poniedziałek, 29 grudnia 2014

atrakcja turystyczna

Niech przestaną śpiewać, on cały czas filmuje i pewnie wszystko od razu wrzuca na swojego fejsbuka - martwiła się koleżanka. - Ile tam ich jest w tym kraju? Ćwierć miliarda? To teraz pewnie z 1000 ludzi się z nas śmieje! I tak stałyśmy się atrakcją turystyczną, jak jakiś
ósmy cud świata


piramida Cheopsa,
ogrody Semiramidy,
Świątynia Artemidy,
Posąg Zeusa,
Mauzoleum w Halikarnasie,
Kolos Rodyjski,
Latarnia w Faros


Chciałabym zwiedzać egzotyczne miejsca - stanąć pod Ścianą Płaczu, dotknąć ścian świątyni w Petrze, zrywać kawę na Jawie. Chciałabym przechadzać się po Waranasi i pójść obok muzułmanów w pielgrzymce. Ale nie mogłabym. Bo zniknąłby cały urok tych miejsc. Dlatego syn sprezentował mi na Gwiazdkę spotkanie z Dalekim Wschodem: zaprosił chłopaka z Indonezji. Nasz gość ma na imię Zulfikar, co oznacza jeden ze świętych symboli islamu. Żebym mogła lepiej poznać odległą kulturę, syn wyjechał na narty, pozostawiając Zulfikara do mojej dyspozycji.
Lublin był tylko dwudniowym przystankiem w jego podróży po Europie i jedynym miastem w Polsce, które zobaczył. Pierwszy raz w życiu zobaczył u nas śnieg i bożonarodzeniową szopkę. Ugościła go również uczennica klasy z międzynarodową maturą, a potem absolwentka uczelni w Edynburgu i jej węgierski narzeczony. Pierwszą dobę w Polsce zakończył na imprezie w Centrum Kultury bez problemu porozumiewając się z rówieśnikami po angielsku.
Drugą dobę zaczął od zwiedzania Lublina, a nawet poprosił, żeby go zostawić w mieście, bo chciałby sobie sam pospacerować i wrócić autobusem na spotkanie z moimi znajomymi, w większości nauczycielami angielskiego. Uprzedziłam go, że mimo wspólnego języka nie może specjalnie liczyć na rozmowy, nauczyciele (podobnie jak lekarze, którzy też mnie tego wieczoru odwiedzili) lubią mówić. Zatem na naszych spotkaniach jest jak w audycjach tv: wszyscy mówią jednocześnie. Tym razem, z okazji świąt także śpiewali. Kolędy, piosenki biesiadne i szlagiery filmowe. Od czasu do czasu, któryś z gości zbawiał Indonezyjczyka standardowym zestawem pytań o jego kraj.
Jego kraj ma złotego orła w herbie i flagę czerwono-białą, mamy też takie same telefony i knajpy. Kiedy rano odwoziłam mojego gościa do samochodu, który miał go zabrać do Berlina, zapewniał, że Lublin jest najpiękniejszym miastem w Europie (a widział wcześniej Paryż i Pragę). Upewnił się jeszcze raz, czy na pewno nie mam służby. I jeszcze raz zdziwił się, że i ja i moi znajomi jeździmy samochodami. Nie, że mamy samochody, tylko, że sami je prowadzimy. Bo u niego, większość posiadaczy samochodów - posiada również kierowcę. I jak zrozumiałam, posiadanie domu zobowiązuje do posiadania służby. I te braki zadziwiły go chyba bardziej, niż nasze śpiewy obok melodii. Nie filmował jednak, gdy sprzątałam po imprezie, ani gdy go woziłam. Zatem zawstydzające sytuacje nie zostały uwiecznione.
A ja jako atrakcja turystyczna wciąż sobie myślę - my, Europejczycy nie czujemy żadnego skrępowania w fotografowaniu intymnych momentów w życiu obcych.

