piątek, 11 kwietnia 2014

rycerze reklamy



Czy może być lepsza zachęta do czytania, jak opatrzenie publikacji klauzulą tajności?


klauzula tajności
reklama natywna
reklama subliminalna
popularność
promocja
Mandylion;
Graal

"Niniejsza publikacja nie może być w całości ani w żadnej części ujawniona osobom trzecim" - przeczytałam, błąkając się po Internecie. Ha! Czy może być lepsza zachęta do czytania, jak opatrzenie publikacji klauzulą tajności? A i temat był intrygujący, dotyczył bowiem przekazu natywnego. Natywizm kojarzy się zwykle z nauczycielem angielskiego, który uczy swojej mowy ojczystej. Mniej popularny jest w znaczeniu konstrukcji ludzkiego umysłu
posiadającego wiedzę wrodzoną. W tajemnej publikacji przedstawiano natomiast korzyści płynące z natywnej reklamy.
Nie należy jej, Boże broń, mylić z zakazaną r
eklamą subliminalną. Wprawdzie zdyskredytowano skuteczność przekazu podprogowego, niemniej nie wolno w taśmę filmową wklejać pojedynczych klatek wzywających do picia tego lub owego. Sugestie wzywające do działania przekazywane poza świadomością publiczności uznano bowiem za nieetyczne. Natomiast reklama natywna, zaprojektowana tak, aby stanowić integralną część strony lub aplikacji, czy informacji - jest zupełnie legalna. I jak dowodziły tajne badania: bardzo skuteczna.
Pozornie tylko w produktach i usługach liczy się ich jakość. Najważniejsza jest efektywna promocja, która zapewni sprzedaż. Efektowna i kosztowna reklama jest coraz bardziej irytująca, konsument (dawniej nazywany po prostu człowiekiem) szuka pięknych idei. Wierzy, że zakupy dadzą wieczną młodość i szczęście. Dlatego sprzedawcy, jak średniowieczni rycerze kruszą kopie w walce o zdobycie fejmu (dawniej popularności) dla swojego logo (dawniej znaku).
Są jak poszukiwacze świętego Graala, przedmiotu wyjątkowego i zapewniającego szczególną moc. Chociaż jedyne co Graalu wiadomo na pewno - to to, że był przedmiotem pożądania. Czym miał być w swej istocie - nie zdefiniowano wiarygodnie. Mógł był być kielichem, miseczką, talerzem, włócznią, Mandylionem - czyli materiałem odwzorowującym wygląd Jezusa. Może być nawet pomyłką językową. Wciąż jednak jest przedmiotem pożądania. Jednakże nie tak wielkiego pożądania, jak skuteczna reklama.

piątek, 4 kwietnia 2014

flagellanci i fitnessi

Odrażający, brudni, źli - taki film był. O familii żyjącej w slumsach na obrzeżu dużego miasta.  W starym kinie to był dobry temat. Teraz nikogo nie obchodzi

