niedziela, 28 lipca 2013

ogarnąć! tak?


 
makaronizmy i puryści
kobieta, kiep, frędzel
słowa wytrychy
jakaś sprawa
ten kraj
ogarnąć
załatwić
spoko
tak?

W 1969 r. Melchior Wańkowicz opublikował na łamach „Polityki” felieton Słowa-wytrychy (przedrukowany potem w Karafce La Fontaine’a). Przytoczył w nim wykład ogniomistrza w baterii działek przeciwpancernych we Włoszech: „Odpieprzacie zamek, przepieprzacie lufę wyciorem, wpieprzacie pocisk, przepieprzacie iglice, zapieprzacie zawór, napieprzacie na cel, wypieprzacie pocisk, podpieprzacie drugim, i czołg – rozpieprzony. Jak spieprzycie, to już was porucznik opieprzy. Zrozumiano?”. Czasownikiem pieprzyć zastępuje inny, „właściwszy wojsku” i i „bardziej plastyczny”...
Helloł! porzućmy eufemizmy! Wstawmy słowo pierdolić i będzie zajebiście! Ciary idą po plerach, gdy pańcia w moim wieku rzuca mięsem i posługuje się wulgaryzmami, co?
A wiecie, co ja czuję, gdy wokół panoszy się to: HELOŁ, trzeba to OGARNĄĆ?! Dla mnie to brzmi jak styropian pocierający szybę, albo paznokieć skrobiący plastyk. Jak słowo załatwić, nadużywane w przedpoprzedniej epoce.
Te słowa wytrychy są gorsze niż kalki z angielskiego. Są gorsze niż qurva zamiast przecinka. Gorsze niż qtas, które to słowo wyparte zostało przez chwost i frędzel.
Gorsze niż "tak?" uczepione końca zdania.
Ale najgorsza jest fraza tenkraj zastępująca słowo Polska.

wtorek, 23 lipca 2013

D-Day naszego Jaśka

- Jest tu jeszcze ktoś, kogo przodkowie nie walczyli w Powstaniu? - zapytała buńczucznie wirtualna znajoma. Zgłosiłam się. Oto mój wujek, cichociemny

Jan Zygmunt - jeden z moich przodków.
W 1939 został oficerem żandarmerii;
W 1940 został aresztowany przez sowietów;
W 1941 opuścił łagier, zaciągnął się do wojska;
W 1942 przekroczył granicę sowiecko-perską;
W 1943 przeszedł szkolenie w Largo House;
w 1944 miał nadzieję, że zostanie przerzucony do Polski;
Wraz z innymi cichociemnymi czekał na ten dzień i pisał...
Czerwiec 1944: ostatnie dni pobytu w Szkocji i gorączkowe przygotowania do pomszczenia wszystkich krzywd wyrządzonych przez Niemców, rodzinie i wszystkim moim bliskim i najbliższym...
Dziś zdaję wszystkie moje dokumenty jakie mam i jakie są dla mnie drogie lub pamiątkowe. Może da Bóg szczęśliwie powrócę na łono swej ziemi karmicielki. Może Bóg pozwoli doczekać tej chwili, żeby ujrzeć swych bliskich Ojca, Matkę, braci, siostry i kochaną żoneczkę Oleńkę, której w tak młodym wieku zawiązałem świat i sobie włożyłem kamień na serce, gdyż cały czas rozłąki t.j. od 26 lutego 1940 roku do obecnej chwili, ciężkie przeszedłem koleje losu, lecz Bóg dał, że przetrzymałem ten czas i myślę, że z Bożą pomocą powrócę do swego rodzinnego domu. Ciężko było mi w Rosji, lecz przetrzymałem ten czas. Lecz stokroć ciężej by mi było, gdy moja najdroższa Oleńka dostała się do tej „szkoły życia”, którą ja przeszedłem. Ciągle marzyłem o tym, abym mógł pomścić się za za wyrządzona mi krzywdę i za ranę, która zadali mi w samo serce – rozłączyli mnie z moją ukochaną. Za co? Dlaczego tak jest? Tyle nocy bezsennych, tyle snów strasznych i koszmarnych. Taki długi czas więzienia, bez powietrza w celi więziennej – za co? Zawsze zazdrościłem swoim kolegom, którzy mieli okazję pomścić się nad Niemcami, choć w drobnej mierze. Lecz ja niestety spędziłem tak długi czas na przygotowaniu. Porzuciłem służbę w żandarmerii, wstąpiłem do spadochroniarzy dlatego tylko, żeby być jak najprędzej w kraju i mieć jak największa okazję, jak największą wywrzeć zemstę na wrogu. I z tym zamiarem dziś składam te kilka dokumentów i fotografii, które dla mnie stanowią wielką wartość. Kończę – oddaję to wszystko do depozytu. Żegnam się z Wami. Najdrożsi, może ja nie wrócę? Może te kilka papierów kiedyś dojdzie do was. Najmilsi wiedzcie o tym, że zawsze byłem z Wami myślą i snami. Marzeniem moim było i jest wrócić do was całych i zdrowych i samemu powrócić.
Nie wrócił


