Jaki powinien być nauczyciel? Zwłaszcza w podstawówce przywróconej do PeeReLowskiego systemu? Osobiście
najbardziej lubię wędrownych nauczycieli z pratchettowskiego Świata
Dysku. Chociaż nie są ani
poważni
wyniośli
niedostępni
nowocześni
multimedialni
m-learningowi
sprawiedliwi
idealni
W Świecie Dysku jest jeszcze Susan Sto Helit - jedyna w swojej
kategorii. Ma przerażającą umiejętność poświęcania rozmówcy całej
swojej uwagi. Zamiast metody nauki przez zabawę - wybiera metodę
zwracania uwagi na to, co ktoś mówi. To stosunkowo proste, jeśli tylko
mówi się GŁOSEM. Tego daru nie mają w Świecie Dysku wędrowni nauczyciele. Dlatego muszą starać się bardziej.
Ich zajęcie polegało na sprzedawaniu tego, co niewidzialne. A to, co
sprzedawali, nadal mieli. Sprzedawali coś, czego każdy potrzebuje, ale
niewielu chce. Sprzedawali klucz do wszechświata ludziom nie mającym
pojęcia, że trzeba go otwierać.
W magicznym Świecie Dysku jest też Uniwersytet. Bardzo przypomina rafę
koralową. Gwarantuje spokojne wody i
cząsteczki pożywienia dla delikatnych, a jednak cudownie skonstruowanych
organizmów. Organizmy te nie mogłyby w żaden sposób przetrwać w
grzmiących falach rzeczywistości, gdzie ludzie zadają takie pytania jak:
“Czy to, co robisz, jest do czegoś przydatne?” I inne, podobnie
bezsensowne. Uniwersytety są skarbnicami wiedzy: studenci przychodzą ze
szkół przekonani, że wiedzą już prawie wszystko; po latach odchodzą
pewni, że nie wiedzą praktycznie niczego. Gdzie się podziewa ta wiedza?
W naszym realnym świecie jest zupełnie inaczej. Większość posiada
niezbite przekonanie, że ma w posiadaniu pełną wiedzę o praktycznie
wszystkim. Posiadacze prawdy przekonują do niej wszystkich wokół. Cóż, mamy
wolność słowa. To także wolność pisania i wygłaszania dziesięciu
komentarzy dziennie, jak również wypowiadania opinii na dowolny temat.
Mamy też studia, które uczą, jak robić to trochę mądrzej i dużo
skutecznej.
A ja mam koleżankę, za którą wędrowałam całe popołudnie, gdy
przemierzała ulice Starego Miasta z kagankiem oświaty. Chociaż może to
był klucz do wszechświata? W każdym razie - było magicznie, jak w
pratchettowym magicznym uniwersytecie. A wiecie, kto tam jest bibliotekarzem?! Odpowiedź jest dość prosta lub może podpowiedzieć ją wielki gOOg.
Kto będzie uczył chemii, fizyki i biologii w małych wiejskich szkółkach? Oto jest pytanie!
Chcesz mieć umysł jak brzytwa? Ćwicz! Metodą "rzymskiego pokoju" lub układając słowa w historyjki
czwartek, 3 września 2015
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
niedziela, 23 sierpnia 2015
sobota, 22 sierpnia 2015
Między spojrzeniami
Kim są plażowicze barykadujący się na plażach? Urzędnicy, którzy z biurowych boxów
przenieśli się za parawany? My ludzie, wołamy "chcemy zmiany" i
zmieniamy
blokowisko na hotelowisko; jednego faraona na drugiego, cara na dyktatora. Uważamy, że od naszej decyzji powinno zależeć jakie będą
krawężniki
lasy
szkoły
podatki
emerytury
plebiscyty
głosowania
referenda
Moje spojrzenie na krawężniki, różni się od spojrzenia inżyniera drogowego. Ja uważam, że wysokie krawężniki w czasie deszczu zamieniają jezdnie w rwące potoki, prowadzące deszczówkę do wyregulowanych strumieni, a potem szybciutko do morza. Gdyby woda rozlewała się na pobocza i przydrożnych rowów, wsiąkałaby w ziemię i nie byłoby wielkiej suszy. Inżynierowie... Oni nie zauważają nawet gigantycznych kałuż, utrapienia nas - kierowców i pieszych. Nasza frustracja nikogo nie obchodzi, poddajemy się manipulacji handlarzy krawężników, polityków i pismaków. Handlarzy rozumiem - biznes jest biznes. Politycy powinni jednak służyć społeczeństwu, a publicyści dawać głos tym, którzy głosu nie mają, nie potrafią analizować faktów i konkretyzować myśli.
