wtorek, 9 kwietnia 2013

... I Julia


Myślę o niej, kiedy zbliża się weekend majowy. Może by jak ona, ubożuchna łemkini/łemka, przejść po bieszczadzkich ścieżkach?
Nie widzieć
krwawych kleksów w newsach i glamurowych celebrytów?
Nie słyszeć,
co jeden naród ma drugiemu do zarzucenia?
Nie mówić,
że powszechna komunikacja wcale nie zbliża ludzi?

 

Dziś, gdy granice państw przekracza się łatwiej niż kiedykolwiek, jedyną barierą dzielącą ludzi pozostaje brak możliwości porozumiewania się. A przecież dostępność nauki języków jest fundamentem nowoczesnej edukacji. Computer, Ipad, smartphone nie mają polskiego tłumaczenia, ale nie są to obce słowa. Przed wiekiem nie było powszechnych szkół, żeby uczyć się języków. Nie było dróg, żeby beztrosko podróżować. A ją, Julię, miłość prowadziła. Z bieszczadzkiej wsi przeszła piechotą do Gdańska. Odczekała kilka tygodni na statek i popłynęła do Ameryki. Bo tam czekał wierny mąż. I tam ona, niepiśmienna kobiecina urodziła synka Ondrejka. Świat poznał go pod nazwiskiem Andy Warhol.