niedziela, 21 lipca 2013

liście z Europy

Europa jest tylko cząstką świata. A pod jej bokiem rodzą się nowe cywilizacje, dynamiczne, prężne i pracowite. Rosną nowe potęgi, świat się zmienia.


listek laurowy - dla chwały
liść akantu 
- dla ozdoby
listek figowy - dla przyzwoitości
liść jesienny - dla nostalgii
listek zielony - dla kierowców
liście manuka - dla urody
liść kapusty - zamiast prokreacji

liście konopi - do protestów
z liścia - zamiast: walnąć kogoś

liście - zbiór do zielnika


Byłam w Dęblinie. Dla światowych bywalców, co wrócili z Egiptu, słonecznej Italii, Grecji lub wybierają się do Chorwacji, Wietnamu, czy peregrynują po Polsce, jako profesorowie pociągowi - nie jest to żadne osiągnięcie. Jednak to nie dystans, ale percepcja i refleksja są ważne poznania świata. Podróże są jak uniwersytety bez ścian i wiele się można nauczyć podróżując.
Byłam w Poznaniu i poznałam miłego pana P., który pokazał mi Cytadelę i Browar, Operę i Maltę - dziękuję. Byliśmy też na rynku. Z jednej strony pręgierz - aż ciarki przechodzą po plecach. Nigdy nie mogłam zrozumieć tego otaczania chwałą miejsc kaźni. Niemniej po drugiej stronie rynku ustawiono monumentalnego mężczyznę ze zgrabną pupą. Towarzysz mojej wędrówki nie podzielał jednak fascynacji pomnikiem, zauważając, że nawet nie warto obchodzić rzeźby dokoła, bo wszystko, co najważniejsze i tak skrywa listek laurowy. No rzeczywiście - facet, co całą swoją męskość może skryć kuchenną przyprawą... Zamiast w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę.

Taki aspekt naszej europejskiej-chrześcijańskiej kultury: pokazać ze szczegółami cierpienie nagiej kobiety pod pręgierzem lub nagiego mężczyzny zwisającego z krzyża, ale strategiczne miejsca zakryjmy jakąś szmatką. Atrybuty płci można też ukryć listkiem figowym, akantem. Rany od korony cierniowej i włóczni - ukazać w zbliżeniu, niech się tłuszcza napawa widokiem. I zakryć dużym liściem kapusty prokreację. I z liścia dać komuś, kto ma inne zdanie.
Byłam w Poznaniu i poznałam miłą panią J., która wprowadziła Polskę do Europy. Tak, tak - to ona właśnie stała na tym moście w Słubicach łączącym Wschód z Zachodem. Tego doniosłego dnia było tam jeszcze mnóstwo notabli polskich i zagranicznych, chórów, orkiestr, widzów i gapiów. Ale to ona, moja nowa znajoma była tym małym trybikiem, którego sprawne działanie utrzymywało w ruchu wielką machinę zmian. Wielkie żarna europejskiej tradycji mają zmielić w jedność wszystko, co nas dzieli.