asceza
arianie
katarzy
waldensi
beginki
begardzi

flagellanci
fitness

Dziś w mediach popularność mogą zdobyć kalecy, oburzeni i źli. Jednak dla biznesu liczą się zapracowani, samotni i źli. Samotność negatywnie odbija się na psychice - od tego są tabletki i terapeuci.  Ale na wielkomiejskich singlach każdy chce zarobić. Trenerzy fitness wzywają więc: nie tyj w samotnie! Chwyć marchewkę i wskakuj na rower; udaj się na salę treningową lub na zumbę, aerobik, czy co tam aktualnie jest modne.
Czy nie można by w swoim pokoiku mozolnie zginać karku w szóstce Weidera? Nie! Samotność jest zła! Zarówno z ekonomicznego, jak i socjologicznego punktu widzenia. Lepiej zginać nóżki i boczki pod okiem specjalisty z certyfikatem dowodzącym, że może innym liczyć kalorie i krople wyciśniętego ćwiczeniami potu. Razem raźniej wytworzyć w sobie wiarę, że jeśli się posiądzie władzę nad własnym ciałem - posiądzie się władzę nad własnym życiem. Nie ma to tamto! Nie ma, że boli! W dręczonym ciele - dzielny i wiecznie młody duch.
Ale to już było... Przed wiekami ascezę praktykowali arianie, katarzy, waldensi, beginki i  begardzi. W miastach Europy  gromady flagellantów praktykowały publiczne biczowanie. Krwawa forma pokuty miała zapewnić życie wieczne. Burzyło to jednak feudalny porządek świata, bo niewiele da się sprzedać półnagim ludziom, którzy do zbawienia potrzebują tylko bicza. Ten rodzaj umartwiania ciał został więc zakazany pod groźbą klątwy. Certyfikat na dręczenie ciał zarezerwowany został dla Inkwizycji.
Słusznie. Nie było z tego ekonomicznego pożytku. Współcześnie Fitness Singles to największa społeczność randkowa, a romansującym wiele można sprzedać.

wtorek, 1 kwietnia 2014

zabawna aliteracja



Nigdy nie byłam w Holandii. To oczywiście nie jest powód melancholii wiosennej. Chociaż chciałoby się zobaczyć te poldery w depresji i całą resztę krainy wiatraków i chodaków.


Niderlandy
poldery
sława
osławienie
Ukraina
melancholia
depresja
aliteracja

Koleżanka opowiadała, że to taki miły, mały kraj, który odwiedziła z grupą licealistów. Zapowiedziała im na początku wyprawy, że jej zmysł topografii jest słaby, więc muszą się nią opiekować. W Amsterdamie jakoś się ich trzymała, żeby przykładnie zwiedzali muzea i nie zbłąkali do osławionych dzielnic. Zagapiła się, gdy postanowili pociągiem pojechać na prowincję.
Oglądała przez szybę żagiel sunący wśród zieleni. Iluzoryczna łódeczka płynąca po kanale była wytchnieniem po dziełach Vermeera, Bruegla, Rembrandta, Rubensa i całego malarstwa holenderskiego. Konduktor wyrwał ją jednak z błogiego nastroju, oznajmiając, że jej uczniowie zaalarmowali kolejarzy, że ich opiekunka się zgubiła. Przez kwadrans na każdej stacji megafony wykrzykiwały jej nazwisko, ale  niderlandzkie brzmienie nie trafiło do niej. Szybko jednak została odtransportowana do nadopiekuńczych podopiecznych, aby podziwiać holenderską sztukę.
A przecież w Muzeum Lubelskim można sobie obejrzeć wystarczająco dużo tego malarstwa. Jest nawet słynny Piłat umywający ręce ter Brugghena. Tego od kontrastów światłocieniowych, owej mroczności, w której rozgrywa się niedopowiedziany dramat. Ludziom jednak zawsze mało, zawsze wyruszają po więcej. Innej mojej koleżance nawet biuro podróży nie wystarczyło.  I teraz r
omanistka Roma galerię otwiera - Domus Aurea, prezentując grafiki Romanyszyna Romana. A żeby aliteracja była pełniejsza: Romana to także imię córki tego pana. I zamiast wyjeżdżać za wschodnią granicę, będziemy podziwiać młodą ukraińską sztukę u siebie.

poniedziałek, 17 marca 2014

raj utracony

Każdy wierzy, że kiedy umrze pójdzie do nieba. Każdy wierzy, że gdyby mógł zabić drugiego, jego droga do raju byłaby jeszcze szybsza. Urojony „następny świat” stoi dla nich otworem

