poniedziałek, 1 września 2014

podróżować jest bosko

Dzieciństwa się nie wybiera. Można być polskojęzyczną Ślązaczką, która rozpoczęła edukację podczas wojny w kinderschule w Lublinie, a na starość mieszkać nad Balatonem. I delektować się:
węgierskim gulaszem
turecką kawą
francuskim rogalikiem
lizbońską babeczką
ruskimi pierogami
ukraińskim barszczem
bretońską fasolką

angielską herbatką

Nie odważyłam się zapytać srebrnowłosej kobiety, kim byli jej rodzice, skoro chodziła do "kinderschule" obok obozu na Majdanku. Niemniej kosztowało mnie sporo wysiłku, żeby nie wyrwać ręki z jej uścisku. Zrzuciła właśnie rękawiczki, porzucając pracę w ogródku, bo usłyszała w małym węgierskim miasteczku polską mowę. Rozpromieniła się na słysząc nazwę Lublin. Z wysiłkiem kleciła zdania z mieszanki polskich i niemieckich słów, ciesząc się, że na starość spotkała kogoś z miasta swojego dzieciństwa.  Trudnego dzieciństwa, bo to była wojna i musiała wyjechać ze śląskiego miasteczka.
I ani śmiałam pomyśleć, że w tym samym czasie jeden mój kuzyn był więziony na Majdanku, inni robili partyzantkę w podlubelskich lasach. Jedna ciocia zdarła stopy do krwi uciekając z transportu na roboty do Niemiec. Jeden wujek uciekł od bauera do francuskiej partyzantki, a inny - żandarm z Żytomierza przemierzył pół świata i został cichociemnym. A jeszcze inny, z robót w Niemczech, wywędrował do Australii, bo wieś, z której go zabrano nie była już Polsce tylko w Rosji. Moi przodkowie stali pewnie po drugiej stronie wojennego frontu niż przodkowie sympatycznej węgierskiej staruszki. Ale kimże ja jestem, żeby traktować ją oschle lub patrzeć na nią wyniośle?
Tak wyniośle patrzyła na innych kobieta w czadorze i złotej blaszce na nosie. Przechadzała się po wiedeńskim Praterze i władczym gestem dłoni ozdobionej wykwintnymi tatuażami, zabraniała fotografowania. W jej wzroku zdumienie mieszało z niesmakiem. Spróbowałam popatrzeć na świat z jej perspektywy. O jejuńciu! Ale dziwadła wokół! Te kobiety eksponujące w biały dzień trzeciorzędne cechy płciowe, ci rowerzyści w kaskach komandosów i uniformach opiętych na fałdach tłuszczu. I wszyscy obwieszeni elektroniką, którą zamieniają świat w pojedyncze kadry.
Rzeczywiście - zabawni jesteśmy my, turyści. Niemniej podróżować jest bosko, zwłaszcza, gdy od Adriatyku po Bałtyk nikt nie pyta o paszport. A wyjazd na roboty do innego kraju jest wyborem, nie wojennym przymusem.

angielski online

wtorek, 5 sierpnia 2014

zrobiłam Bug

Zblazowany redaktor w studio narzekał na zamknięcie paru ulic w stolicy, a reporter z ulicy tłumaczył, że tłum się gromadzi "murem za kimś". Dołączyłabym do zgromadzenia, ale odstręcza mnie myśl o tym tłumie borderline skłonnym do           


wiecznych fochów
działań impulsywnych
reagowania gniewem
słomianego zapału
kapryśnego nastroju
chwiejnych związków
wewnętrznej pustki
braku celu
nieznajomości siebie

