wtorek, 5 sierpnia 2014

zrobiłam Bug

Zblazowany redaktor w studio narzekał na zamknięcie paru ulic w stolicy, a reporter z ulicy tłumaczył, że prócz  popołudniowego etapu Tour de Pologne, przed południem pościgają się kolarze-amatorzy. Sama chciałabym śmignąć jak Petr Vakoc, ale odstręcza mnie myśl o tym tłumie borderline skłonnym do:           

wiecznych fochów
działań impulsywnych
reagowania gniewem
słomianego zapału
kapryśnego nastroju
chwiejnych związków
wewnętrznej pustki
braku celu
nieznajomości siebie

Ta „osobowość z pogranicza” dostrzeżona przez Roberta Knighta w połowie XX wieku, zgrabnie połączyła ludzi z zaburzeniami psychotycznymi i zaburzeniami neurotycznymi.  Neurotyczna osobowość naszych czasów wynaleziona przez Karen Horney musiała ustąpić miejsca schizom i fake'om. Wypada deklarować nieoglądanie TV i wyłączanie FB, ale też wypada mieć "fejkowe", czyli z angielska podrobione konto na portalu społecznościowym. Z tej pozycji można gardzić światem  i krytykować. Jak celebryta publicznie narzekający na ... na wszystko.  Na zajmowanie stolicznych ulic przez amatorów kolarstwa, jak również na zajmowanie uroków prowincji przez amatorów pośledniego grilla.
Podobno gruba celebrytka pokrzykująca w TV wulgaryzmy, przyjechała nad Jezioro Białe i wytrząsała się nad jakością jadła i napojów. I ja tam byłam tam. Rewelacja! To musi być dobre, skoro tłum ludzi chce tam być. Na poboczach i na jezdni morze samochodów; na chodnikach grubi i chudzi; bosochodzący panowie i panie w spilkach; faceci w czarnych skarpetach i babeczki w bikini. Jedzenie musi być pyszne, skoro ludzie czekają godzinę na zapiekankę. W cenie - muzyka w nieograniczonej ilości decybeli. Do tego widok plaży z pryczkami jak na Rivierze, widok jeziora z motorówkami ciągnącymi banany; do tego automatyczne gry i zabawy. Nic dziwnego, że wszystkie stoliki zajęte. Prócz jednego.
Wolny stolik wydawał się najlepszym miejscem. W cieniu, z dala od głośników i barmanki wykrzykującej numery zamówień. Rozsiadłam się. Na wprost kłębił się tłum przy dystrybutorze piwa i dzieci na plaży. Przy stolikach obok wszyscy pogrążeni w telefonicznych konwersacjach, po drugiej stronie piekli się na słońcu amatorzy kometki. Już miałam wyciągnąć papierosy i zamówić piwo, gdy nagły impuls kazał mi spojrzeć w tył. Zobaczyłam stolik przykryty białym obrusem, na którym stała figurka Madonny. Obok pasyjka i kielich mszalny. A gdy bardziej odwróciłam głowę, zorientowałam się, że siedzę plecy w plecy z księdzem. A tłumek pobożnych patrzy na mnie z niejaką odrazą.
Ha! Znów na granicy. Tym razem na granicy sacrum i profanum. Signum temporis - znak czasu: borderline to ja. Ale nie! Nie będę kaprysić, krytykować, narzekać. Wsiadłam na rower i postanowiłam "zrobić Bug trzech granic". Tak się mówi w wakacje: zrobić Włochy, albo Chorwację, albo Grecję zrobić. Żeby "naładować akumulatory" - też się tak mówi, tak. Koniecznie z "tak", uwieszonym na końcu zdania, tak. Rajmund też lubi ładować akumulatory w rozentuzjazmowanym tłumie wczasowiczów, ale poczuł w sobie osobowość pogranicza.
I pojechaliśmy. Wzdłuż Bugu... dałby Bóg, żeby buk przepłynął przez Bug... albo żeby kajakiem pływać sobie od brzegu do brzegu i nie myśleć: tu się kończy Europa, a tam dalej wojna.