czwartek, 1 października 2026

Sycylia bez blichtru

Na początku września spędziłam tydzień na Sycylii – wyspie, gdzie historia nie jest zamknięta w podręcznikach, ale miesza się ze współczesną codziennością, a afrykański wiatr bez przerwy smaga wybrzeże

Birgi, Sycylia

Sycylijskie lwy

Zima lwów

Rodzina Florio

Trapani

Favignana

Marsala

Agrigimento

Zamknięte uzdrowisko i refleksja nad wiecznością

Nasza podróż zaprowadziła nas do groty świętego Kalogera. Miejsce to, wraz z sąsiadującymi jaskiniami, słynęło już w starożytności z buchających z wnętrza ziemi siarkowych oparów. To tutaj święty miał uwalniać chorych od cierpień ciała i ducha. Niestety, współczesne termy zastaliśmy zamknięte, więc obiecane uzdrowienie musiało nas ominąć.
Wizyta ta stała się jednak pretekstem do ironicznej refleksji nad ludzkimi ambicjami. Gdyby opisać to miejsce dzisiejszym, klikbajtowym nagłówkiem, brzmiałby on:
„300-pokojowy hotel na szczycie zamknięty! Od lat 50. betonowy potwór spogląda pustymi oknami na bezkres morskiego horyzontu. Cudowne siarkowe opary nie uleczą już podagry ani artretyzmu!”
Wygląda na to, że wielkie pieniądze poszły za marzeniami, a biznesplan po prostu nie uwzględnił protestów ekologów. Zobaczyliśmy na własne oczy, że nie każdy cel uświęca środki i nie każda droga prowadzi na szczyt.
Niedaleko spoglądaliśmy na kolejne starożytne ruiny. Moją szczególną uwagę – i czułe rozczulenie – przykuł widok urny ze spalonymi zwłokami, wystawionej na widok publiczny ku uciesze turystów. Mój Boże! Współcześni ludzie wydają fortunę na „konto wieczności”, inwestując w marmurowe grobowce, a za dwa czy trzy tysiące lat przyjdzie jakiś historyk, by bezceremonialnie grzebać w ich kościach... Czy w obliczu tej perspektywy nie lepiej po prostu trwonić ciężko zarobione pieniądze na wylegiwanie się na dzikich plażach?
Drogi, warownie i włoska gościnność
Strada deformata – to znak ostrzegawczy, który podczas podróży widywaliśmy najczęściej. Wyboiste, dziurawe drogi mocno utrudniały jazdę, na co patrzyliśmy – przyznaję to z lekkim zażenowaniem – z poczuciem patriotycznej wyższości. Nasze polskie drogi są jednak lepsze!
Mijaliśmy urokliwe miasteczka wzniesione na niedostępnych wzgórzach, z których roztaczał się malowniczy widok na winnice i gaje oliwne. Wciąż próbuję zrozumieć racjonalny powód, dla którego ludzie decydują się mieszkać tak wysoko. O ile wygodniej żyłoby się im w dolinach, pośród upraw, rozległych ugorów usianych panelami fotowoltaicznymi oraz miedz, na których gęsto siedzą wiatraki elektryczne. A tutejsi uparcie trwają w swoich domostwach przy wąskich, stromych uliczkach.
Rozumiem, że w wiekach średnich były to warownie wznoszone przez niewolników. Dziś na szczęście nikt już nie porywa Słowian (kuzynów moich przodków), by sprzedawać ich do ciężkich robót w mrokach średniowiecznych cywilizacji. Warto pamiętać, że to właśnie od łacińskiego określenia Słowianina (sclavus) pochodzą słowa oznaczające niewolnika w wielu językach: angielskie slave, francuskie esclave czy włoskie schiavo.
Trudy podróży w pełni rekompensowała jednak niezwykła uprzejmość i pomocność Włochów. Gdy technologia i tłumaczenie maszynowe zawiodły na stacji benzynowej w niedzielne popołudnie, miła Włoszka bez wahania poświęciła swój czas, by osobiście zatankować nasz samochód. Ja w tym czasie z reporterskiego obowiązku uwieczniłam na fotografii tutejsze ceny paliw.
Lekcja włoskiego espresso i kulinarna zagadka