Ta „osobowość z pogranicza” dostrzeżona przez Roberta Knighta w połowie XX wieku, zgrabnie połączyła ludzi z zaburzeniami psychotycznymi i zaburzeniami neurotycznymi.  Neurotyczna osobowość naszych czasów wynaleziona przez Karen Horney musiała ustąpić miejsca schizom i fake'om. Wypada deklarować nieoglądanie TV i wyłączanie FB, ale też wypada mieć "fejkowe", czyli z angielska podrobione konto na portalu społecznościowym. Z tej pozycji można gardzić światem  i krytykować. Jak celebryta publicznie narzekający na ... na wszystko.  Na zajmowanie stolicznych ulic przez amatorów kolarstwa, jak również na zajmowanie uroków prowincji przez amatorów pośledniego grilla.
Podobno gruba celebrytka pokrzykująca w TV wulgaryzmy, przyjechała nad Jezioro Białe i wytrząsała się nad jakością jadła i napojów. I ja tam byłam tam. Rewelacja! To musi być dobre, skoro tłum ludzi chce tam być. Na poboczach i na jezdni morze samochodów; na chodnikach grubi i chudzi; bosochodzący panowie i panie w szpilkach; faceci w czarnych skarpetach i babeczki w bikini. Jedzenie musi być pyszne, skoro ludzie czekają godzinę na zapiekankę. W cenie - muzyka w nieograniczonej ilości decybeli. 
Do tego widok plaży z pryczkami jak na Rivierze, widok jeziora z motorówkami ciągnącymi banany; do tego automatyczne gry i zabawy. Nic dziwnego, że wszystkie stoliki zajęte. Prócz jednego.
Wolny stolik wydawał się najlepszym miejscem. W cieniu, z dala od głośników i barmanki wykrzykującej numery zamówień. Rozsiadłam się. Na wprost kłębił się tłum przy dystrybutorze piwa i dzieci na plaży. Przy stolikach obok wszyscy pogrążeni w telefonicznych konwersacjach, po drugiej stronie piekli się na słońcu amatorzy kometki. Już miałam wyciągnąć papierosy i zamówić piwo, gdy nagły impuls kazał mi spojrzeć w tył. Zobaczyłam stolik przykryty białym obrusem, na którym stała figurka Madonny. Obok pasyjka i kielich mszalny. A gdy bardziej odwróciłam głowę, zorientowałam się, że siedzę plecy w plecy z księdzem. A tłumek pobożnych patrzy na mnie z niejaką odrazą.
Ha! Znów na granicy. Tym razem na granicy sacrum i profanum. Signum temporis - znak czasu: borderline to ja. Ale nie! Nie będę kaprysić, krytykować, narzekać. Wsiadłam na rower i postanowiłam "zrobić Bug trzech granic". Tak się mówi w wakacje: zrobić Włochy, albo Chorwację, albo Grecję zrobić. Żeby "naładować akumulatory" - też się tak mówi, tak. Koniecznie z "tak", uwieszonym na końcu zdania, tak. Rajmund też lubi ładować akumulatory w rozentuzjazmowanym tłumie wczasowiczów, ale poczuł w sobie osobowość pogranicza.
I pojechaliśmy. Wzdłuż Bugu... dałby Bóg, żeby buk przepłynął przez Bug... albo żeby kajakiem pływać sobie od brzegu do brzegu i nie myśleć: tu się kończy Europa, a tam dalej wojna.





