czwartek, 8 sierpnia 2013

synantropizacja


Żyjemy w zcertyfikowanych czasach. Wciąż trzeba się uczyć, doskonalić, podnosić kwalifikacje i wszystko dokumentować certyfikatami i studiować 

carving - rzeźba w owocu
carving – jazda na nartach
carvin - testy gitar
Carvin - Museum
Karwia - wieś nadbałtycka
Karwia - strumyk pomorski
karwia - sykomora, z której owoców nie da się rzeźbić
o Qrwa! - wołacz, wołamy O!

Potrzebny jest dziś certyfikat na wszystko:  na bycie wykształconym. Na bycie religijnym. Na bycie kierowcą. Nawet na oprysk bluszczyka kurdybanka trzeba mieć certyfikat. A ja zostałam zaproszona do zdobycia certyfikatu ze sztuki carvingu.
Ach! od razu przypomniał mi się mój pierwszy i niezamierzony zjazd czarną trasą. Odwróciłam spojrzenie od ostrzeżenia Achtung! die Kurve! Pomknęłam po szlaku... i wbiłam się w śnieg. Leżałam, stojąc przytulona do stromego stoku, który właśnie się skończył. Aż przyjechał kochany Krzyś i powiedział: na carvingach można się zesuwać także do tyłu. Przeżyłam i do dziś myślałam, że to wystarczy. Jenak nie! Trzeba się doskonalić w carvingu. Ale w 35stopniowym upale?!
Przetarłam oczy metaforycznie i okulary - faktycznie. Czytam. Akademia smaku oferuje kurs carvingu. Ani słowa o nartach. Ani słowa o nadbałtyckiej Karwi, ani o karwi owocującej figami. Akademia rzeźbi figę z makiem i marchewkę z pasternakiem! Pobiegłam do ogródka znaleźć jakieś warzywo. Żółw ze swego zakątka popatrzył sceptycznie. Rzeczywiście - mamy tylko pomidorki koktajlowe - jeszcze zielone. Wracam więc do kuchni. Przeskakuję kopiec kreta usypany przed wejściem. Spycham ze schodów winniczka, ale za progiem przechadza się już pomrów. Skąd one wiedzą, że wśród ludzi nastała moda na odzwierzęce odmładzanie?! Modnie jest brać ślimaki na twarz, ptasie odchody na biust i rybki na stopy. Taka synantropizacja.
W kuchni już podskakuje żaba. Ropucha! Ona patrzy na mnie i wie, że babcia straszyła ropuchowym jadem wypalającym w oczy. Biorę packę na muchy, a gad drwiąco się przygląda i chowa się za lodówką. Wołam więc męża. Mąż też drwi, że ropuch sam się wykarmi muchami i komarami. Wypędza jednak ropucha - może to przecież być zaczarowany książę, a po co nam taki za lodówką? Nam potrzebna gorzka rzeżucha i rzodkiewka do rzeźbienia/carvingu. Synantropizacji mówimy stanowczo: nie!
PS.
Jak dodaje mój ulubiony nieznajomy: 
żaba (albo ropucha) to PŁAZ, a nie gad! No i żaby, to nie ropuchy, odwrotnie też nie ... ale to można wybaczyć, bo trzeba być przynajmniej herpetologiem albo i nawet batrachologiem, żeby jedne od drugich rozróżnić.
Na babski rozum:  jak brzydkie to ropucha, jak sympatyczne: to żabka!
po napisaniu - PS
Bogdan, dziękuję za uwagę. Cenną, jak zwykle.