Choć nie znam języka włoskiego, dzięki pomocy sztucznej inteligencji udało mi się przetłumaczyć zachwycające motto umieszczone na skromnej budce z supami, parasolami i leżakami:
„W obliczu wolności morza nie liczy się statek, ale miejsce, do którego można dotrzeć. Miejsce narodzin marzenia wartego przepłynięcia całej tej wody”.
Choć sami nie jesteśmy wielkimi fanami plażowania, te słowa głęboko zapadły nam w pamięć i z serca polecam je każdemu.
Z kolei poranek przyniósł nam niezwykle osobliwą obserwację. Prawdziwi Włosi, którzy tak rygorystycznie dbają o kulturę i poprawność picia kawy, bez mrugnięcia okiem wsypywali płatki kukurydziane bezpośrednio do cappuccino! Z kolei kiedy Rajmund poprosił o zwykłe mleko, kelnerka przyniosła je z wyraźnym opóźnieniem i niemal teatralnym zdziwieniem na twarzy.
Sztuka współczesna w sercu antyku: Agrigento i Selinunte
Kolejnym punktem na naszej mapie było starożytne greckie miasto, gdzie mit o Ikarze ożył na nowo. Ikar, jak wiemy, nie słuchał ojca i słuch po nim zaginął (co idealnie oddaje polskie przysłowie: „Kto nie słucha ojca, matki, ten się psiej skóry posłucha”). W tych antycznych dekoracjach stanęła monumentalna rzeźba Igora Mitoraja. Proroczy upadek Ikara zyskał tu nowoczesny wymiar – turyści z Azji ustawiali się w długiej kolejce, by zrobić sobie zdjęcie tuż przy jego... podbrzuszu.
Wokół ruin, w Willi Aurea na terenie Parku Archeologiczno-Krajobrazowego Doliny Świątyń w Agrigento, odkryliśmy także dzieła Fernanda Botero. Ich obecność stanowiła fascynujący, krytyczny dialog między charakterystycznymi, obłymi formami kolumbijskiego artysty a nieprzemijającymi archetypami śródziemnomorskiej kultury figuratywnej.
Następnie udaliśmy się do Selinunte – największego parku archeologicznego w Europie. Założone w VII wieku p.n.e. (około 651 r. p.n.e.) przez greckich kolonistów miasto w czasach swojej świetności było potężnym i bogatym ośrodkiem handlowym. Jego potęga skończyła się gwałtownie w 409 r. p.n.e., kiedy zostało doszczętnie zniszczone przez Kartagińczyków. Dziś, pośród tych wymownych ruin, Stefano Bombardieri poustawiał swoje rzeźby, które w genialny sposób przypominają o tym, jak krucha jest nasza cywilizacja i jak łatwo można ją obrócić wniwecz.
Smaki i tradycje Zachodu: Mazara, Marsala i Saliny Birgi
Szukając kulturowych uniesień, dotarliśmy do Mazara del Vallo. To fascynująca mieszanka kultur – bliskość Tunezji sprawia, że wpływy Magrebu są tu widoczne na każdym kroku. Popołudniowy upał był zbyt duży na spacer nadmorskim bulwarem, dlatego schronienia i upragnionego cienia szukaliśmy w starej arabskiej dzielnicy (Kasbie). Zachwycił nas tam labirynt wąskich uliczek zdobiony kolorową ceramiką i barwnymi muralami.
Podróżując po Sycylii, zaczęłam też rozważać zawiłości języka polskiego. Mamy słowo gorzelnia (od robienia gorzały), browar (miejsce produkcji piwa, które trzyma się w piwnicy) oraz sklepienie (od słowa sklep, gdzie te trunki można kupić). Nie mamy jednak jednego, dobrego słowa na miejsce, w którym robi się wino. Włoska cantina to po prostu fabryka wina. Zastanawiam się, jak z tym brakiem poradził sobie tłumacz genialnej powieści Stefanii Auci „Sycylijskie lwy” (I leoni di Sicilia). To piękna, prawdziwa historia o ubogiej, ale niezwykle pracowitej rodzinie Florio, która zbudowała potężne imperium handlowe i rozsławiła na całym świecie kultowe wino Marsala.