czwartek, 31 lipca 2014

sztuka wypoczywania


Ten wielki sufraż i wyzwolenie kobiet to pomyłka. Czyszczę szprychy roweru i śmierdzę benzyną. A kobieta powinna leżeć i pachnieć. Lub jechać do wód. To przecież kobiety wynalazły luksusy:
sanus per aquam
rzymskie termy
japońskie onseny
skandynawskie sauny
greckie gimnazjony
tureckie Pamukkale
polskie krynice
słowackie wody termalne
Boże broń - nie narzekam. Właśnie wróciłam z Elizówki, czyli targu hurtowego. - Do agencji - powiedziała siostra płacąc za bilet parkingowy. - Towarzyskiej? - zażartował parkingowy. - Wolałabym - zażartowała siostra. Kiedy ona realizowała swoje rolnicze powinności w wyznaczonym biurze, mogłam błąkać się po chłodnych halach. Tam to dopiero kobiety używają wolności i feminizmu. Dźwigają skrzynki z owocami, a potem wsiadają do furgonetek i hajda! Na pola kalafiorów, do sadów, grządek. - Tylko siąść i płakać - odpowiedziała sprzedawczyni na moje pytanie, czy jabłka, co mi się podobają, to na pewno polskie. - I co my zrobimy z tymi polskimi jabłkami.
Już miałam zaproponować pieczenie gigantycznych szarlotek, zasługujących na wpis do księgi rekordów Guinnessa, ale powstrzymał mnie smutek na jej twarzy. Nie zaproponowałam też prozdrowotnej kampanii pod hasłem: jabłko z wieczora zastąpi doktora. Przecież zamiast jabłkowego soku, jabłkowego musu, jabłkowych szarlotek - wszyscy wolą zagraniczne przysmaki. Jakoś bardziej elegancko jest jeść włoskie tiramisu, portugalskie pasteis de Belem, czy francuskie croissanty.
Wielka mi filozofia kulinarna półproduktów z supermarketu. Ersatz przy szarlotce na kruchym cieście. Tak jak i luksusowe wczasy na zagranicznych riwierach. Z betonowych klitek w blokowiskach, płynie się w klitkach na promie do betonowych klitek w hotelowiskach. Miło, czysto, tłoczno - elegancko.
Ach... ochłodziło się nieco, idę szykować rower na ścieżki między sadami.  

poniedziałek, 28 lipca 2014

bojownicy o pokój

Zelig - to moje drugie imię. Czytając Orianę Fallaci myślę dokładnie jak ona. Zwłaszcza w 100. rocznicę wybuchu I Wojny światowej. I w 10. rocznicę śmierci Autora "Listów przeciwko wojnie". I gdy słyszę wyrok Trybunału w Strasburgu w sprawie terroryści przeciw Polsce.    


To jest wojna, obudźcie się! Czy nie widzicie, że chcą nas zniszczyć? Że czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci, tylko dlatego, że pijecie wino lub piwo, chodzicie do teatru lub kina, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, kochacie się kiedy chcecie, gdzie chcecie i z kim chcecie?

"To jest wojna" oznajmiła Oriana Fallaci w słynnym eseju "Wściekłość i duma". Czytelnicy zachwycili się filipiką pełną furii: "Chcesz, żebym się wreszcie odezwała. Prosisz, żebym tym razem przerwała milczenie, które wybrałam, które od lat sobie narzucam, żeby nie wmieszać swojego głosu w orkiestrę cykad. I zrobię to. Ponieważ dowiedziałam się, że również we Włoszech są tacy, którzy się cieszą - tak samo jak wczoraj wieczorem w Gazie przed kamerami cieszyli się Palestyńczycy. "Zwycięstwo! Zwycięstwo!". Mężczyźni, kobiety, dzieci. O ile kogoś, kto zachowuje się w taki sposób, w ogóle można nazwać mężczyzną, kobietą czy dzieckiem. Dowiedziałam się, że niektóre luksusowe cykady, politycy lub tak zwani politycy, intelektualiści lub tak zwani intelektualiści, a także inne indywidua, które nie zasługują na miano obywateli, zachowują się zasadniczo tak samo. Mówią: "Dobrze tak Amerykanom. Dobrze im tak". I jestem bardzo, bardzo, bardzo wściekła. Wściekła wściekłością zimną, przejrzystą, racjonalną. Wściekłością, która eliminuje wszelki dystans, wszelką wyrozumiałość, która mi każe udzielić im odpowiedzi, a przede wszystkim ich opluć. Pluję na nich. Równie wściekła co ja afroamerykańska poetka Maya Angelou wczoraj ryknęła: "Be angry. It's good to be angry, it's healthy".


