piątek, 14 czerwca 2013

La Dolce Vita


Procedury check in
Couchsurfing;  

Nordic Walking;
Tramping;

Trekking;
Last minute;
First minute;
All inclusive;

Fundusz Wczasów Pracowniczych;
kanikuła

 
Lataj tanio! Tak się reklamują tanie linie lotnicze. A potem upadają. Właściwie to linie cienko przędą, a upadają biura podróży. I wszyscy są zdumieni: dlaczego? Przecież złapali ofertę all inclusive. To było last minute (lub first minute) z czekowaniem przez telefon, prawie za free. Nie żaden tam couchsurfing z trekingiem, trampingiem i nordic walkingiem. Bo jak człowiek postawi pełną kropkę nad "i" weźmie życie w swoje ręce, to daje z siebie wszystko na sto procent. I potrzebuje zresetować się i naładować akumulatory. Dość ma już tego swojego blokowiska (o! pardon: luksusowego apartamentowiska) i musi zażyć kanikuły. Wyjechać do hotelowiska w znanym kurorcie. Zamieścić słit focię w necie: on w kadrze wertykalnie i centralnie z kolorowym drineczkiem. W tle horyzontalnie: po lewej tyraliera betonowych pensjonatów/drapaczy nieba - po prawej; złoty piasek zasłany ludzkimi ciałami i wściekły błękit fal.
La Dolce Vita, jak to mówią w słonecznej Italii.
Zazdrość przeze mnie przemawia? Oczywiście. Bo co to ja mam z tego życia? Wstaję o brzasku budzona narzekaniami mojego ślepego i głuchego psa z minimalnym niedowładem. Potem dołącza jazgot mojego drugiego psa, który wszystko chce zobaczyć i usłyszeć. To idziemy do żółwia, który z terrarium przeniósł się do swojej letniej rezydencji uformowanej w namiastkę ogrodu zen. I kiedy mamy się zachwycić unikalną żółtą różą pnącą po trejażu, słyszę: dzień dobry. No nie! Nad wierzchołkami tujek przy płocie unosi się muskularny mężczyzna!
Krople rosy na pąku róż od razu nabierają jakiegoś kiczowatego blichtru. Celuję więc obiektywem w dekarza biegającego po dachu sąsiada. Ale drugi wydaje się bardziej malowniczy. O! Wypisz wymaluj skrzypek na dachu. Tyle, że zanim przyjdzie dzień, siedzi sobie na kominie i ćmi papieroska, a skrzypce leżą gdzieś w futerale. W tle chłodny błękit. Cudnie. Aż aparat fotograficzny i ja sama popadam w dygot... Nie, zaraz. Powinien przebiegać dreszcz. Tak: dreszcz po mnie, a po psach skowyt. Tymczasem trzęsiemy się jak tymbaliki, a psy jeżąc się i ujadając mkną do furtki.
Acha. Zapomniałam, że od frontu mam teraz malowniczą rozpadlinę. Nie jest to wielki kanion, ale można podziwiać fantastyczną strukturę gleby. Jezdnia zapadła się nieco po ulewie. W poczuciu obywatelskiego obowiązku powiadomiłam gminny samorząd, że droga gimbusa jest zagrożona. Przyjechali fachowcy. Wycieli kawał nawierzchni. Poszła ulewa. Less wartko popłynął spod asfaltu. Zadzwoniłam. Przyjechali fachowcy - postawili kolorowe pachołki. Poszła ulewa. Odpłynęła pospółka. Zadzwoniłam. Fachowcy ogrodzili dziurę płotem na 3 metry wysokim. Ale czad! Cała wieś musi teraz nadkładać po parę kilometrów, żeby dojechać do domów.
Dziś fachowcy ruszyli z ciężkim sprzętem: ciężarówy, koparki na gąsienicach i oczywiście młoty pneumatyczne! Dygoce od ich pracy wszystko...
Oj, ucichło. Muszę zadzwonić do gminy. Co za ekscytacja.
Post scriptum
Ludzie majątek płacą, żeby wyjechać na urlop i przeżyć przygodę. Ja mam atrakcje za darmo.