miejsce, w którym turyści się znajdują to nie są antypody Terra Australis, lub jak wolał Bryson - Down Under. To może być raczej argentyńska Formosa. Zatem tytuł Up Above jest niewykorzystany! I świetnie nadaje się do zapisków z Islandii!