I powtarzam sobie lekcję historii: "28 czerwca 1914 w Sarajewie zamordowany został austriacki następca tronu, arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Niecały miesiąc później Austro-Węgry postawiły ultimatum rządowi w Belgradzie. Zostało ono odrzucone. W dniu 28 lipca 1914 Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii. Cesarz Franciszek Józef wystosował odezwę „Do moich ludów!” Skutki były katastrofalne: W Europie, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Azji Wschodniej walki trwały aż do roku 1918. Ponad 17 milionów ludzi straciło życie w tej wielkiej wojnie, w której po raz pierwszy użyto nowoczesnej broni  niosącej masową zagładę."
"To jest wojna" powtarzam za Fallaci, patrząc na krwawe zdjęcia z "konfliktów" na Wschodzie bliższym i dalszym. Wzrok biegnie na ulubioną półkę z przetartymi pomarańczowo żółtymi grzbietami... "W Azji". Nie. To nie ta książka Terzianiego na dziś.  „Zwątpienie jest najważniejszą funkcją myślenia; wątpliwość leży u podstaw naszej kultury” - pisał w "Listach przeciwko wojnie". Napełniam płuca powietrzem, głęboko, aż po przeponę. Zatrzymuję oddech na chwilę, bo jak mówią: nie warto żyć dla liczby oddechów - warto żyć, dla tych chwil, gdy się wstrzymuje oddech. ... "Czasami zastanawiam się, czy uczucie frustracji i bezsiły, doznawane przez tak wielu, zwłaszcza młodych ludzi, we współczesnym świecie, nie jest spowodowane tym, że wydaje im się tak skomplikowany i trudny do zrozumienia, że jedyną możliwą reakcją jest przeświadczenie, że należy on do kogoś innego, jest światem, którego nie można dotknąć, którego nie można zmienić. Tak jednak nie jest: świat należy do wszystkich."
Do wszystkich?! Do wszystkich?! Do bojowników cudzej wolności też?!


sobota, 19 lipca 2014

cykliści i ekspaci

Podziwiam kobiety, które zdecydowały się nie mieć dzieci. Tak samo podziwiam kobiety, które zdecydowały się mieć dzieci kilkoro. Uczę teraz pięciolatka jeździć na rowerze. A może lepiej, żeby nie umiał? Mały epizod w życiu dziecka - a tyle wątpliwości.
 
... bo życie nie cofa się
i nie zatrzymuje
na dniu wczorajszym.
Jesteście łukami,
które wypuszczają dzieci jak żywe strzały,
łucznik widzi cel do nieskończoności
i on was napina swą mocą
aby jego strzały mogły dolecieć
szybko i daleko...
 
Khalil Gibran "Prorok"
 
 Rutyna umiejętności pozwala zapomnieć, żeby nie lekceważyć drobiazgów, z których składa się doskonałość. Kiedy patrzysz na kolarzy śmigających w Tour de France, ani pomyślisz, ile kunsztu wymaga jeżdżenie na rowerze. Żeby ruszyć trzeba: ustawić koła i ramę w idealnie równej linii; ustawić prawy pedał w górze (chyba, że jest się zlateralizowanym lewostronnie - to lewy); przełożyć nogę nad ramą; umieścić dominująca stopę na pedale; drugą obok opuszczonego niżej; odepchnąć się stopą od Ziemi i całą energię przełożyć na przeciwległy pedał; trzymać równowagę patrząc w dal (nie tracąc z oka tego, co bliskie).... Bezpieczne branie zakrętów i zatrzymywanie się - to cała fizyka drobnych gestów. I nagle malec gna i wrzeszczy z radości i już nie słyszy żadnych dobrych rad...
Albo w skansenie. Malec znudzony ogląda pługi i brony, żarna i stępy, niecki i przetaki. Nagle dostrzega kierat i chce wiedzieć jak działają te wszystkie zębate koła i widać, że zaczyna myśleć zupełnie samodzielnie. Niby dobrze, niby o to właśnie chodzi. Tylko gdy wszystko już zrozumie, gdy będzie wpisywał skomplikowane formuły w arkusz kalkulacyjny - zostanie specjalistą, którego zajęć nikt bliski nie rozumie. Wyruszy w świat popisując się swoimi unikalnymi umiejętnościami. Niby dobrze: zostanie ekspatą pożądanym w każdej korporacji. Ale wyemigruje stąd, a tam będzie imigrantem. Ta historia ciągle się powtarza...  
W 1608 na statku "Mary & Margaret" przypłynęli do Ameryki pierwsi Polacy. W założonym rok wcześniej Jamestown zorganizowali produkcję smoły, dziegciu i szkła oraz szkolili przybyłych wcześniej osadników. Pierwsze szklane wyroby "Made in America" eksportowane do Europy zrobili polscy rzemieślnicy. W lipcu 1619 zorganizowali pierwszy robotniczy strajk polityczny,  ponieważ prawo głosu w wyborach do tworzonego Zgromadzenia Virginii, gubernator przyznał wyłącznie kolonistom pochodzenia angielskiego.
Może powinni zostać na ojcowiźnie? Może matka nie powinna pozwolić im się uczyć?
ps
gdyby jednak dziecko miało się uczyć - tu kliknij
UCZ SIĘ ANGIELSKIEGO ONLINE

