czwartek, 1 października 2026

Sycylia bez blichtru

Na początku września spędziłam tydzień na Sycylii – wyspie, gdzie historia nie jest zamknięta w podręcznikach, ale miesza się ze współczesną codziennością, a afrykański wiatr bez przerwy smaga wybrzeże

Birgi, Sycylia

Sycylijskie lwy

Zima lwów

Rodzina Florio

Trapani

Favignana

Marsala

Agrigimento

Zamknięte uzdrowisko i refleksja nad wiecznością

Nasza podróż zaprowadziła nas do groty świętego Kalogera. Miejsce to, wraz z sąsiadującymi jaskiniami, słynęło już w starożytności z buchających z wnętrza ziemi siarkowych oparów. To tutaj święty miał uwalniać chorych od cierpień ciała i ducha. Niestety, współczesne termy zastaliśmy zamknięte, więc obiecane uzdrowienie musiało nas ominąć.
Wizyta ta stała się jednak pretekstem do ironicznej refleksji nad ludzkimi ambicjami. Gdyby opisać to miejsce dzisiejszym, klikbajtowym nagłówkiem, brzmiałby on:
„300-pokojowy hotel na szczycie zamknięty! Od lat 50. betonowy potwór spogląda pustymi oknami na bezkres morskiego horyzontu. Cudowne siarkowe opary nie uleczą już podagry ani artretyzmu!”
Wygląda na to, że wielkie pieniądze poszły za marzeniami, a biznesplan po prostu nie uwzględnił protestów ekologów. Zobaczyliśmy na własne oczy, że nie każdy cel uświęca środki i nie każda droga prowadzi na szczyt.
Niedaleko spoglądaliśmy na kolejne starożytne ruiny. Moją szczególną uwagę – i czułe rozczulenie – przykuł widok urny ze spalonymi zwłokami, wystawionej na widok publiczny ku uciesze turystów. Mój Boże! Współcześni ludzie wydają fortunę na „konto wieczności”, inwestując w marmurowe grobowce, a za dwa czy trzy tysiące lat przyjdzie jakiś historyk, by bezceremonialnie grzebać w ich kościach... Czy w obliczu tej perspektywy nie lepiej po prostu trwonić ciężko zarobione pieniądze na wylegiwanie się na dzikich plażach?
Drogi, warownie i włoska gościnność
Strada deformata – to znak ostrzegawczy, który podczas podróży widywaliśmy najczęściej. Wyboiste, dziurawe drogi mocno utrudniały jazdę, na co patrzyliśmy – przyznaję to z lekkim zażenowaniem – z poczuciem patriotycznej wyższości. Nasze polskie drogi są jednak lepsze!
Mijaliśmy urokliwe miasteczka wzniesione na niedostępnych wzgórzach, z których roztaczał się malowniczy widok na winnice i gaje oliwne. Wciąż próbuję zrozumieć racjonalny powód, dla którego ludzie decydują się mieszkać tak wysoko. O ile wygodniej żyłoby się im w dolinach, pośród upraw, rozległych ugorów usianych panelami fotowoltaicznymi oraz miedz, na których gęsto siedzą wiatraki elektryczne. A tutejsi uparcie trwają w swoich domostwach przy wąskich, stromych uliczkach.
Rozumiem, że w wiekach średnich były to warownie wznoszone przez niewolników. Dziś na szczęście nikt już nie porywa Słowian (kuzynów moich przodków), by sprzedawać ich do ciężkich robót w mrokach średniowiecznych cywilizacji. Warto pamiętać, że to właśnie od łacińskiego określenia Słowianina (sclavus) pochodzą słowa oznaczające niewolnika w wielu językach: angielskie slave, francuskie esclave czy włoskie schiavo.
Trudy podróży w pełni rekompensowała jednak niezwykła uprzejmość i pomocność Włochów. Gdy technologia i tłumaczenie maszynowe zawiodły na stacji benzynowej w niedzielne popołudnie, miła Włoszka bez wahania poświęciła swój czas, by osobiście zatankować nasz samochód. Ja w tym czasie z reporterskiego obowiązku uwieczniłam na fotografii tutejsze ceny paliw.
Lekcja włoskiego espresso i kulinarna zagadka
