środa, 17 grudnia 2014

granice ekumenizmu

Są takie dni, gdy nic się nie dzieje. Mijają niezapamiętane, bez śladu, jakby nie istniały: 12 XII 1981; 10 IX 2001; 9 IV 2010... Ale z następnego dnia pamięta się godzinę po godzinie. Chociaż niewiele z tego wynika i niewiele zmienia
wierzący - wierzą,
modlący - modlą się,
wątpiący - wątpią,
publicyści - publikują
politycy - politykują,
wojacy - wojują,
szpiedzy - szpiegują,
terroryści - terroryzują

Po 11 września Oriana Fallaci wzywała: To jest wojna, obudźcie się! Czy nie widzicie, że tacy ludzie jak Osama ben Laden chcą nas zniszczyć? Że czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci, tylko dlatego że pijecie wino lub piwo, chodzicie do teatru lub kina, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, kochacie się kiedy chcecie, gdzie chcecie i z kim chcecie? Nawet to was nie obchodzi, idioci? Polemizował z nią Tiziano Terzani, również bardzo znany i uznany publicysta, również Włoch z Florencji. W "Listach przeciwko wojnie"  pisał, że tylko dialog i jeszcze większe otwarcie na cywilizację islamską pozwolą uniknąć globalnego konfliktu. Że groźby USA nie przerażają islamistów, lecz tylko ich konsolidują.
I cóż na to my - ludzie? Zdeptaliśmy Ziemię, skaziliśmy rzeki i jeziora, wycięliśmy całe połacie lasów i zmieniliśmy w piekło życie zwierząt, z wyjątkiem tych niewielu, które nazywamy przyjaciółmi i które rozpieszczamy dopóty, dopóki służą nam jako namiastka towarzystwa ludzi. Jednego dnia siedząc w miękkim fotelu przed ekranem oburzamy się na tych złych, osławionych w raporcie na temat aresztów dla wojowników świętej wojny. Rozczulamy się nad terrorystami, czy ich przesłuchania nie bolą, chociaż oni marzą o męczeńskiej śmierci, zapewniającej im wstęp do raju. Następnego dnia rozczulamy się nad ofiarami terrorystów, zabitymi ot tak, dla kaprysu w australijskiej kawiarni lub pakistańskiej szkole.
Jak mówił Edmund Burke – irlandzki filozof i polityk sprzed wieków: wszystko czego trzeba by zło zatryumfowało - to bierność dobrych. Dobrzy ludzie patrzyli, jak męczeńską śmiercią umiera inny dobry człowiek, któremu dla przyzwoitości zostawiono przepaskę biodrową. Dobrzy ludzie od czasu do czasu palą domy innych dobrych ludzi. To po prostu wojna. Element historii. Dobrzy ludzie bywają kłamcami, okrutnikami, grabieżcami. Ale złe jest to, że innych dobrych ludzi zmieniają na swoje podobieństwo.
Tymczasem ja siedzę sobie biernie w fotelu. W nawet najkrótsze i najciemniejsze dni Adwentu, wierzę, że dni znów będą coraz dłuższe i słońce będzie błyszczeć wysoko na niebie, a źli ludzie daleko.

czwartek, 11 grudnia 2014

legenda grudniowej nocy

Liturgiczny obchód ku czci św. Łucji przypada na  13 dzień grudnia i ma rangę wspomnienia obowiązkowego. Natomiast ciemny lud wierzył, że na świętą Łucę noc się ze dniem tłuce, a w ciemności czarownice szczerzą się sprośnie na sabatach.
legenda loretańska
legenda lubelska
legenda Łucji