poniedziałek, 14 lipca 2014

tęcza i krasnale

Znajoma wrzuciła do sieci fotkę tęczy nad Warszawą... Taka ta tęczka była rachityczna, całkiem nie stoliczna. Zupełnie jak nadmorskie pejzaże innej koleżanki, która przeczytała, że kicz to "sztuka ludzi ludzi szczęśliwych" i teraz każdemu swojemu wakacyjnemu zdjęciu daje tytuł "kicz".


kicz
szmira
tandeta
chłam
chała
chałtura
badziewie
bubel

Taka prowincjuszka z tej mojej koleżanki. Po co to z naszych wschodnich kresów jechać na kresy północne? Może nad morze - najwyżej w góry, jak to mówią, planując wakacje. A z naszej wsi to do wielkiego miasta trzeba jechać. Przynajmniej do Lublina. Bardzo elegancko teraz jest: wielka katapulta pod Ratuszem, archaiczny trabant pod Trybunałem, a obok obelisku Unii Lubelskiej - obelisk żółto-niebieski. Nie wiem czemu obelisk jest poświęcony, bo wyjaśnienie "co artysta chciał powiedzieć", małymi literkami przy bruku umieścili. Przecież nie będę czytać na kolanach. Poza tym rok temu stała w tym miejscu słomiana brama tryumfalna i bardziej mi się podobała.
Brama słomiana podniosła liczbę bram miejskich do pięciu i nikt już nie mógł insynuować, że o moim to mieście są słowa: W mieście, którego nazwiska nie powiem, Nic to albowiem do rzeczy nie przyda, W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem, W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda, W mieście - gród, ziemstwo trzymało albowiem, Stare zamczysko , pustoty ohyda, Było trzy karczmy, bram cztery ułomki, Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.  W Lublinie natomiast elegancko i nowocześnie:  lotnisko, stadion i LSS Społem spod znaku tęczy.
Stolica jednak próbuje zawłaszczyć znak Spółdzielni Spożywców. Byłam w Warszawie i specjalnie udałam się na Plac Zbawiciela. ŁĄŁ! Robi wrażenie! To już nawet nie jest plagiat szyldu Spółdzielni Spożywców ani jej kryptoreklama. To kicz jest, który z honorami powinien być odstawiony do Sevres. A po drodze, na chwilę chociaż powinien trafić do Musee d'Orsay w Paryżu. Tam wiszą nieśmiertelne "Sarny w lesie" Courbeta - też wzór szmiry i tandety. Miałam nadzieję, że zobaczę tam przynajmniej leprechauna, który jak wiadomo siedzi po drugiej stronie tęczy. Niestety, spotkanie leprechauna jest wydarzeniem bardzo rzadkim, i jeśli już, to ma miejsce zwykle w okolicy elfickich fortów.
We Wrocławiu są krasnale, nowoczesna armia Pomarańczowej Alternatywy. Tam może lepiej pojechać? Wszak to stolica kultury - prawie - bez tęczy i z krasnalami, które nie są chałturą ani badziewiem.


A konstrukcje z kwiatów najlepiej oglądać w Portugalii na Festa dos Tabuleiros.
https://www.youtube.com/watch?v=-03DRnbxoU8