środa, 24 grudnia 2014

cudne święta

Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski
Tego roku stara piosenka nabrała nowego znaczenia: 11 stopni Celsjusza przed Wigilią! Nowe były również pieśni adwentowe: w moim kościele na przykład - dzieci śpiewały o św. Teresie od Dzieciątka Jezus w rytmie flamenco. O Ojcach Białych Misjonarzach Afryki, stacjonujących w mojej parafii - nie wspomnę. Bo jak tu wspominać o Dzieciątku i Jego Matce o negroidalnych rysach...
Tradycyjnie zrzędy marudziły na przedświąteczny rozgardiasz, korki na ulicach, tłok w sklepach i depresyjny nastrój. Tradycyjnie entuzjaści zachwycali się świątecznym wystrojem, ulicami pełnymi niezłych samochodów i handlem oferującym szeroką ofertę prezentów. Tradycyjnie ich przekonania stały się samospełniającymi się przepowiedniami.
Dla mnie święta zawsze są cudowne. Wciąż mogę czuć się dzieckiem, bo przy wigilijnym stole siadam z rodzicami. Bo przestał terroryzować mnie karp czekający na oprawienie - mam pewność, że gdybym tylko chciała, mogę o pomoc poprosić mężczyznę mojego życia. A w tym roku zadzwoniła do mnie przyjaciółka, z którą straciłam kontakt po podstawówce! Gdy byłyśmy dziećmi cudownie śpiewała o Dżordżinie, żyjącej pięknie w pięknym miejscu. Moja dawna przyjaciółka wciąż ma piękny głos i znów zaśpiewała dla mnie z całą swoją rodziną.
Cudownie jest świętować i cieszyć się każdym dniem. Tego Wam życzę.
 

środa, 17 grudnia 2014

granice ekumenizmu

Są takie dni, gdy nic się nie dzieje. Mijają niezapamiętane, bez śladu, jakby nie istniały: 12 XII 1981; 10 IX 2001; 9 IV 2010... Ale z następnego dnia pamięta się godzinę po godzinie. Chociaż niewiele z tego wynika i niewiele zmienia
wierzący - wierzą,
modlący - modlą się,
wątpiący - wątpią,
publicyści - publikują
politycy - politykują,
wojacy - wojują,
szpiedzy - szpiegują,
terroryści - terroryzują

Po 11 września Oriana Fallaci wzywała: To jest wojna, obudźcie się! Czy nie widzicie, że tacy ludzie jak Osama ben Laden chcą nas zniszczyć? Że czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci, tylko dlatego że pijecie wino lub piwo, chodzicie do teatru lub kina, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, kochacie się kiedy chcecie, gdzie chcecie i z kim chcecie? Nawet to was nie obchodzi, idioci? Polemizował z nią Tiziano Terzani, również bardzo znany i uznany publicysta, również Włoch z Florencji. W "Listach przeciwko wojnie"  pisał, że tylko dialog i jeszcze większe otwarcie na cywilizację islamską pozwolą uniknąć globalnego konfliktu. Że groźby USA nie przerażają islamistów, lecz tylko ich konsolidują.
I cóż na to my - ludzie? Zdeptaliśmy Ziemię, skaziliśmy rzeki i jeziora, wycięliśmy całe połacie lasów i zmieniliśmy w piekło życie zwierząt, z wyjątkiem tych niewielu, które nazywamy przyjaciółmi i które rozpieszczamy dopóty, dopóki służą nam jako namiastka towarzystwa ludzi. Jednego dnia siedząc w miękkim fotelu przed ekranem oburzamy się na tych złych, osławionych w raporcie na temat aresztów dla wojowników świętej wojny. Rozczulamy się nad terrorystami, czy ich przesłuchania nie bolą, chociaż oni marzą o męczeńskiej śmierci, zapewniającej im wstęp do raju. Następnego dnia rozczulamy się nad ofiarami terrorystów, zabitymi ot tak, dla kaprysu w australijskiej kawiarni lub pakistańskiej szkole.
Jak mówił Edmund Burke – irlandzki filozof i polityk sprzed wieków: wszystko czego trzeba by zło zatryumfowało - to bierność dobrych. Dobrzy ludzie patrzyli, jak męczeńską śmiercią umiera inny dobry człowiek, któremu dla przyzwoitości zostawiono przepaskę biodrową. Dobrzy ludzie od czasu do czasu palą domy innych dobrych ludzi. To po prostu wojna. Element historii. Dobrzy ludzie bywają kłamcami, okrutnikami, grabieżcami. Ale złe jest to, że innych dobrych ludzi zmieniają na swoje podobieństwo.
Tymczasem ja siedzę sobie biernie w fotelu. W nawet najkrótsze i najciemniejsze dni Adwentu, wierzę, że dni znów będą coraz dłuższe i słońce będzie błyszczeć wysoko na niebie, a źli ludzie daleko.

czwartek, 11 grudnia 2014

legenda grudniowej nocy

Liturgiczny obchód ku czci św. Łucji przypada na  13 dzień grudnia i ma rangę wspomnienia obowiązkowego. Natomiast ciemny lud wierzył, że na świętą Łucę noc się ze dniem tłuce, a w ciemności czarownice szczerzą się sprośnie na sabatach.