Ale mają zostawić pyry z gziką na ryczce...

poniedziałek, 15 lipca 2013

piekło postępu

Liberalnych cyników i religijnych fundamentalistów łączy jedna wspólna cecha: jedni i drudzy utracili wiarę we właściwym sensie tego słowa. Symptomatyczne, że dla jednych i drugich twierdzenia dotyczące religii mają charakter dowodu, pretendujący do bezpośredniej wiedzy.

archetypy
obrzędy
rytuały
ryty
tabu
nawyk
sacrum
profanum
imponderabilia


Nie należę do żadnej partii, stowarzyszenia, zespołu. Jak większość ludzi jestem wyznawcą religii, ale jak większość traktuję to jako pewien nawyk utrzymywania tradycyjnych rytów, rytuałów, obrzędów. Jak większość społeczeństwa nie robię wnikliwej autoanalizy archetypiczności moich zachowań. Jak większość nie szukam granic między sacrum i profanum, a tabu utrwalam jako pojęcie słownikowe, a nie element codziennego życia. Jestem typowym elementem większej całości. A jednak.
A jednak: ja to ktoś inny. Arystoteles w swojej Polityce zauważył, że każda wspólnota powstaje dla jakiegoś dobra. I że państwo powinno być wspólnotą, a nie jednolitym organizmem. Traktuję to jako usprawiedliwienie, dla faktu nierównego rytmu bicia mojego serca, niezgodnego z rytmem serca narodu. Taki defekt, dysfunkcja, na którą mogę przedstawić zaświadczenie lekarskie. Niemniej uważam, że praca organiczna jest podstawą wspólnoty jaką jest państwo. A wolność, równość, braterstwo - jakkolwiek należą do najważniejszych imponderabiliów - kończą się na czubkach sztachet mojego płotu.
Nie czuję równości z całością żywego stworzenia, odmawiam braciom mniejszym wolności i nie czuję braterstwa. Nie, nie z pobudek feministycznych i genderowych, bo siostrzanych uczuć także nie mam. Nigdy nie dam wolności moim psom i żółwiowi. Bezlitośnie tępię mszyce, muchy, komary. Wrzeszczę na kawki, wymachuję na sroki, przepędzam gołębie. Truję pędraki, kretom rozwalam kopce. A raz wypędziłam z ogródka jeża. Teraz, gdy obrońcy zwierząt tańczą taniec zwycięstwa na mogile rytualnego uboju zaczynam się bać. Życie to życie. Jętka jednodniówka, bielinek kapustnik i stonka - czym one są gorsze od brudnej świni i jurnego byka?
Boję się ekologów, tak samo jak ortodoksyjnych obrońców wiary. Boję się tych, którzy tworzą hierarchię i tych, co występują przeciw niej. Boję się tych wszystkich posiadaczy prawdy jedynej i absolutnej, podnoszących pięść w słusznej sprawie. Niewzruszenie trwają przez wieki. Kiedy patrzę na fajerwerki fetujące rocznicę zburzenia Bastylii, ciarki przechodzą mi plecach. Nie rozumiem jak to się dzieje, że sympatyczni rzemieślnicy zaczynają produkować gilotyny i tysiącami odciętych głów sąsiadów napełniają kosze. Ta historia ciągle się powtarza: masakra w imię postępu.
... elektryczne kotły w piekle to też postęp.
 

piątek, 12 lipca 2013

żądza krwi

Jestem ze wsi. Rodzice posłali mnie na studia, bo do niczego innego się nie nadawałam. Nie potrafiłam poderżnąć kurze gardła na niedzielny rosół. Nie potrafiłam karmić gęsi na pâté de foie gras de Strasbourg.
płucka
nerki
serce
krew
kaszanka
kiszka
krupnok
kadrel
żymlok
czarnina
czarny salceson