Choć nie znam języka włoskiego, dzięki pomocy sztucznej inteligencji udało mi się przetłumaczyć zachwycające motto umieszczone na skromnej budce z supami, parasolami i leżakami:
„W obliczu wolności morza nie liczy się statek, ale miejsce, do którego można dotrzeć. Miejsce narodzin marzenia wartego przepłynięcia całej tej wody”.
Choć sami nie jesteśmy wielkimi fanami plażowania, te słowa głęboko zapadły nam w pamięć i z serca polecam je każdemu.
Z kolei poranek przyniósł nam niezwykle osobliwą obserwację. Prawdziwi Włosi, którzy tak rygorystycznie dbają o kulturę i poprawność picia kawy, bez mrugnięcia okiem wsypywali płatki kukurydziane bezpośrednio do cappuccino! Z kolei kiedy Rajmund poprosił o zwykłe mleko, kelnerka przyniosła je z wyraźnym opóźnieniem i niemal teatralnym zdziwieniem na twarzy.
Sztuka współczesna w sercu antyku: Agrigento i Selinunte
Kolejnym punktem na naszej mapie było starożytne greckie miasto, gdzie mit o Ikarze ożył na nowo. Ikar, jak wiemy, nie słuchał ojca i słuch po nim zaginął (co idealnie oddaje polskie przysłowie: „Kto nie słucha ojca, matki, ten się psiej skóry posłucha”). W tych antycznych dekoracjach stanęła monumentalna rzeźba Igora Mitoraja. Proroczy upadek Ikara zyskał tu nowoczesny wymiar – turyści z Azji ustawiali się w długiej kolejce, by zrobić sobie zdjęcie tuż przy jego... podbrzuszu.
Wokół ruin, w Willi Aurea na terenie Parku Archeologiczno-Krajobrazowego Doliny Świątyń w Agrigento, odkryliśmy także dzieła Fernanda Botero. Ich obecność stanowiła fascynujący, krytyczny dialog między charakterystycznymi, obłymi formami kolumbijskiego artysty a nieprzemijającymi archetypami śródziemnomorskiej kultury figuratywnej.
Następnie udaliśmy się do Selinunte – największego parku archeologicznego w Europie. Założone w VII wieku p.n.e. (około 651 r. p.n.e.) przez greckich kolonistów miasto w czasach swojej świetności było potężnym i bogatym ośrodkiem handlowym. Jego potęga skończyła się gwałtownie w 409 r. p.n.e., kiedy zostało doszczętnie zniszczone przez Kartagińczyków. Dziś, pośród tych wymownych ruin, Stefano Bombardieri poustawiał swoje rzeźby, które w genialny sposób przypominają o tym, jak krucha jest nasza cywilizacja i jak łatwo można ją obrócić wniwecz.
Smaki i tradycje Zachodu: Mazara, Marsala i Saliny Birgi
Szukając kulturowych uniesień, dotarliśmy do Mazara del Vallo. To fascynująca mieszanka kultur – bliskość Tunezji sprawia, że wpływy Magrebu są tu widoczne na każdym kroku. Popołudniowy upał był zbyt duży na spacer nadmorskim bulwarem, dlatego schronienia i upragnionego cienia szukaliśmy w starej arabskiej dzielnicy (Kasbie). Zachwycił nas tam labirynt wąskich uliczek zdobiony kolorową ceramiką i barwnymi muralami.
Podróżując po Sycylii, zaczęłam też rozważać zawiłości języka polskiego. Mamy słowo gorzelnia (od robienia gorzały), browar (miejsce produkcji piwa, które trzyma się w piwnicy) oraz sklepienie (od słowa sklep, gdzie te trunki można kupić). Nie mamy jednak jednego, dobrego słowa na miejsce, w którym robi się wino. Włoska cantina to po prostu fabryka wina. Zastanawiam się, jak z tym brakiem poradził sobie tłumacz genialnej powieści Stefanii Auci „Sycylijskie lwy” (I leoni di Sicilia). To piękna, prawdziwa historia o ubogiej, ale niezwykle pracowitej rodzinie Florio, która zbudowała potężne imperium handlowe i rozsławiła na całym świecie kultowe wino Marsala.