Uluru
Ararat
Synaj
Aborygeni
Kurdowie
Ormianie
Szerpowie
no logo

Uluru. Tak nazywają swoją świętą górę Aborygeni. Odkrywcy nie wiedzieli o istnieniu góry, bo ziemię wokół niej ustanowili więzieniem dla bandytów i prostytutek. Jak foki, czy inną zwierzynę chcieli wytłuc tubylców. Zabierali im potomstwo, aby je udomowić i hodować w swoich gospodarstwach.
Decydowali też, które dziecko z ich krwi może dorastać przy matce, a które trzeba oderwać od matczynej piersi. Bo była to pierś kurewska lub zbeszczeszczona inaczej. Dzikusom i kobietom sprofanowanym nie przyznawali statusu człowieka i nie umieszczali ich w spisach ludności. Dumni przybysze przekroczyli pustynie i góry błękitne. Zobaczyli wreszcie monolit mieniący się barwami dnia. Nie zauważyli nikogo godnego, aby zadać mu pytanie o imię góry. Sami nadali jej nazwisko pierwszego spośród swojego grona.
Sobie zaś nadali miano narodu, a rozległe więzienie nazwali państwem. Nadal uznawali nad sobą berło królowej zza morza. Pod koniec ubiegłego wieku uznali jednak, że Aborygen też człowiek i podobnie jak kobieta może stanowić o sobie i swoim potomstwie. Mówi się też, że prostaccy kolorowi mogą być zrównani z białymi dżentelmenami. Jeśli chodzi o górę, to może ją oglądać każdy, kto za to zapłaci.
Ararat. Ağrı dağı. Арарат. Święta góra wielu nacji. Żywa legenda od tysiącleci. Zakładająca niedługo po świcie woal z mgieł i chmur. Kiedyś była wulkanem. Wyspą za morzem skrywającym Kapadocję. Schronieniem dla każdego, zwłaszcza dla dusz opuszczających ciała i odchodzących na niebiańskie pastwiska. A dusz spod jej podnóży wyruszało na szczyt wiele, opuszczając ciała w pogromach i czystkach. Politycznie niepoprawnie jest pytać, o co oni tam właściwie się bili ci Ormianie, Kurdowie, Turcy i Rosjanie.
Biały dżentelmen jest ponadto. Powinien kupić bilet, wynająć tragarzy i przewodników, którzy siecią ścieżek pozostawionych przez przemytników zawiodą na szczyt. A nawet mogą wskazać najbardziej prawdopodobne miejsca drzazg z arki Noego. I zaproponują dodatkowo spacerek na Nemrut. Tam lepiej widać jak potężnieją i upadają cywilizacje.
Synaj. Święta góra trzech religii. Gdzieś na jej zboczu przy płonącym krzewie Mojżesz usłyszał: "oddacie cześć Bogu na tej górze". Święta księga wspomina o oddawaniu stosownych hołdów. Jak również o tym, że wyznawcy wciąż o coś tłukli się z obcymi. Biały dżentelmen czyta z niesmakiem karty historii i internetowe wydania gazet. O co chodzi tym... i tamtym.... Wszak obcy niczym się nie różnią. Między sobą się nie różnią, bo gdzie im tam do dżentelmena, który wzrósł z kultury sięgającej korzeniami do świętej góry Olimp i świętej góry Horeb. O! pardon, Horeb jest utożsamiany z górą Synaj właśnie. A wokół niej wciąż kręcą się ci faceci w sandałach i ręcznikach na głowie. A przecież człowiek cywilizowany, gdy już kupi sobie bilet na tramping po świętej górze, ubiera się stosownie do okoliczności.
Ile to trzeba powtarzać  te dowcipy o blondynkach, chodzących po górach jak jacyś prości szerpowie w Himalajach - w marnych butach na cienkich podeszwach? Są znane odzieżowe marki i trzeba korzystać z ich osiągnięć. "No logo" to znak dobry na końcu świata. W sercu cywilizacji, jakim jest święta góra, trzeba nosić buty modelujące pośladki i bieliznę oddychającą nawet wtedy, gdy właściciel padnie. Dżentelmen to rozumie. Nie rozumie jednak tych wszystkich tragarzy, wojowników, przekupniów kręcących się wokół sacrum. Ci bez stylu powinni znać swoje miejsce, nieprawdaż?
Na świętej górze myśli rozpływają się w błękicie.  Mały rozumek nie pojmuje życia w którym utkwił szczyt. Dostrzega tylko zarys przejścia między światami.