Nie potrafiłam posiekać zwierzęcego tyłka na tatara i jeszcze rozbić na to jajka odebranego kurze marzącej o potomstwie. No i co najważniejsze - przygotowanie kaszanki łączyło się z psychozą. Nawet dziś nie jestem w stanie przeczytać przepisu. Zwłaszcza w tej części o spuszczaniu krwi. A wiadomo, niektórzy wierzą, że zwierzęta też mają nieśmiertelną duszę. A inni wierzą, że dusza unosi się we krwi, więc wolą pozwolić na śmierć dziecka niż na transfuzję.
Jestem ze wsi. Dziś jednak jestem zaproszona na kolację przez Tomka, noszącego arystokratyczne nazwisko. Mam nadzieję, że zrobi swoje przepyszne caprese i tiramisu. I ten ser, w którym  podpuszczka z koziego żołądka zastąpiona jest chemicznym ersatzem. Mam nadzieję, że nie będzie mnie przekonywał, że kaszanka jest pyszna. Nie po to ja te studia kończyłam, żeby siadać do kolacji z wyrafinowanym inżynierem i z rosentalowej porcelany wcinać kaszankę. I konwersować z jego bratem (pediatrą), jak to u niego na oddziale walczy się o dzieci z ich rodzicami, którzy na transfuzję nie pozwalają.
Jestem ze wsi. Mam tyle ziemi, ile w doniczkach. Wielki świat widzę w telewizji i mam nadzieję, że ominie mnie ten widok przy dzisiejszej kolacji. Bo czuję jak burzy się moja chłopska krew. Panowie z białymi rączkami, znów mówią nam - chłopom jak mamy żyć, uprawiać ziemię, hodować trzodę i bydło, w co wierzyć. Nucę więc: O, cześć wam panowie, magnaci, za naszą niewolę, kajdany, o, cześć wam książęta, hrabiowie, prałaci, za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany... Panowie nie mówicie, czy pozwalać z chłopskiej ziemi wydobywać gaz i czy sprzedawać hodowlę do ubojni gazujących, czy ogłuszających. Najpierw zobaczcie jak pozyskuje się krew naszych braci mniejszych na kaszankę. Potem wyciągnijcie niewidzialną rękę rynku.
Jestem ze wsi. Postawię kosę na sztorc. Muszę jakoś ściąć wiśnie z czubka drzewa na dżem wiśniowy. Coś trzeba jeść. Pasteis de Belem i baklawa do życia nie wystarczą.

wtorek, 9 lipca 2013

wakacyjna wiara

Uwielbiam te miejskie bajdy... o czarnej wołdze porywającej dzieci, o zmartwychwstałym króliku, o paraleli między św. Łucją a generałem Jaruzelskim, szczepionkach z których powstaje

histeria
splin
smętek
chandra
melancholia

wariacja
zgorszenie 
panika
maniakalna depresja
wakacyjna dekompresja



Uwielbiam też teorie sezonu ogórkowego: że od szczepionek dla dzieci powstaje ADHD, że ukiszenie ogórków wypełnia je minerałami i że trzeba pić piwo, bo jest w nim potas... O macicy jako przyczynie histerii powstał nawet film, może więc powstanie sfabularyzowana szerokoekranowa opowieść o pochodzącym z pęcherza ciśnieniu na umysł, co powoduje depresję...
Farmaceuci i medycy wyszukujący nowych jednostek chorobowych, na których leczeniu można zarobić, nie zauważyli jeszcze wakacyjnej dekompresji. A to poważna dolegliwość. Na pewno można by sprzedać jakieś tabletki lub syropy na jej złagodzenie. Tak jak na początku ubiegłego wieku wynaleziono amfę, jako świetny środek na odchudzanie. Gandzia zwana śmieszką jakoś dałaby się wypromować i opakować w wyrafinowaną teorię łagodzenia skutków nagłego urlopu.
Biuraliści pozbawieni swoich bezpiecznych biurek, wyrzucani są na plaże jak ryby z morza i trzepocą się bezradnie po piasku. Dla zachowania poczucia bezpieczeństwa lokują się w hotelowcach, przypominających z dala wielkomiejskie biurowce. Jak w wielkomiejskich matrixach po korytarzach oraz stołówkach drepcą inni biuraliści i wyrobnicy intelektualni. Dzięki temu nadal można się czuć częścią wielkiej produkcyjnej machiny. To poczucie znajduje odzwierciedlenie w tłumaczeniach, że mus było opuścić miejsce pracy, aby "się zresetować, baterie naładować, akumulatory napełnić". Można nawet wykorzystać do tego okoliczności przyrody, pod warunkiem, że będą to bezpieczne okoliczności pod kontrolą ogrodników i ratowników.
Wierzymy bowiem, że pracą ludzie się bogacą, a bogaci muszą mieć czas na relaks. Wierzymy, że najlepszy relaks zapewnia wystandaryzowany przemysł wypoczynkowy. A bez wiary w rzeczy nieudowodnione nie dałoby się żyć.