Zachodnie wybrzeże Sycylii to także słynne saliny Birgi, rozciągające się między Trapani a Marsalą. Tamtejsza sól morska jest nierafinowana, zbierana tradycyjnymi, ręcznymi metodami. Krajobraz regionu tworzą zabytkowe wiatraki oraz baseny solankowe, w których woda paruje pod wpływem palącego słońca i gorących, afrykańskich wiatrów. Choć jechaliśmy tam z nadzieją na spektakularny zachód słońca, dla którego zjeżdżają tu tłumy, natura podarowała nam coś innego – gwałtowną, widowiskową burzę.
Podczas wizyty na zachodzie wzbogaciłam też swój słownik o dwa kluczowe sycylijskie wyrażenia:
  • Panelle – pyszne, kwadratowe frytki z mąki z ciecierzycy.
  • Amaro – ziołowy likier, którego (jak nakazuje lokalny zwyczaj) należy stanowczo domagać się przy barze po uregulowaniu rachunku.
Birgi to również jeden z najlepszych spotów kitesurfingowych w Europie. Przyciąga rzesze Polaków – szczupłych, wysportowanych, cierpliwie czekających na wiatr, który poniesie ich w stronę wyspy Favignana. W płytkiej wodzie brodzili miejscowi oraz białe flamingi (choć nie ukrywam, że w wersji różowej prezentowałyby się znacznie ładniej).
Szybko zauważyłam też, że dla sycylijczyków wszelkie przepisy to jedynie luźne sugestie. Pękaci Włosi (którzy w literaturze bywają zazwyczaj smukli) spacerują po salinach tuż za znakiem zakazu i bez mrugnięcia oka jeżdżą samochodami po drogach oznaczonych jako nieprzejezdne. Zastanawiały mnie też cumujące przy brzegu łódki – do niczego konkretnego nie służyły, poza bezdyskusyjnym uatrakcyjnianiem fotografii.
Górskie złudzenia w rezerwacie Zingaro i finał w Trapani
Ostatnie dni przyniosły nam prawdziwą szkołę przetrwania. Podczas trekkingu czułam się, jakbym zdobywała co najmniej Rysy, choć Rajmund z właściwym sobie pragmatyzmem studził moje emocje, twierdząc, że to ledwie 100 metrów nad poziomem morza i najwyżej dwa i pół kilometra szlaku. Przewodnik solennie obiecywał najpiękniejszą plażę na wyspie, więc poszliśmy. Na miejscu okazało się, że w połowie września panują tam tłumy niczym w sierpniu i brakuje nawet miejsc stojących!
Gdy Rajmund zaproponował ucieczkę na drugą, rzekomo spokojniejszą plażę, na szlaku wywiązała się zabawna rozmowa ze spoconymi turystami. Okazało się, że są z Austrii. Rajmund zapytał z uśmiechem, dlaczego wyjechali z kraju, gdzie mają piękne góry i przyjemniejszą temperaturę. Gdy zapytali, skąd my jesteśmy, odpowiedzieliśmy, że z Polski. Szybko zripostowali: „Przecież wy macie Zakopane, też macie góry!”.
Ten trudny marsz miał jednak swoje głębokie tło historyczne. Kiedy w Polsce w 1980 roku rodziła się Solidarność, na Sycylii miała miejsce kluczowa walka o ekologię. 18 maja 1980 roku odbył się historyczny marsz protestacyjny (Marcia dello Zingaro). Około 3000 osób – naukowców, ekologów i mieszkańców – wyszło na trasę między Scopello a San Vito Lo Capo, sprzeciwiając się budowie asfaltowej drogi, która bezpowrotnie zniszczyłaby ten dziki cud natury. Dzięki nim powstał Rezerwat Przyrody Zingaro, a pamiątką po niedoszłej inwestycji jest wykuty w skale tunel przy południowym wejściu.
Naszą podróż zwieńczyliśmy ponownym podziwianiem salin – prawdziwych gór morskiej soli – oraz wizytą w Trapani, mieście słynącym z połowu tuńczyka. Zmęczona i głodna, zapragnęłam skosztować tej słynnej ryby w lokalnej restauracji.
– We wrześniu?! – zawołał szczerze zdumiony kelner. – To nie jest sezon na tuńczyka! Teraz podajemy inną, lokalną rybę, lokalną pizzę i piwo.
I tak, zamiast tuńczyka, zjedliśmy to, co Sycylia miała nam do zaoferowania tu i teraz – autentycznie, bez turystycznego blichtru, zamykając ten intensywny tydzień smakiem prawdziwego południa.
kliknij TU i zobacz Sycylię na moich fotografiach