czwartek, 13 marca 2014

zerwane mosty


Commonwealth
separatyzm
lezginka
Ararat
Zakaukazie
Zaolzie
akcja H-T
Baskowie
Tuaregowie



Noszę dwa nazwiska. Jedno po ojcu, wskazujące na Śląski rodowód; drugie po mężu wskazujące na rodowód łemkowski. Dziadek mojej teściowej był ekonomem w majątku Lanckorońskich, które to ziemie teraz są w granicach Ukrainy. Ojciec mojej teściowej w czasie wojny wysłał swoje córki do Lublina: jedną przysypaną węglem w lokomotywie, drugą nadał inną paczką - żeby któraś przeżyła.
Sam po wojnie pracował w Tomaszowie i tylko przez zrządzenie losu nie został Ukraińcem. Wschodni sąsiad Polski, zaproponował wymianę niemal całych powiatów Hrubieszowskiego i Tomaszowskiego wraz z zakolem Bugu. Granica już w końcu lat 40. została „wygładzona” w obrębie Podlasia. W ramach akcji H-T miała być wyrówna lepiej, ale śmierć Stalina zniweczyła te plany. Jedna z największych w historii powojennej Europy korekta graniczna, dała nam przynajmniej przychylność Greków. Za dobry lubelski czarnoziem dostaliśmy kamieniste bieszczadzkie zbocza, ale z uchodźcami z Grecji.
I to chyba jeden z powodów, dla których milej spędza się urlop w Grecji niż na Zaolziu, które mnie - pseudoślązakowi by się należało. Urlop w Hiszpanii mogą zepsuć separatyści baskijscy i katalońscy. Na Zakaukaziu ponoć pięknym, wciąż tańczą wojenną lezginkę, a Ingusze snują sny o potędze. Uwielbiam Turcję - nie, nie gorące plaże, lecz to miejsce, co kiedyś było rajem. Przeszłam wpław Tygrys (lub Eufrat) u źródła. Miodek u Kurdów smakuje najlepiej, ale wciąż trzeba się pilnować, żeby nie palnąć czegoś o Arabach albo Tuaregach. U stóp Araratu nie wolno natomiast mówić o Ormianach.
Do Kanady miło by było pojechać. Trochę zimno, ale nawet separatyści z Qubecu, noszą w przy sercu podobiznę swojej królowej Elżbiety – znaczy monety w porfelu. Podobnie w Australii – niby nie lubią WASPów (nie muzykantów - tylko białych anglosaskich protestantów), ale przyjmą z otwartymi rękami każdego. No prawie, ale jeśli mówi dobrze po angielsku i jest białym profesjonalistą – to nawet nie musi być z Commonwealthu.
Jak oni potrafią się tak jednoczyć?

fot. zerwany most na granicy Turcji z Armenią, inne fotki z podróży do Turcji tu:
https://plus.google.com/u/0/photos/112461911409017112446/albums/5536340617896449041



poniedziałek, 10 marca 2014

oksymorony i oksydanty

Konserwatysta i reformator - przeczytałam na plakacie
reformator
rewolucjonista
oksymoron