legenda Vlada Tepesa
Протоколы Сионские
legenda reptilian

ślepe wrony

Apokryficzny żywot św. Łucji to jedna z tych historii prowadzących do ambiwalencji uczuć. Jak legenda o przeniesieniu domku z Nazaretu do Loreto; jak protokoły mędrców syjonu napisane przez carską ochranę dla ogłupienia ciemnego ludu; jak dramat rumuńskiego bohatera Vlada Tepesa, któremu handlarze i pisarze dorobili wampirzą gębę; jak legenda lubelskiego koziołka, który własnym mlekiem wykarmił sierotki. Łucja przedstawiana jest jako dziewica-męczennica, która na torturach sama sobie oczy wyłupiła, żeby nie trudzić oprawców. Wcześniej porzuciła narzeczonego, żeby nie trudzić go ożenkiem.
Barwne procesje ku jej czci najbardziej znane są ze Szwecji. Cóż, że ze Szwecji? To, że jest to kraj protestancki, a protestanci nie uznają kultu świętych. Ponadto w grudniową, najdłuższą w całym roku, a więc chłodną noc - dziewczęta przechadzają się w białych koszulach i wiankach ze świeczkami. Pewnym wyjaśnieniem owej popularności obchodów na cześć Łucji, może być to, że są częścią przedświątecznej strategii marketingowej.  I mało kto już pewnie pamięta, że jej wstawiennictwo pomaga ociemniałym i chorym na oczy.  A także tym, którzy potrzebują dobrego wzroku w pracy, czyli pisarczykom wszelkiej maści. Malarze przedstawiali ją jako kobietę z oczami na tacy. Naprawdę - to robi wrażenie, jak to się mówi - nie do opisania .
Jeszcze większe wrażenie robi legenda grudniowej nocy. Pokazuje, że żonglując informacjami można oświecić ciemny lud ekscytującą teorią. Na przykład taką: Jest imię Łucja, które (podobnie jak Lucyfer) pochodzi od światła. Jest święto Łucji w najdłuższą noc roku, gdy mroczne siły zmagają się ze światłością.  Jest herb ślepowron. Jest generał pieczętujący herbem ślepowron. I ten generał jest chory na oczy, jest więc św. Łucja jego patronką, jest więc oczywistą oczywistością słabego w ślepiach generała, że powołuje WRON, czyli wojskową radę ocalenia narodowego. Teraz miejsce ślepego wrona zajęli reptilianie. Dobra legenda, co?
W świętą Łucę, gdy dzień się z nocą tłuce - wiele równie ciekawych teorii się słyszy.


sobota, 6 grudnia 2014

duch skaczący

Trudne słowo: skirtotymicy. Edytor tekstu nie zna tego słowa i podkreśla na czerwono, jak podkreśliłby zirytowany belfer. Prawdziwy patriota też tak pewnie podkreślałby. A tak  psychiatra Eugeniusz Brzezicki scharakteryzował Polaków. Canetti natomiast zauważył, że narodom można przypisać symbole:
Anglicy - morze,
Holendrzy – tama,
Niemcy – las,
Francuzi – rewolucja,
Szwajcarzy – góry,
Hiszpanie – matador,
Żydzi – wędrówka
A Polacy? 
Jaki symbol określa Polaka?
Może skoczek albo tancerz? 

Skirtotymik - rozedrgany duszek ? Po grecku skirtao znaczy tańczyć, skakać, kołysać, a thymos – duch, temperament. Skirtotymika charakteryzuje zatem: słomiany zapał, życie z gestem, wytrwałość w trudnych sytuacjach oraz lekkomyślność w okresach powodzenia. Można tak pomyśleć, gdy czyta się medialne nowinki i wpisy na internetowych forach. Zwłaszcza te, pełne frustracji.
Nieszczęście to nienawiść do siebie i swojego miasta. Czasami moje miasto wygląda jak obce miejsce. Ulice, które sprawiają, że człowiek czuje się tutaj jak w domu, nagle zmieniają kolory. Jakby miasto było karą, na k
tórą zasłużyłem, a ja - kolejnym odpadem na ulicy.
To nie ja - to Orhan Pamuk napisał w "Stambule". Świetna książka o miejscu, które przeminęło i trwa tylko w pamięci pisarza. Ale też o takim wewnętrznym rozedrganiu, jakie można by przypisać polskiemu duchowi.
Pamuk wspomina, że jako nastolatek chciał by on i jego miasto przynależało do Zachodu. Bo tam, to ho, ho, ho - wszystko jest lepsze, większe, nowocześniejsze. Jego świat wyglądał lepiej na obrazach, zwłaszcza na obrazach europejskich. Artyści przybywający nad Bosfor szukać ducha orientu i egzotyki - widzieli miejsce malownicze. 
Czy my widzimy wokół siebie miejsca malownicze? Czy kultywujemy największą obsesję naszych czasów: określanie tożsamości. Czy można czuć dumę z tej przynależności? Z czego można być dumnym?