Powtarzam sobie słowa Kapuścińskiego: "Nie wierzę w bezstronne dziennikarstwo, nie wierzę w formalny obiektywizm. Dziennikarz nie może być obojętnym świadkiem, powinien posiadać zdolność, którą psychologia nazywa empatią… Tak zwane dziennikarstwo obiektywne jest niemożliwe w sytuacjach konfliktów. Próby obiektywizmu w takich sytuacjach prowadzą do dezinformacji." Kapuścińskiego spojrzenie na dziennikarstwo nie odnosiło się chyba do zamieszczania w prasie fotografii ofiar kataklizmów i rozpłatanych siekierą dziewczynek?! Owszem, ludzie lubią nurzać się okrucieństwie, ale kiedy spojrzy im się w oczy - zaprzeczą. Wiedzą, że to źle świadczy o ich etyce i estetyce.
Po prawdzie to wielu nie wie nawet co znaczy: etyka i estetyka. Nie znają też statusu lasów, sposobu naliczania ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, nie potrafią wypełnić deklaracji podatkowej. Ba! nie potrafią nawet zmienić dzwonka we własnym telefonicznym urządzeniu mobilnym. Nie wiedzą, co to m-learning i e-learnig, nie czytali książek wydanych cyfrowo, ba! w ogóle nie przeczytali żadnej książki w ostatniej pięciolatce. Czy sześciolatek jest za głupi na naukę czytania i rachowania - wiedzą jednak. Tak przynajmniej twierdzą populiści odwołujący się do ich "zbiorowej mądrości".
My, którym puchną ręce od układania krawężników, puchną nogi od przenoszenia paczek, pocą się głowy przy pracy w skwarze - wytypowaliśmy przedstawicieli, żeby za nas czytali naukowe opracowania i obmyślali projekty prawa... Tymczasem parlamentarzyści plotą bez sensu, a publicyści to spisują. Jakby nie spojrzeli nigdy na obrazki, na których tacy jak my - budowali i Babel, i Bastylię, i . . . gilotyny.
krawężniki
lasy
szkoły
podatki
emerytury
plebiscyty
głosowania
referenda
Moje spojrzenie na krawężniki, różni się od spojrzenia inżyniera drogowego. Ja uważam, że wysokie krawężniki w czasie deszczu zamieniają jezdnie w rwące potoki, prowadzące deszczówkę do wyregulowanych strumieni, a potem szybciutko do morza. Gdyby woda rozlewała się na pobocza i przydrożnych rowów, wsiąkałaby w ziemię i nie byłoby wielkiej suszy. Inżynierowie... Oni nie zauważają nawet gigantycznych kałuż, utrapienia nas - kierowców i pieszych. Nasza frustracja nikogo nie obchodzi, poddajemy się manipulacji handlarzy krawężników, polityków i pismaków. Handlarzy rozumiem - biznes jest biznes. Politycy powinni jednak służyć społeczeństwu, a publicyści dawać głos tym, którzy głosu nie mają, nie potrafią analizować faktów i konkretyzować myśli.
Powtarzam sobie słowa Kapuścińskiego: "Nie wierzę w bezstronne dziennikarstwo, nie wierzę w formalny obiektywizm. Dziennikarz nie może być obojętnym świadkiem, powinien posiadać zdolność, którą psychologia nazywa empatią… Tak zwane dziennikarstwo obiektywne jest niemożliwe w sytuacjach konfliktów. Próby obiektywizmu w takich sytuacjach prowadzą do dezinformacji." Kapuścińskiego spojrzenie na dziennikarstwo nie odnosiło się chyba do zamieszczania w prasie fotografii ofiar kataklizmów i rozpłatanych siekierą dziewczynek?! Owszem, ludzie lubią nurzać się okrucieństwie, ale kiedy spojrzy im się w oczy - zaprzeczą. Wiedzą, że to źle świadczy o ich etyce i estetyce.
Po prawdzie to wielu nie wie nawet co znaczy: etyka i estetyka. Nie znają też statusu lasów, sposobu naliczania ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, nie potrafią wypełnić deklaracji podatkowej. Ba! nie potrafią nawet zmienić dzwonka we własnym telefonicznym urządzeniu mobilnym. Nie wiedzą, co to m-learning i e-learnig, nie czytali książek wydanych cyfrowo, ba! w ogóle nie przeczytali żadnej książki w ostatniej pięciolatce. Czy sześciolatek jest za głupi na naukę czytania i rachowania - wiedzą jednak. Tak przynajmniej twierdzą populiści odwołujący się do ich "zbiorowej mądrości".