Zachodnie wybrzeże Sycylii to także słynne saliny Birgi, rozciągające się między Trapani a Marsalą. Tamtejsza sól morska jest nierafinowana, zbierana tradycyjnymi, ręcznymi metodami. Krajobraz regionu tworzą zabytkowe wiatraki oraz baseny solankowe, w których woda paruje pod wpływem palącego słońca i gorących, afrykańskich wiatrów. Choć jechaliśmy tam z nadzieją na spektakularny zachód słońca, dla którego zjeżdżają tu tłumy, natura podarowała nam coś innego – gwałtowną, widowiskową burzę.
Podczas wizyty na zachodzie wzbogaciłam też swój słownik o dwa kluczowe sycylijskie wyrażenia:
  • Panelle – pyszne, kwadratowe frytki z mąki z ciecierzycy.
  • Amaro – ziołowy likier, którego (jak nakazuje lokalny zwyczaj) należy stanowczo domagać się przy barze po uregulowaniu rachunku.
Birgi to również jeden z najlepszych spotów kitesurfingowych w Europie. Przyciąga rzesze Polaków – szczupłych, wysportowanych, cierpliwie czekających na wiatr, który poniesie ich w stronę wyspy Favignana. W płytkiej wodzie brodzili miejscowi oraz białe flamingi (choć nie ukrywam, że w wersji różowej prezentowałyby się znacznie ładniej).
Szybko zauważyłam też, że dla sycylijczyków wszelkie przepisy to jedynie luźne sugestie. Pękaci Włosi (którzy w literaturze bywają zazwyczaj smukli) spacerują po salinach tuż za znakiem zakazu i bez mrugnięcia oka jeżdżą samochodami po drogach oznaczonych jako nieprzejezdne. Zastanawiały mnie też cumujące przy brzegu łódki – do niczego konkretnego nie służyły, poza bezdyskusyjnym uatrakcyjnianiem fotografii.
Górskie złudzenia w rezerwacie Zingaro i finał w Trapani
Ostatnie dni przyniosły nam prawdziwą szkołę przetrwania. Podczas trekkingu czułam się, jakbym zdobywała co najmniej Rysy, choć Rajmund z właściwym sobie pragmatyzmem studził moje emocje, twierdząc, że to ledwie 100 metrów nad poziomem morza i najwyżej dwa i pół kilometra szlaku. Przewodnik solennie obiecywał najpiękniejszą plażę na wyspie, więc poszliśmy. Na miejscu okazało się, że w połowie września panują tam tłumy niczym w sierpniu i brakuje nawet miejsc stojących!
Gdy Rajmund zaproponował ucieczkę na drugą, rzekomo spokojniejszą plażę, na szlaku wywiązała się zabawna rozmowa ze spoconymi turystami. Okazało się, że są z Austrii. Rajmund zapytał z uśmiechem, dlaczego wyjechali z kraju, gdzie mają piękne góry i przyjemniejszą temperaturę. Gdy zapytali, skąd my jesteśmy, odpowiedzieliśmy, że z Polski. Szybko zripostowali: „Przecież wy macie Zakopane, też macie góry!”.
Ten trudny marsz miał jednak swoje głębokie tło historyczne. Kiedy w Polsce w 1980 roku rodziła się Solidarność, na Sycylii miała miejsce kluczowa walka o ekologię. 18 maja 1980 roku odbył się historyczny marsz protestacyjny (Marcia dello Zingaro). Około 3000 osób – naukowców, ekologów i mieszkańców – wyszło na trasę między Scopello a San Vito Lo Capo, sprzeciwiając się budowie asfaltowej drogi, która bezpowrotnie zniszczyłaby ten dziki cud natury. Dzięki nim powstał Rezerwat Przyrody Zingaro, a pamiątką po niedoszłej inwestycji jest wykuty w skale tunel przy południowym wejściu.
Naszą podróż zwieńczyliśmy ponownym podziwianiem salin – prawdziwych gór morskiej soli – oraz wizytą w Trapani, mieście słynącym z połowu tuńczyka. Zmęczona i głodna, zapragnęłam skosztować tej słynnej ryby w lokalnej restauracji.
– We wrześniu?! – zawołał szczerze zdumiony kelner. – To nie jest sezon na tuńczyka! Teraz podajemy inną, lokalną rybę, lokalną pizzę i piwo.
I tak, zamiast tuńczyka, zjedliśmy to, co Sycylia miała nam do zaoferowania tu i teraz – autentycznie, bez turystycznego blichtru, zamykając ten intensywny tydzień smakiem prawdziwego południa.
kliknij TU i zobacz Sycylię na moich fotografiach