Lublin & Stambuł

środa, 26 listopada 2014

prawnik lajkuje

Byłam kiedyś w Ameryce.... a kto nie był? Ale ja byłam dokładnie wtedy, gdy O. J. Simpson królował w wiadomościach telewizyjnych. Na wszystkich kanałach wciąż ten sam obrazek: jedzie samochód, a za nim inne. I podekscytowani komentatorzy, z których wypowiedzi mogłam wyłapać pojedyncze słowa. I były to określenia skrajnych przeciwieństw



czarny;
biały;
prawdziwy;
fałszywy;
dobry;
zły;
agresor;
ofiara

Świętej pamięci Adrew, Amerykanin w drugim pokoleniu, ale z wciąż włoską duszą - był zdumiony. Nie mógł uwierzyć, że nie słyszałam słynnym futboliście i aktorze. I jak się właśnie okazało - mordercy, którego za zabicie żony i jej kochanka, ściga policja całych Stanów. Gdy Andrew zamknął się w swoim gabinecie, podszedł do mnie jeden z jego podwładnych. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że był potomkiem niewolników sprowadzanych z Afryki. Konfidencjonalnym tonem wyjaśnił, że ehm, ehm, Andrew to fajny chłop, ale cóż, jest białasem i musi mówić, jak te białasy. Natomiast prawda jest taka, że O. J. nie jest wcale agresywnym mordercą, ale ofiarą spisku. Wszystkie wiadomości o nim są sfałszowane i w żadną mam nie wierzyć.
W czasie lanczu przysiadł się do mnie... a! powiem wprost - Indianin. Doradził, żeby w ogóle nie zwracać uwagi na to, co mówią kolorowi (znaczy czarni i biali). To źli ludzie, którzy odebrali ziemię jej rdzennym mieszkańcom. Na wszelki wypadek nie dopytywałam, czy jest Apaczem, czy Komanczem. Pamiętałam z książek tego Niemca - Karola Maya, że czerwoni nie lubili się miedzy sobą.

Pamiętałam też, że Stany Zjednoczone jako wielki tygiel narodów, już przed wiekiem Zangwill przedstawił w sztuce "The Melting Pot". Nie zdziwiłam się więc, gdy parę lat temu  "A Million Hoodies for Trayvon Martin" przypomniało, że nie można traktować złowróżbnie wszystkiego, co zasłania innych ludzi. I teraz nie dziwię się, że w trwają rozruchy w amerykańskim Ferguson, bo policjant zastrzelił nastolatka lub bo zwalisty 18latek rzucił się na policjanta.
Dziwię się natomiast, gdy prawnik, znany konstytucjonalista, lajkuje na fejsbuku, kandydatkę na wójta. A ona pisze tak: "Za nami wybory samorządowe, w których oddaliście swoje głosy na kandydatów na wójta i radnych. Serdecznie dziękuję za udzielone poparcie, zarówno dla mnie, jak i proponowanych przez nasz komitet kandydatów. Wybory na wójta nie zostały rozstrzygnięte i czeka nas druga tura głosowania... Wobec wyzwań i problemów, które należy skutecznie rozwiązywać nie możemy tracić czasu oraz energii na spory i konflikty...
I czuję się zdezorientowana, jak 20 lat temu, przed telewizorem w Ameryce. Doktor prawa zachęca, żeby iść do wyborów. A w telewizji prawnik, prezes partii - mówi, że wybory są sfałszowane. No i komu ja mam wierzyć? Sprawdzać, co który prawnik lajkuje?



 

piątek, 21 listopada 2014

efekt aureoli

Życzliwość to życie w szczęściu i szczerości do siebie i innych ludzi. Jak mówił Paweł z Tarsu owocem ducha jest



miłość
radość,
pokój,
cierpliwość,
życzliwość,
dobroć,
wiara,
łagodność

Przeciwko takim rzeczom nie istnieje żadne prawo.  Także ci, którzy mówią: respekt! Z naciskiem na pierwszą sylabę. Przy tym zaciskają dłoń w pięść, stukają pięścią w serce, a następnie prostują ramię. Trochę to straszne i traci znaczenie "respect". A nawet znaczenie "szacuneczek" wypowiadane w pozdrowieniu, ze staromodnym uniesieniem kapelusza lub nawet bejsbolówki... Kiedy mówię szacunek, to mam na myśli, że traktuję innych grzecznie. Mówię: przepraszam, dzień dobry, dziękuję... Słucham uważnie, nie przerywam. Ubieram się odpowiednio do okoliczności. Nie narzucam innym swojego sposobu myślenia i życia. Szanuję pracę innych. Dotrzymuję słowa.
Dokładam starań, by żadne spojrzenie na innych nie miało efektu szatańskiego halo, jak psychologowie nazywają skłonność do przypisywania właściwości, zgodnych z emocjami pierwszego wrażenia. To nie jest łatwe. Widok garbatego brudasa, czy zatęchłej ruiny, podpowiada, by je omijać z daleka, bo są złe. Unikam też efektu anielskiego nimbu, co jest jeszcze trudniejsze, na pierwszy rzut oka widać dobroć kędzierzawego chłopca lub złotowłosej dziewczyny.

