wtorek, 18 listopada 2014

leśne dziadki

Jesienią nachodzą mnie nastroje dekadenckie. Może nawet modne borderline? Bo żyję na granicy wsi i miasta, jestem przestawionym mańkutem, uczyłam się pisać stalówką a piszę wordem? Osobowość graniczna to jednak ciężki temat - z lżejszych tematów są jeszcze:




satyry

oligarchowie
heloci
agora
elekcja
ordynacja
Metoda d’Hondta
Metoda Saint-Lague
Metoda Hare-Niemeyera

vote or die

W mediach spowszedniały "szok i dramat" zastąpiło larum w sprawie "leśnych dziadków", co to nie potrafili zdigitalizować wyborów. Żurnaliści przekonują, że jeśli w 48 osiem godzin nie ma wyników głosowania, to demokracja jest zagrożona. No chyba ta demokracja kończy się na granicy mojej gminy. Wynik znam - wiem, że będzie dogrywka. Nie wiem do jakich partii kandydaci należą, bo obydwoje mają własne komitety. W myśl zasady: nie palcie komitetów - zakładajcie własne. Za granicą, czyli w Lublinie sytuacja lekko schizofreniczna, bo jak wygrała jedna partia, a dotychczasowy prezydent z 60 procentową przewagą pokonał konkurenta z wygrywającej partii.
Oto signum temporis: zbyt szybkie zmiany rzeczywistości. Dziadkowie przeżywali elektryfikacje; dzieci - wprowadzenie telewizji; wnuki - technologie mobilne. Już nikt nie rachuje na liczydłach, a jeszcze niewielu potrafi używać arkuszy kalkulacyjnych. Ja jestem wiernym wyznawcą Excela, chociaż potrafię napisać tylko nędzne formuły. Stare księgowe szybciej liczyły na liczydłach. Wstydzę się tego. I wyznam z zażenowaniem, że nie bardzo też potrafię pojąć metody liczenia wyborczych głosów. Czytam, różnica  polega na tym, że zamiast kolejnych liczb naturalnych, dzielnikami są liczby nieparzyste, z wyjątkiem pierwszego, który wynosi 1,4. Formuła Saint-Lague w mniejszym stopniu niż d’Hondta preferuje najsilniejsze partie. Zazdroszczę tym, którzy potrafią to przełożyć na komputerowy algorytm. I tych, którzy krytykują programistów, bo w dzień po wyborach w godzinę odkryli straszne luki w systemie. Brawo! Czemu nie odkryli ich wcześniej?
Czemu nie było zaangażowania na wzór kampanii amerykańskich raperów, których celem było zachęcenie młodych ludzi do wzięcia udziału w głosowaniu? Tam nosili koszulki z napisem VOTE OR DIE. U nas celebryci noszą tylko pogardę dla frajerów, co opłacają im podróże do fajnych miejsc. I wychodzi na to, że mamy demokrację według najlepszych zasad starożytności: prawa mają oligarchowie - reszta ma tylko obowiązki. Jak w dawnej Sparcie, gdzie najliczniejszą grupą byli Heloci - własność państwowa. Od niewolników różnili się tym, że nie wolno ich było sprzedawać i zabijać.  I też pewnie półgębkiem wyśmiewali "leśnych dziadków", czyli satyrów.