czwartek, 20 sierpnia 2026

przesunąć horyzont

 

paw: wierzchowiec Pana Murugana i my

W dzieciństwie siadałam pod wieżą TV w Bożym Darze i patrzyłam przed siebie. Przy dobrej pogodzie widziałam wieżowce Lublina, oddalone o 30 kilometrów. 
Do dziś mam to we krwi. Uwielbiam przesuwać horyzont – i myślę, że ma tak każdy z nas. 
Azja Południowo-Wschodnia to idealne miejsce na taki restart perspektywy. 


Singapur: Megapolis w pigułce

Zaczynamy z grubej rury. Wjechaliśmy na najwyższy budynek mieszkalny na świecie: 50 pięter, a bilet kosztował… śmieszne 15 złotych. Z góry widać (chyba) całą wyspę.
Wcześniej obowiązkowy punkt programu – Merlion, czyli słynny morski lew i symbol Singapuru. Stoisz pod nim, patrzysz na tłum i w jednym momencie widzisz przekrój całej Azji i reszty świata. Różnorodność ubrań, kultur, urody. Łączy ich jedno: każdy chce, żeby jego jutro było lepsze niż wczoraj.

Forest City: żywa utopia

Przeczytałam w życiu masę książek o utopiach. Znałam klasykę: „Państwo” Platona z rządami filozofów, „Utopię” Morusa z 6-godzinnym dniem pracy czy teokratyczne „Miasto Słońca” Campanelli. Znałam też historię Saint-Simona – wizjonera, który krążył od skrajnego bogactwa do nędzy, próbując od podstaw "przerobić" społeczeństwo. Teraz w jednej z takich utopii po prostu stanęłam.
Forest City w Malezji, tuż przy granicy z Singapurem, dotąd oglądałam tylko na ekranie komputera. Projekt wart 100 miliardów dolarów. Światowe media grzmią, że to opuszczone „miasto duchów”, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Rząd Malezji ostro działa i właśnie przekształca je w Specjalną Strefę Finansową.
Miejsca takie jak to otwierają oczy. Chiny, które mocno tu nadają ton, to już zupełnie inna planeta. Tam nie ma miękkiej gry: praca non stop, nastawienie na zysk, kult zwycięstwa. Do tego dochodzi syntetyczn0-biologiczna inteligencja. Europa rażąco się spóźnia, a Azja pędzi bez trzymanki.

Crypto-państwa i duriany

Obecne systemy polityczne i gospodarcze ewidentnie kapitulują. Radzą sobie z problemami wyłącznie poprzez pompowanie podatków i dodruk pieniądza. Efekt? Gigantyczna biurokracja, inflacja i rosnące wkurzenie społeczne.
A gdyby tak całkowicie zmienić zasady gry? Czy przyszłość to państwa sieciowe? Zdecentralizowane, bez klasycznych urzędów, oparte na kryptowalutach? Technologia już teraz próbuje to ugryźć – świetnym przykładem jest Network School, czyli fizyczny hub i zalążek nowej społeczności dla startupowców, twórców i cyfrowych nomadów.
W temacie polityki mam zresztą jeszcze jeden, bardziej radykalny pomysł: demokracja_losowa. Wyobraźcie sobie, że zamiast marnować miliony na cyrk wyborczy, maszyna losująca wybiera numery PESEL Polaków w wieku produkcyjnym i to oni idą do parlamentu. Oszczędność czasu i pieniędzy, a efekt końcowy? Taki sam lub lepszy.
Na koniec trochę humoru z Kuala Lumpur (KL), gdzie zameldowaliśmy się 1 lipca. Czego nie robi się dla przyjaciół? Namówiłam Rajmunda na zjedzenie duriana. Mina? Bezcenna, i raczej daleko jej było do zachwytu. Tłumaczyłam mu, że natura dała nam cztery proste smaki: słodki, słony, kwaśny (ostrzegający przed zepsuciem) i gorzki (chroniący przed trucizną). Durian wymyka się jednak wszelkim kategoriom. Tego smrodu i smaku nie da się opisać, to trzeba przeżyć!
Lecę dalej przesuwać granice. Do następnego!