Aureole powinny być zamknięte w ikonach. Aureole zaś są malowane, nie pisane. Owszem niektórzy czasem popisują się, dopisując sakralne znaczenie błędnemu tłumaczeniu rosyjskiego живопись lub greckiego γράφω.
Szacunek i sacrum mają inne źródło. Popatrzcie tylko na ikony Małgorzaty Dawidiuk. Te ikony to nie jest prawosławne ikonopisanie - można by raczej z angielska powiedzieć: All Hallows' E’en. Nie tylko dlatego, że z mroku błyszczą nimby aniołów i aureole świętych. Podejdź bliżej. Weź głęboki oddech. Popatrz na te deski i tkaniny. Trudno byłoby je zauważyć wędrując w Bieszczadach. Ileż to razy podchodzi się do zatęchłej ruiny i popatruje przez szpary w zakurzonych okienkach na tysiąckrotnie omodlone feretrony i ornaty. I co najwyżej można łzę uronić nad cieniami wiernych, wygnanych ze swoich wsi i świątyń.
Ja w drodze między kapliczkami szukam cienia Julii. Julię miłość prowadziła. Z bieszczadzkiej wsi przeszła piechotą do Gdańska. Odczekała kilka tygodni na statek i popłynęła do Ameryki. Bo tam czekał wierny mąż. I tam ona, niepiśmienna kobiecina urodziła synka Ondrejka. Świat poznał go pod nazwiskiem Andy Warhol. A tyle w bieszczadzkich wsiach było kobiet, co stąd wygnane nie doszły nigdzie. Nikt na nie czekał. Nic dobrego im się nie przytrafiło. Miały cierpliwość, wiarę, łagodność, może nawet miłość... może nawet świętość za pazuchą.
Z poświęconych desek i tkanin, pieczołowicie odnowionych i 
ułożonych przez Małgorzatę w święte obrazy, uśmiechają się wdzięczne cienie. Może święci.  

wtorek, 18 listopada 2014

leśne dziadki

Jesienią nachodzą mnie nastroje dekadenckie. Może nawet modne borderline? Bo żyję na granicy wsi i miasta, jestem przestawionym mańkutem, uczyłam się pisać stalówką a piszę wordem? Osobowość graniczna to jednak ciężki temat - z lżejszych tematów są jeszcze:




satyry

oligarchowie
heloci
agora
elekcja
ordynacja
Metoda d’Hondta
Metoda Saint-Lague
Metoda Hare-Niemeyera

vote or die

W mediach spowszedniały "szok i dramat" zastąpiło larum w sprawie "leśnych dziadków", co to nie potrafili zdigitalizować wyborów. Żurnaliści przekonują, że jeśli w 48 osiem godzin nie ma wyników głosowania, to demokracja jest zagrożona. No chyba ta demokracja kończy się na granicy mojej gminy. Wynik znam - wiem, że będzie dogrywka. Nie wiem do jakich partii kandydaci należą, bo obydwoje mają własne komitety. W myśl zasady: nie palcie komitetów - zakładajcie własne. Za granicą, czyli w Lublinie sytuacja lekko schizofreniczna, bo jak wygrała jedna partia, a dotychczasowy prezydent z 60 procentową przewagą pokonał konkurenta z wygrywającej partii.
Oto signum temporis: zbyt szybkie zmiany rzeczywistości. Dziadkowie przeżywali elektryfikacje; dzieci - wprowadzenie telewizji; wnuki - technologie mobilne. Już nikt nie rachuje na liczydłach, a jeszcze niewielu potrafi używać arkuszy kalkulacyjnych. Ja jestem wiernym wyznawcą Excela, chociaż potrafię napisać tylko nędzne formuły. Stare księgowe szybciej liczyły na liczydłach. Wstydzę się tego. I wyznam z zażenowaniem, że nie bardzo też potrafię pojąć metody liczenia wyborczych głosów. Czytam, różnica  polega na tym, że zamiast kolejnych liczb naturalnych, dzielnikami są liczby nieparzyste, z wyjątkiem pierwszego, który wynosi 1,4. Formuła Saint-Lague w mniejszym stopniu niż d’Hondta preferuje najsilniejsze partie. Zazdroszczę tym, którzy potrafią to przełożyć na komputerowy algorytm. I tych, którzy krytykują programistów, bo w dzień po wyborach w godzinę odkryli straszne luki w systemie. Brawo! Czemu nie odkryli ich wcześniej?
Czemu nie było zaangażowania na wzór kampanii amerykańskich raperów, których celem było zachęcenie młodych ludzi do wzięcia udziału w głosowaniu? Tam nosili koszulki z napisem VOTE OR DIE. U nas celebryci noszą tylko pogardę dla frajerów, co opłacają im podróże do fajnych miejsc. I wychodzi na to, że mamy demokrację według najlepszych zasad starożytności: prawa mają oligarchowie - reszta ma tylko obowiązki. Jak w dawnej Sparcie, gdzie najliczniejszą grupą byli Heloci - własność państwowa. Od niewolników różnili się tym, że nie wolno ich było sprzedawać i zabijać.  I też pewnie półgębkiem wyśmiewali "leśnych dziadków", czyli satyrów.