My, którym puchną ręce od układania krawężników, puchną nogi od przenoszenia paczek, pocą się głowy przy pracy w skwarze - wytypowaliśmy przedstawicieli, żeby za nas czytali naukowe opracowania i obmyślali projekty prawa... Tymczasem parlamentarzyści plotą bez sensu, a publicyści to spisują. Jakby nie spojrzeli nigdy na obrazki, na których tacy jak my - budowali i Babel, i Bastylię, i . . . gilotyny.
środa, 5 sierpnia 2015
czytając Prusa
Zasada Pareto znalazła nowe zastosowanie. 20 proc. Polaków martwi się
lub cieszy zmianą prezydenta, a 80 proc. ma wakacje od polityki. A to są
ważne sprawy! Poprzedni Pan Prezydent czytał z narodem arcydzieła
literatury. Czy nowy będzie kontynuował Narodowe Czytanie? I czy będzie
to "Lalka" pana Prusa? A może lektura zostanie zamieniona na
"Kamizelkę"? Albo pojawi się inna, bardziej politycznie zaangażowana
część garderoby - jakieś
szorty
podwinięte nogawki
balaklawy
kaptury
maciejówki
gorsety
bikini
parasole
Ubranie ma znaczenie. W Baku urządzono marsz w szortach, dla okazania, że Azerbejdżan nie jest państwem wyznaniowym. To może być poważna sprawa, wszak w czasie wielkiej rewolucji francuskiej zamiast pończoch i krótkich spodenek zwanych „culottes”, zaczęto chodzić tylko w długich spodniach. Do tego ubierano prostą kamizelkę oraz czapkę frygijska na znak wolności. W Czechach, a nawet i w Polsce, dla uczczenia rewolucyjnych zmian zapoczątkowanych przez Vaclava Havla podwija się nogawki spodni.
Dodatki odzieżowe są ważne. Jakiś czas temu temu ulice Hongkongu przesłoniło morze żółtych parasoli, stając się politycznym manifestem. Damy pojawiające się wśród "Emancypantek" pana Prusa też nosiły parasolki, ale dla ochrony modnej bladości. To też było manifestem pewnego stylu życia. Te panie jednak odeszły w niepamięć, gdy inne zaczęły wielki sufraż, zrzucając krępujące je gorsety. W następnym stuleciu na plażach pojawiły się już tylko w skrawkach bielizny. Projektant Réard postanowił nazwać swój kostium„bikini” na cześć archipelagu wysp Bikini, na którym Amerykanie prowadzili testy broni jądrowej. Nazwa kostiumu wskazywała no to, że kobieta wygląda w nim „bombowo”. Nieco później kobiety walczące o lepszy los, zrzucały nawet biustonosze i podpalały nimi stos.
To nie były jakieś "Lalki" pana Prusa. To nie były celebrytki ani gwiazdy dyskotek, stanowiły może 20 proc. żeńskiej populacji. Dlatego narodowe czytanie "Lalki" - ikony 80 proc. pięknych pań ma głęboki sens. Ba! Warto wrócić do felietonów pana Prusa, które nadal są aktualne. Warto naciągnąć kaptury na głowy i czytać "Kroniki tygodniowe". Ot choćby taki fragment:
Bo tylko przypomnijmy sobie jaki był stan umysłu przed dwudziestu pięciu laty. Co było naszym najwyższym ideałem? Oto biały dworek szlachecki, którego właściciel objeżdżał pola, urządzał krakowskie wesela i polowania, nie uciemiężał, z równymi sobie postępował honorowo. Żył w harmonii z proboszczem i zdrowo chował dzieci. Zawsze interesował się polityką, niekiedy czytywał dzieła historyczne, niekiedy bawił się filozofią niemiecką, której absolutnie nie rozumiał. Nasz kraj składał się z dwóch warstw. Jedną była szlachta, naczynie ducha, a drugą cała reszta narodu...
szorty
podwinięte nogawki
balaklawy
kaptury
maciejówki
gorsety
bikini
parasole
Ubranie ma znaczenie. W Baku urządzono marsz w szortach, dla okazania, że Azerbejdżan nie jest państwem wyznaniowym. To może być poważna sprawa, wszak w czasie wielkiej rewolucji francuskiej zamiast pończoch i krótkich spodenek zwanych „culottes”, zaczęto chodzić tylko w długich spodniach. Do tego ubierano prostą kamizelkę oraz czapkę frygijska na znak wolności. W Czechach, a nawet i w Polsce, dla uczczenia rewolucyjnych zmian zapoczątkowanych przez Vaclava Havla podwija się nogawki spodni.