Kawałek Azji w moim obiektywie:

niedziela, 12 lipca 2026

Klaudia i ja

Azja i ja

Unix

GM-NAA I/O

MS-DOS

Windows

Linux

Android

iOS

Z pozdrowieniami dla obawiających się Sztucznej Inteligencji powtórzę za JP2: nie lękajcie się! Od siebie dodam szykujcie się na wielkie zmiany. Na dworcach Malezji oglądałam reklamę BYOND Asia. To innowacyjna firma technologiczna specjalizująca się w tworzeniu hiperrealistycznych, interaktywnych cyfrowych awatarów (digital humans) w czasie rzeczywistym. Korzysta z zaawansowanej sztucznej inteligencji, aby zrewolucjonizować obsługę klienta i interakcję człowiek-AI. Główne obszary działalności firmy to interaktywne kioski i interfejsy z wirtualnymi doradcami AI, którzy potrafią płynnie rozmawiać i pomagać użytkownikom. 

Fejsboonio nieustannie zachęca mnie do tworzenia nowych obrazków kciukiem na smartfonie w jedną chwilę. Różne firmy proponują ćwiczenia z odróżnienia prawdy od fałszu, chociaż wiadomo, że prawda jak dłoń - każdy ma swoją. Moja prawda jest taka, że ćwierć wieku temu bardzo młodzi programiści robili dla mnie stronę www szkoły języka angielskiego i uczyli jak mam ją aktualizować. Małe zmiany w zajmowały mi wtedy dużo czasu i nerwów. Dekadę później robiłam i aktualizowałam strony na WordPressie. To było równie czasochłonne.

W niedzielę 12 lipca skorzystałam z Fable 5, bo była darmowa okazja. Nie potrzeba mi tłumacza ani kursów angielskiego. Najnowsza wersja amerykańskiej sztucznej inteligencji przedstawia się jako Klaudiusz, a po chwili zmienia imię na Klaudia. Niepotrzebne okazały się lata mojego doświadczenia reporterskiego i redaktorskiego. Klaudia moje notatki na Facebooku, zamienia w relację z podróży i wybiera 66 zdjęć. Ba! robi stronkę i publikuje za darmo w Internecie. Ja w tym czasie zrobiłam i wydałam obiad. Na deser serwuję wspomnienia z podróży na stronie, którą zrobiłyśmy z Klaudią

Częstuj się i TY

kliknij i zobacz moje azjatyckie wakacje

Singapur i Malezja - fotografie

wtorek, 2 czerwca 2026

Mordor w Gardzienicach!

Korporacjuszy na scenie Festiwalu Generator Nadziei zaprezentował Teatr KTO, przypominając