sobota, 6 lipca 2013

cuda, cuda, cuda

Członkowie pewnej partii przekonywali o istotnej roli cudu w Fatimie dla wszystkich Polaków i świata. Aha! teraz pora przypomnieć jaką rolę dla świata miała
Evita Peron
cesarz Hirohito
gospodyni domowa Cory Aquino
Josemaría Escrivá de Balaguer
samozwańczy prorocy
uzdrowiciele

tercjarze
widzący

Coś znikło. Czeka gdzieś, za horyzontem. Ale jak to znaleźć? Dziś każdy zakątek ziemi jest już odkryty. Każda tajemnica wyjaśniona. Każda zagadka rozwiązana. 
Między Tygrysem a Eufratem, tam, gdzie Adam spotkał Ewę - jeżdżą samochody, a czasami czołgi. Można wybrać się na wycieczkę w Himalaje,gdzie widziały ziemski raj legendy Azji. Nawet tam, na dachu Ziemi ustawili się przekupnie, aby zarobić na sacrum - jedynym produkcie, na który wciąż jest popyt. Owszem, budynki świątyń pustoszeją, ale ludzie wciąż pożądają cudów i cudownych ludzi.
Kiedy umierał cesarz Hirohito tysiące ludzi krążyło w milczeniu wokół pałacu. Pierwszy raz cesarz urodzony jako bóg, umierał jako człowiek. Kiedy Cory Aquino wdowa i gospodyni domowa, kobieta w za dużych okularach pojawiała się na ulicach - tłum wrzeszczał w ekscytacji unosząc w górę kciuk i palec wskazujący złożone w literę L, jak waLka. Tłum robił figury Corazon z papier mache i stroił w szaty Madonny. Handlarze sprzedawali jej wizerunek jako amulet chroniący od złego.
Tłum pielgrzymuje do miejsc cudownych. Pojawił się przemysł pielgrzymkowy, supermocna gałąź gospodarki. Łąkę, gdzie troje pastuszków spotykało się z Niebem pokryła sieć asfaltu i betonu. Nie brakuje chętnych, którzy kupią dwumetrową święcę, aby wrzucić ją do ognia. Inni szorują na kolanach marmur, prosząc o łaski. To grzeszne uczucie, ale zazdroszczę im. Mnie zakupy, czy spacer na kolanach nie przyniosłyby zbawienia, ani nawet ukojenia. Nie uświęca mnie macanie kamienia przywiezionego ze świętej góry.
Bez chichotu pochylam jednak głowę przed teologiem przekonującym, że kościół nie wymaga od swych wiernych wiary w cudowne przeniesienie domku Najświętszej Maryi Panny z Nazaret do Loretto, we Włoszech. Uważa fakt ten za prawdziwy, pamięć jego uroczyście święci i otacza swą szczególną opieką pielgrzymki do Loretto. Kilka wieków temu paru wieśniaków ze zdziwieniem ujrzało nowy budynek postawiony na miejscu, gdzie nigdy dotąd nie widziano nawet szałasu. Skoro dostrzegli tam sacrum - nie można nikogo tej wiary pozbawiać.
Rozumiem, że cuda przeznaczone są tylko dla gotowych je ujrzeć. Wyposażeni w mędrca szkiełko i oko, a nawet zderzacz hadronów, nie dostrzegamy cudowności powszedniości.