Dodatki odzieżowe są ważne. Jakiś czas temu temu ulice Hongkongu przesłoniło morze żółtych parasoli, stając się politycznym manifestem. Damy pojawiające się wśród "Emancypantek" pana Prusa też nosiły parasolki, ale dla ochrony modnej bladości. To też było manifestem pewnego stylu życia. Te panie jednak odeszły w niepamięć, gdy inne zaczęły wielki sufraż, zrzucając krępujące je gorsety. W następnym stuleciu na plażach pojawiły się już tylko w skrawkach bielizny. Projektant Réard postanowił nazwać swój kostium„bikini” na cześć archipelagu wysp Bikini, na którym Amerykanie prowadzili testy broni jądrowej. Nazwa kostiumu wskazywała no to, że kobieta wygląda w nim „bombowo”. Nieco później kobiety walczące o lepszy los, zrzucały nawet biustonosze i podpalały nimi stos.
To nie były jakieś "Lalki" pana Prusa. To nie były celebrytki ani gwiazdy dyskotek, stanowiły może 20 proc. żeńskiej populacji. Dlatego narodowe czytanie "Lalki" - ikony 80 proc. pięknych pań ma głęboki sens. Ba! Warto wrócić do felietonów pana Prusa, które nadal są aktualne. Warto naciągnąć kaptury na głowy i czytać "Kroniki tygodniowe". Ot choćby taki fragment:
Bo tylko przypomnijmy sobie jaki był stan umysłu przed dwudziestu pięciu laty. Co było naszym najwyższym ideałem? Oto biały dworek szlachecki, którego właściciel objeżdżał pola, urządzał krakowskie wesela i polowania, nie uciemiężał, z równymi sobie postępował honorowo. Żył w harmonii z proboszczem i zdrowo chował dzieci. Zawsze interesował się polityką, niekiedy czytywał dzieła historyczne, niekiedy bawił się filozofią niemiecką, której absolutnie nie rozumiał. Nasz kraj składał się z dwóch warstw. Jedną była szlachta, naczynie ducha, a drugą cała reszta narodu...
piątek, 31 lipca 2015
wybierz kapelusz
Szafiarka to ma klawe życie. Oraz ciuchy całkiem klawe! Przede wszystkim już o świcie . Dają jej lanserską balaklawę... Dobrze, dobrze być szafiarką, rozmyślać o świetnych szatach, a nie o związkach frazeologicznych haseł wyborczych
1923: będzie gorzej
1944: zrobić oficera
1950: ORMO czuwa
1993: czas na zmiany
1995: wybierzmy przyszłość
1997: lepsze życie
2000: dom wszystkich Kolska
2005: dumni z Polski
Szafiarka chodzi z podniesioną i nieokrytą głową. Bo nakrycie włosów balaklawą skojarzyłoby ją sami wiecie z kim. Podobnie jak turecki fez, azjatycka (żeby nie powiedzieć: krymska) tubitiejka, czy czarny cylinder. Szafiarka w lecie może jednak założyć kapelusz. Oczywistą oczywistością jest to, że kapelusz nie jest z sieciówki. Nie jest to również żaden z sześciu kapeluszy Edwarda De Bono, twórcy "myślenia lateralnego".
Jeden z niegdysiejszych prezydentów uwodził wyborców hasłem wybierzmy przyszłość - tak, jakby przyszłościach można było przebierać, jak szafiarka w kapeluszach. Z jego następnego hasła bezlitośnie szydzono, zmieniając jedną literkę - dzięki czemu okazywało się, że wszyscy są pensjonariuszami izby wytrzeźwień. I może jest w tym nieco racji, skoro dwie dekady temu nieistniejące już Porozumienie Centrum nawoływało: czas na zmiany. Unia Wolności, też już nieistniejąca, oferowała mądry wybór, lepsze życie.