w majowy wieczór 

Teatr KTO - Generator Nadziei

firmowe poranki

firmowe posiłki 

firmową stołówkę

firmowe spotkania motywacyjne

firmowe klikanie w klawiatury

firmowe imprezy integracyjne

firmowe rywalizacje

firmowe awanse 

firmowe romanse 


Zabrakło tylko arkuszy kalkulacyjnych wyświetlanych na ścianie. Gospodynie z Gardzienic
przygotowały pączki dla poprawienia nastroju po niewesołym spektaklu. Mnie widowisko 
przypomniało sytuację sprzed lat, gdy pracowałam na posadzie, może nie w korporacji,
ale w firmie, którą kupiła korporacja światowa. Siedziałam z rękami nad klawiaturą,
układając w myśli tekst, który miałam napisać. Nagle odwróciłam się i zobaczyłam twarz szefa,
nawet nie rozgniewanego, ale w jakimś straszliwym zdumieniu. Zapytał: 
- Ewa, co ty robisz?  
- Myślę - odpowiedziałam.  
- Pisz! Nikt tu nie płaci za myślenie. Pisz…  
To była już końcówka mojej pracy w tamtym miejscu. Później głównie byłam sprzedawcą,
bo wszyscy jesteśmy sprzedawcami, chociaż mało kto się do tego przyznaje. 
Sprzedawca, pośrednik, nie są zawodami cieszącymi się poważaniem. Lepiej być bezrobotnym
patriotą niż pospolitym sprzedawcą lub producentem. Jednak w dzisiejszym świecie będzie się
liczyła umiejętność myślenia i sprzedawania. Bo czy nie nie było tak zawsze? Zawsze liczyli się
kupcy, twórcy nowych przedmiotów i odkrywcy nowych rynków zbytu. A także ci,
którzy nie marudzą, tylko szybko oswajają nowe idee i umiejętności
Ostatnio na Facebooku i wyświetlił mi się dramatyczny apel, jakby sprzed lat:    
- Ostatnio mało publikujesz! Publikuj więcej, wrzuć jakieś zdjęcie. Animuj zdjęcie. . .Kilka lat temu musiałam prosić grafika, żeby legalnym programem zrobił korektę fotografii.
Teraz manipulacje i zmiany mogę robić kciukiem na smartfonie z pomocą Sztucznej Inteligencji
(AI). Pozwala to na wpisywanie tekstowych komend w celu zmiany tła lub stworzenia
fotorealistycznych ludzi od zera. I jak zwykle w takich sytuacjach pojawia się pytanie,
czy to jest moralne? Ja się tylko bawię, ale wielu na tym zarabia. Dużo.

piątek, 10 kwietnia 2026

dolce far niente

Jesteśmy wędrowcami na tej Ziemi, która uczy patrzeć na rzeczywistość, jak na przejście, a nie turystykę. Dla mnie Sycylia to tam, gdzie wiosna pachnie

pierwszy lot z Lublina do Trapani 

 mimozą
 puchowcem wspaniałym 
 gorzką czekoladą
 słodkim espresso
 smażonym tuńczykiem
 morską solą
 kościelnym kadzidłem
 pochodniami procesji
 gałązkami palmowymi
 wiosennym deszczem