legenda loretańska
legenda lubelska
legenda Łucji

legenda Vlada Tepesa
Протоколы Сионские
legenda reptalian

ślepe wrony

Apokryficzny żywot św. Łucji to jedna z tych historii prowadzących do ambiwalencji uczuć. Jak legenda o przeniesieniu domku z Nazaretu do Loreto; jak protokoły mędrców syjonu napisane przez carską ochranę dla ogłupienia ciemnego ludu; jak dramat rumuńskiego bohatera Vlada Tepesa, któremu handlarze i pisarze dorobili wampirzą gębę; jak legenda lubelskiego koziołka, który własnym mlekiem wykarmił sierotki. Łucja przedstawiana jest jako dziewica-męczennica, która na torturach sama sobie oczy wyłupiła, żeby nie trudzić oprawców. Wcześniej porzuciła narzeczonego, żeby nie trudzić go ożenkiem.
Barwne procesje ku jej czci najbardziej znane są ze Szwecji. Cóż, że ze Szwecji? To, że jest to kraj protestancki, a protestanci nie uznają kultu świętych. Ponadto w grudniową, najdłuższą w całym roku, a więc chłodną noc - dziewczęta przechadzają się w białych koszulach i wiankach ze świeczkami. Pewnym wyjaśnieniem owej popularności obchodów na cześć Łucji, może być to, że są częścią przedświątecznej strategii marketingowej.  I mało kto już pewnie pamięta, że jej wstawiennictwo pomaga ociemniałym i chorym na oczy.  A także tym, którzy potrzebują dobrego wzroku w pracy, czyli pisarczykom wszelkiej maści. Malarze przedstawiali ją jako kobietę z oczami na tacy. Naprawdę - to robi wrażenie, jak to się mówi - nie do opisania .
Jeszcze większe wrażenie robi legenda grudniowej nocy. Pokazuje, że żonglując informacjami można oświecić ciemny lud ekscytującą teorią. Na przykład taką: Jest imię Łucja, które (podobnie jak Lucyfer) pochodzi od światła. Jest święto Łucji w najdłuższą noc roku, gdy mroczne siły zmagają się ze światłością.  Jest herb ślepowron. Jest generał pieczętujący herbem ślepowron. I ten generał jest chory na oczy, jest więc św. Łucja jego patronką, jest więc oczywistą oczywistością słabego w ślepiach generała, że powołuje WRON, czyli wojskową radę ocalenia narodowego. Teraz miejsce ślepego wrona zajęli reptalianie. Dobra legenda, co?
W świętą Łucę, gdy dzień się z nocą tłuce - wiele równie ciekawych teorii się słyszy.


 

sobota, 6 grudnia 2014

duch skaczący

Trudne słowo: skirotymicy. Edytor tekstu nie zna tego słowa i podkreśla na czerwono, jak podkreśliłby zirytowany belfer. Prawdziwy patriota też tak pewnie podkreślałby. A tak  psychiatra Eugeniusz Brzezicki scharakteryzował Polaków. Canetti natomiast zauważył, że narodom można przypisać symbole:
Anglicy - morze,
Holendrzy – tama,
Niemcy – las,
Francuzi – rewolucja,
Szwajcarzy – góry,
Hiszpanie – matador,
Żydzi – wędrówka
A Polacy? Skirotymicy?
Jaki symbol określa Polaka?
Może skoczek albo tancerz? Skirotymik - rozedrgany duszek ? Po grecku skirtao znaczy tańczyć, skakać, kołysać, a thymos – duch, temperament. Skirotymika charakteryzuje zatem: słomiany zapał, życie z gestem, wytrwałość w trudnych sytuacjach oraz lekkomyślność w okresach powodzenia. Można tak pomyśleć, gdy czyta się medialne nowinki i wpisy na internetowych forach. Zwłaszcza te, pełne frustracji.
Nieszczęście to nienawiść do siebie i swojego miasta. Czasami moje miasto wygląda jak obce miejsce. Ulice, które sprawiają, że człowiek czuje się tutaj jak w domu, nagle zmieniają kolory. Jakby miasto było karą, na k
tórą zasłużyłem, a ja - kolejnym odpadem na ulicy.
To nie ja - to Orhan Pamuk napisał w "Stambule". Świetna książka o miejscu, które przeminęło i trwa tylko w pamięci pisarza. Ale też o takim wewnętrznym rozedrganiu, jakie można by przypisać polskiemu duchowi.
Pamuk wspomina, że jako nastolatek chciał by on i jego miasto przynależało do Zachodu. Bo tam, to ho, ho, ho - wszystko jest lepsze, większe, nowocześniejsze. Jego świat wyglądał lepiej na obrazach, zwłaszcza na obrazach europejskich. Artyści przybywający nad Bosfor szukać ducha orientu i egzotyki - widzieli miejsce malownicze.

Czy my widzimy wokół siebie miejsca malownicze? Czy kultywujemy największą obsesję naszych czasów: określanie tożsamości. Czy można czuć dumę z tej przynależności? Z czego można być dumnym?


Lublin & Stambuł