środa, 12 listopada 2014

arogancja i pokora

Nie wiemy jaki mamy wzrost dopóki wstać nie trzeba, lecz kiedy przyjdzie taki czas - sięgniemy głową nieba. Tylko czy w chmurach znajdziemy różnicę między słowami?  

przyzwoitość i rozpasanie
tożsamość i odmienność
tradycja i awangarda
patriotyzm i kosmopolityzm
lęk i brawura
cynizm i obłuda
prominent i obywatel
pańszczyzna i wolność

Przyzwoitość to waluta, śpiewa Stanisław Soyka. Niestety nie rozwinął tej koncepcji w kolejnych strofkach. A przecież siła nabywcza waluty ulega a to inflacji, a to deflacji, a nawet denominacji. Co to jest "przyzwoitość"? Łatwiej zdefiniować przyzwoitkę, chociaż ta funkcja uległa dystrofii i zanikła zupełnie. Wciąż natomiast powtarzany jest bon mot Słonimskiego Gdy nie wiadomo, jak się zachować, na wszelki wypadek trzeba zachować się przyzwoicie. Czy to oznacza jednak współczucie dla pokonanych, szacunek do  przeciwnika, litość dla słabszych, zrozumienie dla grzesznych, wspaniałomyślność dla skruszonych i wybaczenie dla zmarłych? Pan Bartoszewski przekonywał całą książką - "Warto być przyzwoitym", bo w czasach takich jak nasze to jedyna droga do ocalenia wartości elementarnych, bez których giną lub nikczemnieją narody i ludzie...
Od 2 marca 1864 roku polscy chłopi przestali faktycznie być niewolnikami we własnym kraju, niewolnikami swoich panów, feudałów, możnych rodów z olbrzymimi posiadłościami wielkości województw. Nie przypominam sobie jednak jakichś większych lub choćby mniejszych obchodów 150 rocznicy zniesienia pańszczyzny. A jak świętujemy okrągłą rocznicę niepodległości? My (naród) nurzamy się z lubością w przeciwieństwach, akcentując jedni tożsamość, a inni odmienność; tradycję i awangardę, patriotyzm i kosmopolityzm. Nie rozróżniamy flagi i bandery, rozetę narodową nazywamy kotylionem, a niektórzy i tak wolą kokardę lub wstążkę. Chuligani zaś  wznoszą koktajle mołotowa za kiczowatą tęczą.
Włączyłam wczoraj telewizor, żeby popatrzeć jak świętuje stolica. W jednej części ekranu pokazywali, że tęcza stoi - w drugiej, że bojówkarz w balaklawie leży. Byłoby wszak milej, gdyby leżał w baklawie u stóp czekoladowego orła, nieprawdaż? My (naród) musimy jednak manifestować frustrację i brawurę. Nie, nie naród - obywatele.
Prominenci nie mieszczą się w tej kategorii, oni mówią jak żyć, a raczej,  jak się w tym życiu ustawić. Wybierają klasę ekonomiczną w samolocie tanich linii, za kasę na rozpasanie. I nie można o nich mówić, że są obłudni i cyniczni, ponieważ są to antonimy. Sprawdziłam definicje. Cynik to ten politykier, z którego ostatnio szydziła brytyjska prasa, za jego pogardę dla kobiet i ogólnych zasad. Obłudnicy zaś, to ci odlotowi dwulicowcy głoszący moralność dla materialnych korzyści.