Sycylia nie jest po prostu wyspą. To stan umysłu, w którym zasady są święte, historia zagląda w okna, a deszcz... cóż, deszcz to darmowe nawilżanie cery w cenie wędrówki! Zapraszam Cię w podróż śladami „Geparda”, czerwonych koszul i smaków, których nie zapomnę do końca życia. 
Palermo przywitało nas deszczem. Stara część miasta wciąż ma w sobie to „coś”. Sycylijska wiosna bywa kapryśna. Deszcz pokrzyżował plany wędrowania w parku Zingaro i podziwiania gór soli w Trapani. Jednak nawet, gdy morze jest żółte od piasku, a tonara w Scopello zamknięta, Sycylia jest wyjątkowa. Miejscowi mówią: minchia - to słowo pasuje tu do wszystkiego!
Wielkopiątkowa procesja w Ennie to najstarsza tradycja pasyjna w Europie, wywodząca się z czasów hiszpańskiego panowania. Około 2500 członków 16 bractw przemierza miasto w ciszy lub przy żałobnej muzyce, niosąc figury Chrystusa i Matki Boskiej. Uczestnicy ubrani są w długie tuniki i kaptury zakrywające twarz, z otworami na oczy, co ma symbolizować pokutę.
Istniejące od wieków grupy (najstarsza od 1261 r.), od wieków mają inny kolor szat. Bractwa niosą narzędzia męki Chrystusa: gwoździe, młotki, srebrniki Judasza. W procesji niesiony jest XVI-wieczny relikwiarz Świętego Ciernia
W Modice też można przeżyć coś mistycznego: procesję Madonna Vasa Vasa. Dwa tłumy, dwie figury - Chrystus Zmartwychwstały i Madonna w czerni. Po spotkaniu na rynku następuje „vasata” - pocałunek. Madonna zrzuca czarny płaszcz, spod którego wyłania się błękit sukni, a w niebo wzlatują białe gołębie. 
Modica to także czekolada, która pamięta Azteków. Nie przypomina niczego, co znacie ze sklepowych półek. Jest szorstka, ziarnista, bez dodatku masła kakaowego. Czuć w niej nutę cynamonu i kryształki cukru, które powoli rozpuszczają się na języku. To receptura przywieziona wieki temu przez Hiszpanów, którzy nauczyli się jej od rdzennych mieszkańców Meksyku. Prawdziwa podróż w czasie ukryta w kostce kakao.       
„No co wy!”, czyli sycylijski kodeks kulinarny. Na Sycylii jedzenie to religia, a dogmaty są jasne: Cappuccino po południu? Zapomnij. Wino Marsala przed obiadem? Absolutnie nie! Kolacja przed 19:00? Nawet nie próbuj pytać. Choć pizza kusi kolorami a makaron kształtami, ja oddałam serce tuńczykowi. Zapomnijcie o tym z puszki. Tutaj króluje ten z patelni lub rusztu. Największe zaskoczenie? Tuńczyk średnio wysmażony, podawany z prażoną czerwoną cebulą i... truskawkami. Połączenie absurdalne? Nie, po prostu genialne.
Podczas wiosennej podróży po Sycylii można dostrzec drzewa z żółtymi kwiatami. Okazało się, że to mimozy, które są symbolem kobiecej siły i zwiastują wiosnę na wyspie. Można je spotkać w ogrodach, na balkonach, a także w cukierniach jako Torta Mimosa - biszkoptowe ciasto przypominające te słoneczne kwiaty. W Syrakuzach, gdzie Archimedes dokonywał odkryć, czuć ducha Grecji, Arabii i Hiszpanii. Zachwyca tu puchowiec wspaniały.
Wszędzie zwracają uwagę sycylijskie donice w kształcie głów. Legenda głosi, że dziewczyna odcięła głowę niewiernemu kochankowi i zasadziła w niej bazylię. Do dziś Sycylijki sadzą zioła w takich „głowach”. 

💝💝💝 zobacz proszę 👇👇👇
Wielki Tydzień sycylijski na fotografiach

💥dolce far niente, czyli słodkie lenistwo 💦



czwartek, 5 lutego 2026

uczciwa robota

Jesteś w IV kohorcie! Zaniepokoiła mnie ta wiadomość. Przecież starożytny Rzym upadł a jego legiony znikły. Jednak w kolejnym zdaniu doczytałam, że zakwalifikowałam się do bezpłatnego programu AIDEAS i nauczę się korzystać z
pies w ubraniu Mikołaja z kotem w tle 
Grammarly
ChatGPT (OpenAI)
Claude (Anthropic)
Gemini (Google
DeepSeek
Microsoft Copilot
Midjourney
DALL-E 3
Adobe Firefly
Stable Diffusio
Sora
Runway