Jedynie przedwojenny premier Wincenty Witos przedstawił swoim urzędnikom klarowną wizję przyszłości: jest źle, będzie gorzej. Potem była wojna, po której okazało się, że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Decydenci zaś mówili 3 x tak: ORMO czuwa; 1000 szkół na tysiąclecie; WSI w każdej wsi, a w każdym powiecie po uniwersytecie. Takie to były czasy, że nawet poeta zostawał szafiarką i pisał balladę o trzęsących się portkach. Gdyby żył teraz pracowałby pewnie jako spin doktor i na zbliżające się wybory mógłby wymyślić hasło: Wybierzmy kapelusz!
1923: będzie gorzej
1944: zrobić oficera
1950: ORMO czuwa
1993: czas na zmiany
1995: wybierzmy przyszłość
1997: lepsze życie
2000: dom wszystkich Kolska
2005: dumni z Polski
Szafiarka chodzi z podniesioną i nieokrytą głową. Bo nakrycie włosów balaklawą skojarzyłoby ją sami wiecie z kim. Podobnie jak turecki fez, azjatycka (żeby nie powiedzieć: krymska) tubitiejka, czy czarny cylinder. Szafiarka w lecie może jednak założyć kapelusz. Oczywistą oczywistością jest to, że kapelusz nie jest z sieciówki. Nie jest to również żaden z sześciu kapeluszy Edwarda De Bono, twórcy "myślenia lateralnego".
Jeden z niegdysiejszych prezydentów uwodził wyborców hasłem wybierzmy przyszłość - tak, jakby przyszłościach można było przebierać, jak szafiarka w kapeluszach. Z jego następnego hasła bezlitośnie szydzono, zmieniając jedną literkę - dzięki czemu okazywało się, że wszyscy są pensjonariuszami izby wytrzeźwień. I może jest w tym nieco racji, skoro dwie dekady temu nieistniejące już Porozumienie Centrum nawoływało: czas na zmiany. Unia Wolności, też już nieistniejąca, oferowała mądry wybór, lepsze życie.
Jedynie przedwojenny premier Wincenty Witos przedstawił swoim urzędnikom klarowną wizję przyszłości: jest źle, będzie gorzej. Potem była wojna, po której okazało się, że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Decydenci zaś mówili 3 x tak: ORMO czuwa; 1000 szkół na tysiąclecie; WSI w każdej wsi, a w każdym powiecie po uniwersytecie. Takie to były czasy, że nawet poeta zostawał szafiarką i pisał balladę o trzęsących się portkach. Gdyby żył teraz pracowałby pewnie jako spin doktor i na zbliżające się wybory mógłby wymyślić hasło: Wybierzmy kapelusz!
wtorek, 28 lipca 2015
Planeta JA
- Ja nie chcę być waszą służącą! - złościła się na plaży młoda pani.
Młody pan i dwójka dzieciaków, znudzeni słuchali, że ona jedzie nad
morze wylegiwać się na piasku, a nie gotować i prać gacie. Nikt z tej
czwórki nie patrzył na bliskich, ale gdzieś za linię równo odgradzającą
niebo od morza. I raczej nie rozważali, co to

narcyzm
altruizm
egocentryzm
alterocentryzm
filantropia
merkantylizm
ofiarność
bezduszność
służba
Służba zwłaszcza została pejoratywnie nacechowana, jakby znaczyła tylko marnie wynagradzana pracę w cudzym domu lub poddanych jaśniepaństwa. Nikt już nie bierze na poważnie deklaracji, że to praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem. Służba zdrowia? Skądże! Skomercjalizowana medycyna raczej. Służba cywilna? Armia urzędników. Służba wojskowa? Po co to komu - wszyscy jesteśmy pacyfistami. Służba dyplomatyczna - ach, zwykli lobbyści. Służba jako pokorne poświęcenie dla innych? No przepraszam - jakich innych? Ja jestem najważniejsza! Jak mówią reklamy: jak JA nie mam, co lubię - to biorę chwilówkę. I ten abonament: japlus. Się ogląda w tv tych wszystkich cudnych celebrytów, tych wszystkich, z angielska mówiąc, kołczów na kałczu.
Na planecie JA najważniejsza jest dobra zabawa i ogolone nogi, żyją tylko młodzi, piękni i bogaci. To nie jest świat dla starych ludzi ani "pokolenia Kolumbów", ani świętych Franciszków, Teres i Faustyn. Chociaż nie - gdyby współczesny Franciszek z Asyżu dołączył do ekoterrorystów - też mógłby trafić na couch w telewizyjnym poranku i opowiadać jako coach newagowy, jak walczyć z wiatrakami i bronić trzody przed rzezią. Mógłby też walczyć o prawa nienarodzonych, bo łatwiej być bojownikiem niż troszczyć się o szpetnych, głupich, leniwych. Planeta JA wyklucza służbę, co najwyżej można być popularnym filantropem. Filantropia jest prawdziwą maskaradą interesowności przebranej za altruizm.
