poniedziałek, 17 marca 2014

raj utracony

Każdy wierzy, że kiedy umrze pójdzie do nieba. Każdy wierzy, że gdyby mógł zabić drugiego, jego droga do raju byłaby jeszcze szybsza. Urojony „następny świat” stoi dla nich otworem

Uluru
Ararat
Synaj
Aborygeni
Kurdowie
Ormianie
Szerpowie
no logo

Uluru. Tak nazywają swoją świętą górę Aborygeni. Odkrywcy nie wiedzieli o istnieniu góry, bo ziemię wokół niej ustanowili więzieniem dla bandytów i prostytutek. Jak foki, czy inną zwierzynę chcieli wytłuc tubylców. Zabierali im potomstwo, aby je udomowić i hodować w swoich gospodarstwach.
Decydowali też, które dziecko z ich krwi może dorastać przy matce, a które trzeba oderwać od matczynej piersi. Bo była to pierś kurewska lub zbeszczeszczona inaczej. Dzikusom i kobietom sprofanowanym nie przyznawali statusu człowieka i nie umieszczali ich w spisach ludności. Dumni przybysze przekroczyli pustynie i góry błękitne. Zobaczyli wreszcie monolit mieniący się barwami dnia. Nie zauważyli nikogo godnego, aby zadać mu pytanie o imię góry. Sami nadali jej nazwisko pierwszego spośród swojego grona.
Sobie zaś nadali miano narodu, a rozległe więzienie nazwali państwem. Nadal uznawali nad sobą berło królowej zza morza. Pod koniec ubiegłego wieku uznali jednak, że Aborygen też człowiek i podobnie jak kobieta może stanowić o sobie i swoim potomstwie. Mówi się też, że prostaccy kolorowi mogą być zrównani z białymi dżentelmenami. Jeśli chodzi o górę, to może ją oglądać każdy, kto za to zapłaci.
Ararat. Ağrı dağı. Арарат. Święta góra wielu nacji. Żywa legenda od tysiącleci. Zakładająca niedługo po świcie woal z mgieł i chmur. Kiedyś była wulkanem. Wyspą za morzem skrywającym Kapadocję. Schronieniem dla każdego, zwłaszcza dla dusz opuszczających ciała i odchodzących na niebiańskie pastwiska. A dusz spod jej podnóży wyruszało na szczyt wiele, opuszczając ciała w pogromach i czystkach. Politycznie niepoprawnie jest pytać, o co oni tam właściwie się bili ci Ormianie, Kurdowie, Turcy i Rosjanie.
Biały dżentelmen jest ponadto. Powinien kupić bilet, wynająć tragarzy i przewodników, którzy siecią ścieżek pozostawionych przez przemytników zawiodą na szczyt. A nawet mogą wskazać najbardziej prawdopodobne miejsca drzazg z arki Noego. I zaproponują dodatkowo spacerek na Nemrut. Tam lepiej widać jak potężnieją i upadają cywilizacje.
Synaj. Święta góra trzech religii. Gdzieś na jej zboczu przy płonącym krzewie Mojżesz usłyszał: "oddacie cześć Bogu na tej górze". Święta księga wspomina o oddawaniu stosownych hołdów. Jak również o tym, że wyznawcy wciąż o coś tłukli się z obcymi. Biały dżentelmen czyta z niesmakiem karty historii i internetowe wydania gazet. O co chodzi tym... i tamtym.... Wszak obcy niczym się nie różnią. Między sobą się nie różnią, bo gdzie im tam do dżentelmena, który wzrósł z kultury sięgającej korzeniami do świętej góry Olimp i świętej góry Horeb. O! pardon, Horeb jest utożsamiany z górą Synaj właśnie. A wokół niej wciąż kręcą się ci faceci w sandałach i ręcznikach na głowie. A przecież człowiek cywilizowany, gdy już kupi sobie bilet na tramping po świętej górze, ubiera się stosownie do okoliczności.
Ile to trzeba powtarzać  te dowcipy o blondynkach, chodzących po górach jak jacyś prości szerpowie w Himalajach - w marnych butach na cienkich podeszwach? Są znane odzieżowe marki i trzeba korzystać z ich osiągnięć. "No logo" to znak dobry na końcu świata. W sercu cywilizacji, jakim jest święta góra, trzeba nosić buty modelujące pośladki i bieliznę oddychającą nawet wtedy, gdy właściciel padnie. Dżentelmen to rozumie. Nie rozumie jednak tych wszystkich tragarzy, wojowników, przekupniów kręcących się wokół sacrum. Ci bez stylu powinni znać swoje miejsce, nieprawdaż?
Na świętej górze myśli rozpływają się w błękicie.  Mały rozumek nie pojmuje życia w którym utkwił szczyt. Dostrzega tylko zarys przejścia między światami.