Ucieszyłam się, że mnie przyjęli na kurs wykorzystywania sztucznej inteligencji w pracy. Obawiałam się, że będzie jakiś ageism i komputer powie: nie! Starszej pani nie bierzemy, bo nowe rzeczy są dla młodych. Jednak dostałam prompt guide, żeby zrobić coś samodzielnie na początek i czytam pierwsze polecenie: “Wykonaj hiperrealistyczne zdjęcie zwierzaka w podstawie załączonego zdjęcia ubranego w kompletne przebranie świętego Mikołaja. Wymagania: Zwierzak ubrany w czerwony strój Mikołaja z białą futrzaną lamówką, czarnym paskiem i czapką Mikołaja. Zwierzak powinien wyrażać radość, ciekawość, pozując bezpośrednio do obiektywu. Tło powinno być rozmyte, ale rozpoznawalne jako świąteczne wnętrze. Światło powinno być ciepłe i nastrojowe. Cała postać zwierzaka widoczna na zdjęciu. Na grafice nie może być żadnych postaci ludzkich. 
Szkoda, że nie może być tych ludzkich postaci, bo ja mam świetne zdjęcie, ze świetnym psem w świetnym przebraniu. Właściwie to mam już wszystkie zdjęcia wszystkiego i potrzebuję czegoś nowego. Bo już nawet teksty mam napisane o wszystkim. Nawet moja wirtualna koleżanka Natalia mówi:  "O, myślałam, że napisałaś coś nowego, a tu zonk! jakiejś starocie sprzed lat”. Dlatego skorzystałam z możliwości, przedstawionych przez inną wirtualną koleżankę i zapisałam się na kurs robienia czegoś nowego. 
Ale czy ja potrzebuję widzieć sztucznego psa? Ja nawet nie potrzebuję brunatnego niedźwiedzia, aligatora, ani żadnego potwora - takie ruchome obrazki robi Sora. To zaawansowany model sztucznej inteligencji stworzony przez OpenAI, który generuje realistyczne i kreatywne materiały wideo na podstawie opisów tekstowych tzw. promptów. Nie wiem tylko, po co mi nierealistyczne video w moralnej pracy?
Bo praca przede wszystkim powinna być uczciwa, nieprawdaż? 
🙈🙉🙊

wtorek, 14 października 2025

historia nauczycielką życia

Moja koleżanka, jak wielu Polaków kupiła sobie mieszkanko w Alicante. Jest tam bardzo ładnie,


morze ciepłe

palmy wysokie

ulice szerokie

ludzie życzliwi

kultura bogata

zabytki wspaniałe

turystów wielu



W tych dniach jest wspaniała fiesta, upamiętniająca czasy, gdy Maurowie wylądowali na hiszpańskich plażach i zostali na kilka stuleci. Parady organizowane są w wielu miejscowościach Hiszpanii, ale najpiękniejsze odbywają się ponoć w Alicante. W średniowieczu nazwą Maurów określano wszystkich muzułmanów zamieszkujących Andaluzję i północne obszary Afryki.

Jak widać na zdjęciach przybycie wyznawców islamu i zajęcie przez nich półwyspu Iberyjskiego jest świetną okazją do imprezowania. I nikogo nie dziwi upamiętnienie  najeźdźców i wieków zniewolenia, które przyniosło nieeuropejską kulturę, nieeuropejską architekturę, nieeuropejską sztukę.

Fascynujące dla mnie jest to, że w tej imprezie uczestniczy chyba całe miasto. Wszyscy przebierają się za średniowiecznych chrześcijan i muzułmanów. Widowisko prawie tak barwne, jak Semana Santa, które świętują na Wielkanoc. Wynoszą wtedy wielkie ołtarze, które niosą bractwa, pięknie ubrane w peleryny z wysokimi i spiczastymi kapturami. Taka platforma to pewnie waży tonę albo i więcej. A oni idą kołyszącym się krokiem w rytm muzyki, podobnej do tej z fiesty "Moros y Cristianos". 

Dziwne, nieprawdaż? W Polsce rekonstrukcje historyczne są dramatycznie martyrologiczne. Inaczej niż w Wielkiej Brytanii, gdzie kultywują zdobycie Brytanii przez Cesarstwo Rzymskie. Rzymscy legioniści zrobili sobie fantastyczną promocję i zdobyli zachwyt kolejnych pokoleń. A przecież byli bezwzględnymi mordercami. Tymczasem co i rusz możemy obejrzeć jakiś angielski film, w którym pokazują króla Artura i jego dzielnych rycerzy, którzy z dumą donaszają rzymskie miecze, bo legioniści byli wspaniali. Zabijali wieśniaków, byli bezwzględnymi mordercami, ale budowali też wielkie mury, miasta i drogi. Armia była wspaniała, a Juliusz Cezar, który zniewolił Europę był wspaniałym wodzem. 

We wdzięcznej pamięci najwyraźniej zapisują się ci, którzy potrafią dobrze pisać. Historia jest nauczycielką życia, pisaną przez zwycięzców.