Największą chorobą naszych czasów nie jest AIDS czy gruźlica, lecz raczej doświadczenie tego, że się jest nie chcianym, porzuconym, zdradzonym przez wszystkich. Największym złem jest brak miłości i miłosierdzia, okrutna obojętność wobec bliźniego, który wyrzucony został przez margines życia w skutek słabości, wyzysku, nędzy, choroby. Dobrzy? Święci? Chyba na starej Ziemi. Planeta JA ich nie uznaje, ale oświadcza: Dochody Matki Teresy były takie, że mogła z powodzeniem wyposażyć kilka pierwszorzędnych klinik w Bengalu (ogółem prowadziła 600 misji w 123 krajach). To była świadoma decyzja, by tego nie robić i w zamian zakładać dobroczynne placówki, które natychmiast stałyby się celem pozwów sądowych, gdyby były placówkami służby zdrowia. Celem nie było uczciwe niesienie ulgi w cierpieniu, lecz kult śmierci, bólu i pokornego poddania się losowi.
Planeta JA uznaje jedynie kult piękności. Po korekcie lancetem, bezboleśnie.

narcyzm
altruizm
egocentryzm
alterocentryzm
filantropia
merkantylizm
ofiarność
bezduszność
służba
Służba zwłaszcza została pejoratywnie nacechowana, jakby znaczyła tylko marnie wynagradzana pracę w cudzym domu lub poddanych jaśniepaństwa. Nikt już nie bierze na poważnie deklaracji, że to praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem. Służba zdrowia? Skądże! Skomercjalizowana medycyna raczej. Służba cywilna? Armia urzędników. Służba wojskowa? Po co to komu - wszyscy jesteśmy pacyfistami. Służba dyplomatyczna - ach, zwykli lobbyści. Służba jako pokorne poświęcenie dla innych? No przepraszam - jakich innych? Ja jestem najważniejsza! Jak mówią reklamy: jak JA nie mam, co lubię - to biorę chwilówkę. I ten abonament: japlus. Się ogląda w tv tych wszystkich cudnych celebrytów, tych wszystkich, z angielska mówiąc, kołczów na kałczu.
Na planecie JA najważniejsza jest dobra zabawa i ogolone nogi, żyją tylko młodzi, piękni i bogaci. To nie jest świat dla starych ludzi ani "pokolenia Kolumbów", ani świętych Franciszków, Teres i Faustyn. Chociaż nie - gdyby współczesny Franciszek z Asyżu dołączył do ekoterrorystów - też mógłby trafić na couch w telewizyjnym poranku i opowiadać jako coach newagowy, jak walczyć z wiatrakami i bronić trzody przed rzezią. Mógłby też walczyć o prawa nienarodzonych, bo łatwiej być bojownikiem niż troszczyć się o szpetnych, głupich, leniwych. Planeta JA wyklucza służbę, co najwyżej można być popularnym filantropem. Filantropia jest prawdziwą maskaradą interesowności przebranej za altruizm.
Największą chorobą naszych czasów nie jest AIDS czy gruźlica, lecz raczej doświadczenie tego, że się jest nie chcianym, porzuconym, zdradzonym przez wszystkich. Największym złem jest brak miłości i miłosierdzia, okrutna obojętność wobec bliźniego, który wyrzucony został przez margines życia w skutek słabości, wyzysku, nędzy, choroby. Dobrzy? Święci? Chyba na starej Ziemi. Planeta JA ich nie uznaje, ale oświadcza: Dochody Matki Teresy były takie, że mogła z powodzeniem wyposażyć kilka pierwszorzędnych klinik w Bengalu (ogółem prowadziła 600 misji w 123 krajach). To była świadoma decyzja, by tego nie robić i w zamian zakładać dobroczynne placówki, które natychmiast stałyby się celem pozwów sądowych, gdyby były placówkami służby zdrowia. Celem nie było uczciwe niesienie ulgi w cierpieniu, lecz kult śmierci, bólu i pokornego poddania się losowi.
Planeta JA uznaje jedynie kult piękności. Po korekcie lancetem, bezboleśnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