paralela
eufemizm
homonim
antonim
synonim
epitet

 Dla mnie to trochę jak oksymoron - te osławione plusy ujemne rewolucjonisty, co nie chciał, ale musiał. Z drugiej jednak strony - cóż nam po rewolucji? Miała być demokracja, a tu każdy wygaduje co chce! Może rzeczywiście lepsza jest reformacja zamiast rewolucji? Tylko jak konserwatysta przywiązany do tradycji i niechętny zmianom może być reformatorem wprowadzającym zmiany i reorganizującym tradycję?
Tylko nadzwyczajny moron zrozumie ów polityczny oksymoron. Fascynujące właściwości homonimów wyjaśnią lepiej, dlaczego zawód polityka tak często przynosi zawód wyborcom. Gdy wszystkie obietnice zapięte są na zamek - polityk buduje sobie zamek, żeby nie powiedzieć: niedostępną twierdzę.  Przestaje być swojakiem i krajanem a zaczyna być obcym i nieznanym (żeby nie używać epitetów). Tak to bywa w słowniczku polityki: najpierw wyborcy szukają  synonimów do przedstawiciela, potem elektorat staje się antonimem przedstawiciela.
Stłucz pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki - radził polityk, konsultując zrakowacenie życia społecznego. Paralela z medycyną wydaje się słuszna. Niedawno rynek farmaceutyków przekonywał, że lekiem chroniącym przed rakiem są antyoksydanty. Zaczęto produkować liczne suplementy, bogate w te cudowne substancje. Jak się później okazało - chemicznie wyprodukowane antyoksydanty mogą nie tylko nie pomagać w leczeniu chorób, ale także przyspieszać ich występowanie i rozwój.
Reformatorskie i rewolucyjne recepty polityków działają podobnie - eufemistycznie mówiąc.

piątek, 7 marca 2014

potęgi klucz


ruskie pierogi
ukraiński barszcz
francuskie ciasto
amerykańska borówka
bretońska fasolka
węgierka śliwka
włoszczyzna
arabica


Obejrzałam "Wilka z Wall Street". Okropny! Prostacki, grubiański i wulgarny! Przez trzy godziny oczu nie można oderwać: sex, drugs & ... nie, nie rock'nroll. Intensywny trening umiejętności sprzedażowych, w wersji zupełnie innej niż to, co na kosztownych szkoleniach prezentowane jest jako:  Komunikacja werbalna i niewerbalna w trakcie rozmów handlowych: a. Spójność komunikacji werbalnej i niewerbalnej, b. Perswazyjne elementy wypowiedzi...
Co można sprzedać po takim szkoleniu? A co sprzedawał Jordan Belfort? No nie były to wszak amerykańskie borówki. Nie były to też, jak w "Nieoczekiwanej zmianie miejsc" pomarańcze, czy jakieś inne produkty spożywcze, które w zależności od splotu pogody i geopolityki dają finansowy sukces jednym, a porażkę innym.
Elastycznie definiując, Belfort sprzedawał marzenia o luksusie. I dobrze mu szło, bo jesteśmy zakładnikami naszych wyobrażeń i stereotypów. Weźmy na przykład edukację: nie chodzi o to, by uczeń stał się lepszym człowiekiem. Przyjmujemy, że edukacja to klucz do sukcesu. Co jest wyznacznikiem sukcesu? Kiedyś ładnie się rymowało: fura, skóra i komóra. Teraz pewnie są to inne rzeczy, ale nadal są to rzeczy.
Wartość rzeczy jest umowna. Mnie zachwyca picie świeżo zmielonej arabiki z porcelanowej filiżanki. Inni wolą kawę instant z papierowego kubka wielkosieciowej kawiarni. To pokazuje, że są bardzo zajęci, spieszą się, czyli są ważni i potrzebni. Nie lepią ruskich pierogów - nie warzą ukraińskiego barszczu - to strata czasu. Fasolka po bretońsku? Kto moczyłby ziarna przez dobę i gotował kilka godzin?! Człowiek sukcesu nie wałkuje godzinami francuskiego ciasta i nie zrywa węgierek na dżem. Pospiesznie przełyka pożywnego indyka z włoszczyzną.
Nie mówi nawet: Zmarnowałem podeszwy w całodziennych spieszeniach, Teraz jestem słoneczny, siebie pewny i rad. Idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach ... Jest wyedukowany do sukcesu, a nie cytowania jakieś poezji. Chyba, że mowa wiązana pomaga w sprzedaży.

A propos' - mam parę słów do sprzedania 
SAWKA promo